poniedziałek, 31 grudnia 2012

Historia Sybiraczki, która stała się żołnierzem - Braniewo

Ciekawa historia życia Teodory Dębińskiej-Grudzińskij, Sybiraczki, żołnierza 317. Kompanii Transportowej Pomocniczej Służby Kobiet, najpierw w Armii Polskiej na Wschodzie, a od lipca 1943 r. w 2. Korpusie Polskim 8. brytyjskiej Armii. Z Armią gen. Andersa przeszła szlak bojowy z Iranu do Włoch.


Historia Sybiraczki, która stała się żołnierzem - Braniewo

niedziela, 30 grudnia 2012

Ciekawa książka Georgesa Vigarello - „Historia czystości i brudu”

Początkowo zastanawiałem się, czy opis książki powinien znaleźć się na blogu poświęconym historii.
W końcu jednak nie można traktować tytułu książki wprost - bowiem autor przedstawia w niej świat dawnych norm i obyczajów.
Warto np. wiedzieć, że przez długi okres obawiano się wody, a częsta kąpiel uważana była za szkodliwą dla zdrowia.

Bardzo ciekawa recenzja książki

czwartek, 27 grudnia 2012

Luftkurort i ZOO Oliwskie. Co łączy te nazwy?

Bardzo ciekawą historię odnalazłem na stronie Gazeta Trójmiasto.
Opowiada ona o historii oliwskiego ZOO, ogrodu uznanego za najlepszy w Polsce, wspaniale położonego i chętnie odwiedzanego przez dzieci i dorosłych.
Polecam szczególnie przyjrzenie się pięknym, unikatowym pocztówkom.

Artykuł o historii ZOO w Oliwie

środa, 26 grudnia 2012

MS „Chrobry” tonął dumnie

MS „Chrobry” tonął dumnie

Autorem artykułu jest Krzysztof Dmowski

MS „Chrobry” był ostatnim transatlantykiem zbudowanych dla marynarki handlowej przed II wojną światową. 27 lipca 1939 roku wyszedł w swą pierwszą podróż i do Polski nigdy nie wrócił. Zbudowany w stoczni Nakskov, był najdoskonalszym statkiem polskiej floty handlowej.
MS "Chrobry" (źródło:Wikimedia)

Jednym z najbardziej wiarygodnych świadków losów tego okrętu był kapitan żeglugi wielkiej i pisarz marynista w jednej osobie - Karol Olgierd Borchardt i jego opinię przedstawię w tym artykule.
W książce „Szaman Morski” Borchardt napisał: "Chrobrego" budował mechanik Zygmunt Kuske. Człowiek bez wad. […] Podobnie jak Kuske, „Chrobry” nie miał wad. […] Z siedmiu naszych transatlantyków był najlepszy. Zwrotny, jak luksusowa motorówka, w sztormach wspinał się na fale, a nie przyjmował ich na pokład. Dobijanie nim bez holowników podczas wojny we fiordach nie stanowiło trudności. […] Miał niedościgniony przez inne nasze transatlantyki urok czegoś bardzo doskonałego.
Ostatnie chwile na „Chrobrym” opisuje Borchardt w książce „Krążownik spod Somosierry”: Na  „Chrobrym” znajdującym się w tej chwili w pobliżu Lofotów, koło 67 stopnia szerokości północnej, pełniłem funkcję starszego oficera i za cztery godziny miałem zmienić kapitana. Należy tu wspomnieć, iż w owym okresie MS „Chrobry”, transportował głównie żołnierzy z miejsca na miejsce. Tym razem na statek załadowano czołgi, miny przeciwczołgowe…
Jeszcze przed wyjściem z portu Polacy z „Chrobrego” zapisali kolejne zwycięstwo: Po długim i bezskutecznym ogniu wszystkich stojących w fiordzie okrętów samoloty zrzuciły to, co chciały, nie trafiając nikogo. Najdłużej strzelało działo „Chrobrego”, które dla wykorzystania okazji „ćwiczyło się” jeszcze po zaprzestaniu ognia przez całą eskadrę. Na niebie widoczny był już tylko jeden samolot - cel naszego działa. Naraz ujrzeliśmy, że samolot zaczyna - dymić i spada.
Statek wyruszył wraz z eskortą w postaci starego destrojera „Wolverine” i kanonierki „Stork” (Destrojer — szybki i zwrotny niszczyciel. Kanonierka — średni lub mały okręt wspierający).
Borchardt w książce „Krążownik spod Somosierry” tak wspomina: Wszedłem na mostek. Była dopiero za kwadrans dwunasta. Załoga i wszyscy oficerowie mieli założone hełmy i pasy ratunkowe. Zanim dowiedziałem się, co zaszło, zobaczyłem, za z nadbudówki za trzecią ładownią wydobywają się kłęby dymu i płomienie ognia. Paliła się również nadbudówka tuż za mostkiem, przed trzecią ładownią. W tej gardzieli, w jej gardzieli, wziętej teraz w dwa ognie, znajdowało się pięćdziesiąt ton materiałów wybuchowych w postaci min przeciwczołgowych. Pokłady pokryte były ciałami poległych żołnierzy z obsługi karabinów maszynowych.
Zostaliśmy zaatakowani przez dwa bardzo nisko lecące samoloty. Eskortujące „Chrobrego” okręty wojenne „Wolverine” i „Stork” — jeden przed dziobem, drugi za rufą — były zbyt daleko, by przeszkodzić temu co się stało. Samoloty lecące na małej wysokości wydały się oficerom dowodzącym obroną „Chrobrego” — angielskimi i nie otworzyli do nich ognia, pomimo bezwzględnej co do tego instrukcji. […] Podczas całej kampanii norweskiej nie mieliśmy jeszcze na statku tak dużej ilości wojska. […] Patrząc teraz z mostku, nie miałem wątpliwości, że jest to ostatni dzień życia statku… […] Po przejściu przez dwie zasłony z dymu natknąłem się na grupę marynarzy rozwijających już węże pożarowe. Inni biegali z gaśnicami. Po otworzeniu zaworów z hydrantów nie spłynęła ani jedna kropla wody. […] Żar panował tak wielki, że gdy wypuściłem z płuc powietrze i chciałem zaczerpnąć świeżego, wydało mi się, że połykam ogień. […] Okręty z eskorty zbliżyły się trochę do „Chrobrego” i otworzyły ogień do samolotów. Jedyną nadzieją było, że któryś z okrętów podejdzie do burty i zabierze oszalałych z przerażenia żołnierzy. Okrętom wojennym nie wolno było dobijać do burty palących się statków z amunicją…
Borchardt wówczas rozpoczął przemowę do irlandzkich żołnierzy, że są Anglikami i mają zimną krew, a teraz należy z niej skorzystać i zaprzestać samobójczych skoków do wody. Jego przemowa najwyraźniej odniosła skutek. Choć w tym samym czasie wskutek wybuchu bomb pod pokładem palili się żywcem ludzie, którzy mieli odciętą drogę ewakuacji. Część wysunęła głowy przez bulaje. Otwory były jednak za małe, by się mógł przez nie wydostać człowiek. Ci, którzy wysunęli głowy przez iluminatory, nie wołali już o pomoc, tylko na ich twarzy widniała potworna męka ludzi płonących żywcem.
Pomimo tego, że okręty eskorty zaczęły spóźniony ostrzał samolotów wroga, nie przynosiły one żadnych efektów. Wtedy właśnie kapitan destrojera zdecydował podejść do burty płonącego „Chrobrego”, aby zabrać na pokład ocalałych, spieczonych w ogniu marynarzy i żołnierzy. Wielu żołnierzy w panice skakało bezpośrednio na pokład destrojera łamiąc sobie przy upadku nogi i ręce.
„Wolverine” oddaliwszy się od „Chrobrego” na bezpieczną odległość zabierał ludzi z łodzi ratunkowych i tratew, a także wyławiał ciała żołnierzy. „Chrobry” jeszcze długo utrzymywał się na wodzie, jakby pragnął zadrwić ze strachliwych Anglików.
Statek drwił sobie z sił natury i wybuchających bomb. Dumnie trzymał się na wodzie, wytrzymał wybuch amunicji na swoim pokładzie i dopiero następnego dnia angielski lotniskowiec HMS „Ark Royal” posłał mu torpedę na pożegnanie. Wrak „Chrobrego” zatonął 15 maja 1940 roku, na pozycji 67°40'N, 13°50'E.
W 2000 roku wrak został zlokalizowany na głębokości 160 metrów.

---

Krzysztof Dmowski
http://www.kdpowiesci.republika.pl/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Archeolodzy rozwiązali tajemnicę śmierci faraona Ramzesa III

Archeolodzy rozwiązali tajemnicę śmierci faraona Ramzesa III

Redakcja internetowa
19.12.2012, 09:05
Naukowcy najprawdopodobniej rozwiązali tajemnicę śmierci ostatniego wybitnego faraona Egiptu, Ramzesa III. Uważają oni, że zginął on gwałtowną śmiercią.
Naukowcy najprawdopodobniej rozwiązali tajemnicę śmierci ostatniego wybitnego faraona Egiptu, Ramzesa III. Uważają oni, że zginął on gwałtowną śmiercią. Włoscy specjaliści zbadali jego mumię za pomocą tomografu komputerowego i wykryli na jego szyi głębokie rany cięte.Zdaniem lekarzy, zadano je zaostrzonym narzędziem i mogły one doprowadzić do śmierci faraona. Ramzes III rządził w starożytnym Egipcie w XII wieku przed naszą erą. Zgodnie z kronikami został on obalony przez własnego syna i jedną z jego żon. Do tej pory nie wiadomo, czy faraon przeżył zamach, czy też został zabity przez spiskowców.
Źródło: Głos Rosji.

piątek, 21 grudnia 2012

Władysław Litmanowicz (Abram Wolf) - nie zawsze proste życiorysy

źródło: Wikimedia
Miesiąc grudzień zawsze skłania do refleksji. 13 grudnia - rocznica stanu wojennego, 17 grudnia - rocznica masakry na Wybrzeżu.
Dla mnie to ważne daty, zawsze o nich pamiętam.
Ostatnio rozmawialiśmy w gronie kilku przyjaciół o tym, jak młodym ludziom przybliżać informacje o czasach komunistycznych, przypominać zbrodnie popełnione na polskim społeczeństwie - także zbrodnicze decyzje podejmowane w zaciszu gabinetów.
Ktoś czytający ten tekst może się zapytać - ok, a gdzie tu coś o szachach.
No właśnie, w pewnym miejscu rozmowa zeszła na szachy - ja coś nieśmiało wspomniałem, że wśród szachistów chyba było mało ludzi o takiej przeszłości, bowiem "noblesse oblige".
Tak myślisz - odpowiedział mi jeden z rozmówców, znany na Pomorzu historyk, wykładowca z tytułem profesorskim. - A Abram Wolf ? Ten sędzia w czasach stalinowskich skazywał ludzi na śmierć. Zdobył tytuł Mistrza Polski i zdaje się nawet grał na Olimpiadzie Szachowej.

Początkowo, myślałem, że mu coś się pomyliło, bo nie słyszałem o takim szachiście, ale ponieważ mając przy sobie tablet wpisałem nazwisko do przeglądarki i mnie olśniło.
Cytat za Wikipedią:

Władysław Litmanowicz, właśc. Abram Wolf (ur. 20 lutego 1918, zm. 31 marca 1992) – polski szachista, dziennikarz, działacz i sędzia szachowy żydowskiego pochodzenia. 
Z wykształcenia prawnik, w latach powojennych sędzia w procesach stalinowskich, wydał wyroki śmierci na działaczy polskiego podziemia niepodległościowego.
W latach 1947-1952 był sędzią Wojskowego Sądu Rejonowego w Krakowie, Kielcach i Warszawie. Jako sędzia uczestniczył w procesach stalinowskich m.in. w procesie Tadeusza Klukowskiego i Jerzego Kurzępy, skazanych na karę śmierci 1 X 1952 r. w Warszawie z art.86 KKWP.

Coż, jak to mówi młodzież "szczęka mi opadła" i do końca rozmowy byłem jak oszołomiony.

Cały wpis na temat Władysława Litmanowicza

wtorek, 18 grudnia 2012

Z szablą na czołg? - cóż za bzdura!

Autorem artykułu jest Krzysztof Dmowski

Mit o polskiej kawalerii walczącej szablami z czołgiem, pochodzi z niemieckiej propagandy, która miała ośmieszyć polską, najskuteczniejszą formację wojskową, z okresu Kampanii Wrześniowej. Podstęp i tak się nie udał, ale mit przetrwał przez wiele lat.

Bitwa nad Bzurą (źródło:Wikimedia)
W książce „Alarm dla Gdyni” - Stanisława Strumph-Wojtkiewicza, poznajemy historię, w której Niemcy w pierwszych dniach września 1939 przejęli pociąg z zaopatrzeniem dla Lądowej Obrony Wybrzeża. Następnie swoich żołnierzy przebranych w polskie mundury, wysłali na pozycje polskiej placówki obronnej. Polacy jednak wiedząc, iż ze strony, skąd nadchodzili Niemcy w polskich mundurach, nie mogła przyjść polska armia, otworzyli ogień do nadchodzących. Przebierańcy uciekli. Często zarzuca się kłamstwo autorowi książki, jednak podobne tematy pojawiają się w różnych czasopismach i opowieściach żołnierzy.
Sprawę walki z szablą na czołg, wyjaśnił niegdyś Stanisław Janicki „W starym kinie”, opowiadał o niemieckim filmie propagandowym z okresu kampanii wrześniowej. W tym właśnie filmie przebrano znów niemieckich żołnierzy w mundury polskiej kawalerii i przebierańcy atakowali szablami czołgi.
Kłamstwo ujawniają nie tylko fakty, ale też każdy widz wystarczająco spostrzegawczy może sam to zauważyć. Na filmie propagandowym wybucha granat, a stojące obok drzewa pozostają nienaruszone — użyto grantu dymnego. Film, o którym tu jest mowa to fragmenty Kampfgeschwader Lützow. Niemiecki film propagandowy „Dywizjon Bombowy Lűtzow” w reżyserii Hansa Bertrama, zrealizowany przez wytwórnię Tobis, miał premierę w lutym 1941 roku. Film z niemieckiego punktu widzenia opowiada o ataku Niemiec na Polskę w 1939 roku. Podobnym filmem był „Feldzug in Polen” — „Kampania w Polsce”, nakręcony w 1940 roku przez Fritza Hipplera. Między innymi w filmach używano słowackich samolotów Avia B-534, jako polskich samolotów myśliwskich, żeby wyglądały na bardziej przestarzałe. Film ten nakręcono w celu podniesienia niemieckich morale przed kolejnymi bitwami.
Polska kawaleria stanowiła największe utrapienie dla Niemców po napadzie na Polskę we wrześniu 1939 roku. Nawet Andrzej Wajda uległ tej propagandzie, bowiem w jego filmie „Lotna” nakręconym w roku 1969, sanacyjny i źle wyposażony żołnierz, usiłował dziabać szablą niemiecki czołg, co przypomina bardziej Monty Pythona. Stefan Kisielewski, jako żołnierz Kampanii Wrześniowej w swoich dziennikach umieścił oburzenie na temat karykaturowania polskości, w filmie „Lotna”.
O przebieraniu się Niemców za polskich żołnierzy wiemy także z kart historii, gdy przebrani za polaków Niemcy, którym powiedziano, że grają w filmie, zaatakowali niemiecką radiostację w Gliwicach, co miało stać się przyczyną ataku Niemiec na Polskę.
Natomiast rzadko mówi się o tym, że niemieccy żołnierze używali koni, gdyż wielokrotnie brakowało im paliwa. Nie używano gazów bojowych na polu walki tylko i wyłącznie ze względu na konie, które w niemieckiej armii przewyższały liczbę pojazdów mechanicznych, o czym w Norymberdze mówił sam Gering. Kawalerię posiadali nawet Amerykanie w roku 1945, co potwierdzają zdjęcia w Internecie.
Kawaleria w każdej armii odgrywała znaczącą rolę podczas trwania wszelkich działań wojennych w okresie II wojny światowej. Historię można zakrzywiać przez jakiś czas, ale prawda zawsze wypłynie na wierzch.
---

Krzysztof Dmowski
http://www.kdpowiesci.republika.pl/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

wtorek, 11 grudnia 2012

Cztery kobiety znane z tego, czego nie zrobiły

Autorem artykułu jest Agata Dąbrowska
Lukrecja Borgia (źródło:Wikimedia)

Napoleon mawiał, że historia jest zestawem kłamstw, które ludzie wcześniej ze sobą uzgodnili. Nawet jeśli przesadził, to coś jest na rzeczy. Oto dowód - cztery sławne damy, które zapisały się w historii czynami, jakich w ogóle nie popełniły.

1. Lady Godiva i jej konna przejażdżka nago
Wiemy, że nie rozebrała się dla kaprysu. Przejechała nago ulicami średniowiecznego Coventry w imię wyższej sprawy - chciała wywalczyć obniżkę drastycznych podatków, jakimi jej nadmiernie chciwy mąż, lord Leofric, obłożył swoich poddanych. Kiedy go o to poprosiła, kpiąco odparł, że zrobi to, jeśli jego żona przejedzie nago przez miasto. I wpadł w pułapkę własnego szyderstwa. Bo lady Godiva spełniła warunek, poprosiwszy wcześniej mieszkańców, by zatrzasnęli okiennice i zamknęli się w domach. Usłuchali, wyłamał się tylko jeden (nazwany potem Tomem Podglądaczem). Przez otwór w okiennicy podejrzał jadącą ulicami swoją panią, otuloną jedynie we własne włosy. Za karę oślepł. A Leofric zmiękł - docenił poświęcenie żony i ulżył poddanym. Brzmi to jak legenda i jest nią w istocie, choć sama lady Godiva była jak najbardziej realna. Naprawdę żyła w XI wieku, naprawdę była żoną lorda. Ale historycy twierdzą, że jej słynna przejażdżka prawdopodobnie w ogóle się nie zdarzyła. Legenda o dzielnej lady pojawiła się w przekazach dopiero w XIII wieku (nie jest jasne, dlaczego akurat wtedy), ale prawdziwą karierę zrobiła setki lat później, dzięki słynnej balladzie Tennysona z 1842 roku. Słowem, tę historię wymyślił poeta. I pewnie dlatego tak nas uwiodła...

2. Włoska trucicielka Lukrecja Borgia

Lukrecji historia przyprawiła wyjątkowo wstrętną gębę. Mamy o niej mniej więcej takie pojęcie, jak użytkownik pewnego historycznego forum (bardzo młody, wnosząc ze stylu), który napisał: "Była to córka Aleksandra VI (papieża!!!), słynna ze swojej piękności, stosunków kazirodczych z bratem i ojcem, sławna trucicielka (próbowała m.in. otruć Michała Anioła), miała blisko 40 kochanków, brylowała na dworze swego ojca, miała nawet ambicje zostać kardynałem!".
Wcielenie zła wszelakiego, prawda? Ale taka właśnie opinia o córce kardynała Rodrigo Borgii, a późniejszego papieża Aleksandra VI, pokutowała przez całe stulecia. Lukrecja stała się znakiem rozpoznawczym potwornej rodzinki Borgiów, której niecne rządy zdominowały renesansową historię Włoch i Europy. Oskarżana o trucicielstwo, rozpustę, kazirodztwo była idealnym symbolem rządów swego opętanego władzą ojca i brata. Piękna i zła, diablica o twarzy anioła - czyż można znaleźć bardziej przemawiające do wyobraźni wcielenie zepsucia?
I tak o niej myślano aż do drugiej połowy XIX wieku, kiedy to historycy poszli w końcu po rozum do głowy. Prześledzenie faktów, a nie żółci wylewanej przez wieki na Borgiów, przyniosło całkiem inny obraz dziewczyny - już nie wyrachowanej hetery o najgorszych instynktach, ale ofiary polityki ojca i brata, traktowanej jak pionek w ich brutalnej grze o władzę. Wydawali ją za mąż trzykrotnie (po raz pierwszy, gdy miała trzynaście lat), nie pytając o zdanie i meblując te małżeństwa po swojemu. Jej pierwszego męża wygnali, a małżeństwo unieważnili jako rzekomo nieskonsumowane. Drugiego bestialsko zamordowali, gdy stał się zawadą w ich polityce. Lukrecja szczerze go opłakiwała i broniła się przed kolejnym małżeństwem, mówiąc: "bo moim mężom źle się wiedzie". Ale kto by jej słuchał! Na trzeciego wyswatano jej księcia Alfonsa d'Este, następcę tronu Ferrary. Ten związek, choć też zawarty pod przymusem, okazał się w miarę trwały i szczęśliwy. Książę d'Este, zachwycony słodyczą  i łagodnością żony, bardzo się do niej przywiązał i został z nią aż do jej śmierci. Umarła na skutek gorączki połogowej, po swojej 11 ciąży w wieku 39 lat.
Z czasem historycy ze zdumieniem odkryli, że Lukrecja ostatnie dziesięć lat swego życia spędziła jak pokutnica. Codziennie się spowiadała, kilka razy w miesiącu przyjmowała komunię, a pod książęcymi szatami nosiła po kryjomu raniącą ciało włosiennicę. Lukrecja, ta rozwiązła i zdeprawowana córka papieża, umarła jak święta.

3. Druga włoska trucicielka królowa Bona
Bonę też historia załatwiła na amen. Z naszą pomocą. Do dziś otacza ją w Polsce czarna legenda wrednej, despotycznej Włoszki, która w naszym bogobojnym kraju zaprowadza swoje cudzoziemskie porządki, wspomagając się trucizną. Bo czemuż to ludzie, którym Bona była niechętna, opuszczali ten padół w kwiecie wieku? Jak skończyły żony jej syna Zygmunta Augusta, których nie cierpiała? Śliczna Barbara Radziwiłłówna zeszła przecież z tego świata przed trzydziestką, delikatna Elżbieta Habsburżanka przed dwudziestką nawet! Obu straszna teściowa serdecznie nie znosiła, a że słynęła ze zdecydowania i siły, nie omieszkała zapewne pozbyć się nielubianych kobiet. Kto ją tam wie, jaką "włoszczyznę" hodowała w swoim podwawelskim ogrodzie! Dla niepoznaki sadziła kalarepkę, a obok trujący tojad!
Wszystko to oczywiście wierutne bzdury, rozpuszczane przez - jak mówią dziś historycy - ludzi związanych z habsburskim dworem, z którym Bona miała na pieńku. Ale nam tę truciznę wsączyli do umysłów nie dworscy plotkarze, ale głównie nasz wielki (tak przynajmniej się mówi) powieściopisarz Józef Ignacy Kraszewski. Nie zapominajmy, że dwa, trzy pokolenia temu myślenie o polskiej przeszłości kształtowały właśnie jego powieści (a napisał ich 232, w tym 88 historycznych, jest rekordzistą w historii polskiej literatury!). Wśród tych dzieł były i "Dwie królowe", masowo czytane przez nasze babki i prababki. Bona jest w tej powieści postacią wyjątkowo obmierzłą. Łączy temperament bazarowej przekupy z naturą bezwzględnej, przewrotnej i zazdrosnej despotki, zdolnej posunąć się do każdej podłości w walce o polityczne wpływy. Sięga po swoje, nie przebierając w środkach. Nawet kosztem szczęścia własnych dzieci, nawet kosztem życia innych.
I tak, z pomocą trującej powieści pana Kraszewskiego, przypięliśmy łatkę trucicielki najwybitniejszej bodaj polskiej królowej. Dziś historycy próbują to usprawiedliwiać, argumentując, że silna osobowość Bony mogła w nas budzić lęk. Przybyła do Polski jako egzotyczna księżniczka, nieprzeciętnie piękna i bystra, w dodatku nie wahająca się robić użytku z własnej inteligencji. Owszem, potrafiła deklamować z pamięci Horacego i Cycerona, ale nie obchodził jej pusty blichtr dworskich spektakli. Była stworzona do rządzenia. I potrafiła zabrać się do rzeczy, na każdym polu walcząc o potęgę dynastii Jagiellonów, a co za tym idzie - Rzeczpospolitej. Zaludniała pustkowia, wznosiła mosty, młyny, tartaki, rozbudowywała miasta i twierdze. Lubiła mawiać: „U was dukaty leżą na gościńcach, schylić się jeno, ażeby je zebrać. Nikt nie chce? Tym lepiej dla mnie”. I zbierała te dukaty workami, zostawiając po sobie świetnie zadbane królewskie dobra, przynoszące wielkie pieniądze, dzięki którym mogła trzymać w szachu i niepokorną szlachtę, i obce mocarstwa. Jak wielkie to były sumy, świadczy polityczna awantura z ostatnich wakacji - nasi politycy całkiem serio domagali się od Hiszpanii zwrotu pokaźnej pożyczki udzielonej przez Bonę królowi Filipowi II. Było tego 430 tys. złotych dukatów, z czego Hiszpan oddał ledwie dziesięć procent. A gdzie reszta?
Myślę, że Złoty Wiek Rzeczpospolitej, jak nazywamy czasy Zygmunta Starego, ten najlepszy okres naszej historii, w dużej części zawdzięczamy właśnie Bonie. Silnej, władczej, przedsiębiorczej kobiecie, której ambicje budowały potęgę kraju. Ale dostrzegliśmy to dopiero teraz (choć czy nie taki jest los wybitnych postaci?), wcześniej woleliśmy jej przypinać łatkę trucicielki.
Ironią historii w tym wszystkim jest to, że raz w życiu Bony opowieść o truciźnie nie była plotką. Gdy na starość opuściła coraz bardziej wrogą jej Polskę i wróciła do swego Bari, truciznę podał jej podstępny dworzanin. Tam umarła i tam ją pochowano. Polacy nie chcieli jej na Wawelu.

4. Maria Antonina i jej ciastka

Kiedy Maria Antonina usłyszała, że jej poddani głodują z powodu braku chleba, zakpiła ponoć: "To niech jedzą ciastka". Ten słynny wers tradycyjnie jest używany jako ilustracja arogancji władców, ich buty i obojętności na los poddanych, ale czy rzeczywiście były to słowa słynnej królowej Francji? Nie ma żadnych dowodów, że kiedykolwiek je wypowiedziała.
Zwrot ten po raz pierwszy pojawił się w odniesieniu do "pewnej księżniczki" w jednym z tomów "Wyznań" filozofa Jeana-Jacquesa Rousseau. Czy ową księżniczką była Maria Antonina? Co najmniej nieprawdopodobne. Tom "Wyznań" z anegdotą o ciastkach został napisany na początku 1766 roku. Maria Antonina miała wtedy ledwo 10 lat i była dzieciakiem na habsburskim dworze, a nie francuską królową. Rousseau zacytował jakąś sobie tylko znaną księżniczkę albo po prostu zwyczajnie ją wymyślił, szukając atrakcyjnej anegdoty, by opisać naturę aroganckich arystokratów. Ale w ogarniętej rewolucyjną gorączką Francji jego słowa tak świetnie pasowały do Madame Deficyt! Marii Antoninie nadano ten przydomek, bo miała wyjątkowy talent do trwonienia pieniędzy. Plotkowano o wielkich sumach, które traciła jako nałogowa hazardzistka (prawda) i pałacyku Petit Trianon, którego ściany wyłożyła złotem i brylantami (czysty wymysł, lecz wierzyli wszyscy). A wszystko to w czasie, gdy jej źle rządzony kraj pogrążał się w coraz większym kryzysie, a poddani umierali z głodu. Kazała im jeść ciastka? Kto, jak nie ona, mógłby się zdobyć na taką kpiącą ripostę?
Dziś wiemy, że wiele z tych opowieści to efekt zwykłego czarnego PR-u, że tylko głupcy mogli obarczać królową winą za finansowy krach Francji, że opowieści o jej rozrzutności też są mocno przesadzone (jej następczyni cesarzowa Józefina, żona Napoleona, pokonała ją w cuglach). Maria Antonina nie była gorsza niż inne arystokratki jej epoki. Ani lepsza, niestety, za co historia zafundowała jej dotkliwą karę. Tkwiła zamknięta w swojej złotej klatce, w wystawnym Wersalu, nie wychylając nosa za bramy, za którymi rozlewało się morze nędzy. I tkwi tam do dziś, jedząc swoje ciastka...
---

Autor: A.D.
http://kobietyihistoria.blogspot.com/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Krótko na temat założenia Rzymu

Autorem artykułu jest Piotr Oskarski
Koloseum (źródło:Wikimedia)
Rzym to jedno z najstarszych miast Europy. Historia jego założenia nie jest jednoznaczna, istnieje cały szereg podań i legend na ten temat. Chyba jedną z najpopularniejszych, a zarazem najbardziej związaną z faktycznym stanem rzeczy, jest legenda o Remusie i Romulusie, od którego imienia pochodzić ma nazwa miasta Rzym.

Na temat historii powstania Rzymu istnieje wiele teorii i legend. Jedna z nich dotyczy Eneasza – bohatera, który wsławił się na wojnie trojańskiej. Osiąść miał on w krainie zwanej Lancjum, gdzie doczekać miał się swej śmierci. Pomiędzy jego potomkami wybuchła walka o władzę. Przegrany oddał w ręce wygranego swoją córkę Reę, która doczekała się dwóch synów, będąc na służbie u bogini Westy.
Nosili oni imiona Romulus i Remus. Władca Lancjum nakazał by, zostali oni zabici w rzece Tyber. Matka jednakże nie zrobiła tego, lecz spuściła je w wiklinowym koszyku. Legenda głosi, że miała je wyłowić wilczyca, która też miała być odpowiedzialna za ich wychowanie i dostarczenie królewskiemu pastuchowi. Historia wilczycy owiana jest przeświadczeniem, że miał być to Zeus.
Między dorosłymi braćmi wywiązał się konflikt, w wyniku którego Remus został zabity przez Romulusa. Zwycięzca miał też zostać założycielem miasta Roma, czyli Rzym, którego nazwa pochodzić miała od właśnie jego imienia.
Powstanie miasta Rzym datuje się na rok 753 p.n.e., jednakże ślady osadnictwa nad Tybrem pochodzą z okresu wcześniejszego, sięgającego aż do roku 1000 p.n.e. Odnośnie daty założenia Rzymu istniało wiele nieścisłości i była ona kwestionowana przez samych Rzymian.
Datowanie to jednak zyskało popularność dzięki dziełu Liwiusza, który w swych Dziejach Rzymu posłużył się chronologią autorstwa Warrona – zakładające początek Rzymu właśnie na 753r p.n.e. W latach 90. wieku XX zostało to potwierdzone przez archeologów, którzy prowadzili badania w tamtym rejonie. W XII w. p.n.e terytorium Rzymu powiększyło powierzchnię o innej osady. By połączenie mogło nastąpić, wysuszono bagno znajdujące się pomiędzy nimi. W jego miejscu powstało Forum Romanum. Do VI w. p.n.e. Rzym był monarchią, której pozycję na Półwyspie Apenińskim umocnił ród Tarkwiniuszy. Rzym to mieszanka kulturowa wpływów greckich, fenickich i etruskich. W bardzo krótkim czasie stał się jednym z największych imperiów w Europie.
---

Rzym zabytki

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

poniedziałek, 10 grudnia 2012

„Radzieckie kobiety w walce. Historia przemocy na froncie wschodnim” - nowa, fascynująca książka Anny Kryłowej

źródło: empik.com
Tak naprawdę wszyscy mamy bardzo małą wiedzę na temat II wojny światowej w ujęciu rosyjskim.
Albo posługujemy się stereotypami, albo czerpiemy wiedzę z propagandowych filmów czy książek okresu sowieckiego.
Trudno o wartościową pozycję na temat II wojny światowej widzianej oczami zwykłych Rosjan.

Dlatego warto przeczytać książkę którą napisała Anna Krylova - "Radzieckie kobiety w walce. Historia przemocy na froncie wschodnim".
Ciekawe ujęcie tematu, bo kobietach-żołnierkach i to na dodatek Rosjankach czytelnik z Polski z pewnością wie niewiele.

Ciekawa recenzja książki na stronie

niedziela, 9 grudnia 2012

Przemysł Śląski w produkcji zbrojeniowej XX wieku

Pod taką właśnie nazwą można obejrzeć w Muzeum Śląskim eksponaty ukazujące rolę śląskiego przemysłu militarnego w wieku XIX i XX.
Szczególne wrażenie robi taczanka (wzór 36), która pozwalała na prowadzenie ognia z ciężkiego karabinu maszynowego w ruchu.

Więcej szczegółów na stronie muzeum

niedziela, 2 grudnia 2012

W grudniu w Niemczech odbędzie się wystawa „Stalingrad”

W grudniu w Niemczech odbędzie się wystawa „Stalingrad”

Redakcja internetowa
2.12.2012, 19:16
Ponad 250 eksponatów pochodzących ze zbiorów muzeum „Bitwa stalingradzka” zaprezentowanych zostanie podczas wystawy „Stalingrad” w Muzeum Wojskowo-Historycznym Bundeswehry w Dreźnie. Wystawa potrwa od 13 grudnia do 30 kwietnia 2013 roku. Eksponaty wybrane zostały przez przedstawicieli drezdeńskiego muzeum.
Ponad 250 eksponatów pochodzących ze zbiorów muzeum „Bitwa stalingradzka” zaprezentowanych zostanie podczas wystawy „Stalingrad” w Muzeum Wojskowo-Historycznym Bundeswehry w Dreźnie. Wystawa potrwa od 13 grudnia do 30 kwietnia 2013 roku. Eksponaty wybrane zostały przez przedstawicieli drezdeńskiego muzeum.Wystawy poświęcone bitwie stalingradzkiej, jednej z największych bitew II wojny światowej, odbędą się w przyszłym roku również w Bryukseli, Dijon i Caen.
Źródło: Głos Rosji.

List otwarty ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego do Komisji Mniejszości Sejmu R.P. w sprawie Akcji „Wisła”

Ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski
źródło: Wikimedia
List otwarty do posłów z Komisji Mniejszości w sprawie Akcji Wisła 27-11-2012,

Otrzymałem zaproszenie od sejmowej komisji, na której 6 grudnia br. poseł Miron Sycz ma wyjaśniać stanowisko w sprawie akcji „Wisła”.
Poniżej moja odpowiedź oraz samo zaproszenie.

Szanowni Państwo, dziękuję za zaproszenie na najbliższe spotkanie Komisji MNE. Potwierdzam swój udział. Przy okazji przesyłam protesty rodzin pomordowanych przez zbrodniarzy z OUN – UPA i SS Galizien oraz kolaborantów na żołdzie Adolfa Hitlera i Heinricha Himmlera.

Apel Porozumienia Pokoleń Kresowych
http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=8&nid=7042
Protest organizacji kresowych skierowany do Marszałek Sejmu
http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=8&nid=7003
Protest Kresowego Ruchu Patriotycznego
http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=8&nid=7012
Protest Kresowian z Kędzierzyna-Koźla
http://www.isakowicz.pl/index.php?page=news&kid=8&nid=7020

Dołączam się do powyższych protestów, gdyż jako reprezentant mniejszości ormiańskiej domagam się potępienia owych zbrodniarzy, którzy w latach 1944 r. i 1945 wymordowali w okrutny sposób polskich Ormian w Kutach nad Czeremoszem i w Baniłowie na Bukowinie oraz w wielu innych miejscach na dawnych Kresach Wschodnich II RP.
Tablicę w języku polskim i ukraińskim ku czci tych bohaterów poświęciłem 3 maja br. w Kaplicy Wołyńskiej w sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Kałkowie-Godowie k. Starachowic.
Szkoda, że Państwo do tej pory nie złożyliście wieńców pod tą tablicą. Szkoda też, że pan poseł Miron Sycz do tej pory nie zapalił zniczy na grobach niewinnych ofiar pomordowanych przez kureń UPA „Mesnyky”, którego aktywnym członkiem był jego ojciec.
A może przyszedł wreszcie czas, aby naprawić te zaniedbania?
z poważaniem ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski reprezentant mniejszości ormiańskie w KWRiMN i proboszcz parafii ormiańskokatolickiej dla Polski południowej

Sceny z walki samurajów można obejrzeć na wystawie w Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha w Krakowie

Grupa samurajów z XIX wieku (źródło:Wikimedia)
Aż do 2 kwietnia będzie można zwiedzić wystawę w Krakowskim Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha.

Wystawa została oparta na historii roninów (czyli japońskich samurajów, którzy utracili pana), która wydarzyła się na początku XVIII wieku w Edo.

Więcej informacji na stronie muzeum

czwartek, 29 listopada 2012

Rozpoczęły się XXI Targi Książki Historycznej w Warszawie

źródło: pwhk.pl
Targi, to jednak nie tylko książki, choć to właśnie one będą dominować.Obok stoisk z książkami odbędą się lekcje historyczne, spotkania z autorami książek czy pokazy filmów o tematyce historycznej.
Impreza rozpoczęła się dzisiaj, tj. 29 listopada i potrwa do 2 grudnia.
Wstęp jest bezpłatny.

Więcej na stronie

Historia SS. Legiony śmierci w służbie Hitlera - książka, którą trzeba mieć

żródło: odk.pl
Na rynku wydawniczym jak zwykle przed końcem roku (idą święta) spory ruch.
Obok pozycji słabych, za to wspieranych dobrym marketingiem można spotkać książki zasługujące na uwagę.
Do takich z pewnością należy "Historia SS. Legiony śmierci w służbie Hitlera"

SS, organizacja zbrodnicza, skupiająca w swych szeregach osoby slepo oddane Hitlerowi i idei narodowego socjalizmu.

Więcej o książce na stronie

niedziela, 25 listopada 2012

Asy „Normandia-Niemen”

Asy „Normandia-Niemen”

Michaił Aristow
24.11.2012, 22:14
„Normandia-Niemen”. Pod taką nazwą przeszła do historii II wojny światowej legendarna eskadra francuskich lotników, która powstała na terytorium Związku Radzieckiego. Porozumienie o jej powołaniu zostało podpisane 70 lat temu – 25 listopada 1942 roku.
„Normandia-Niemen”. Pod taką nazwą przeszła do historii II wojny światowej legendarna eskadra francuskich lotników, która powstała na terytorium Związku Radzieckiego. Porozumienie o jej powołaniu zostało podpisane 70 lat temu – 25 listopada 1942 roku.

Eskadrę sformowano w mieście Iwanowo. Wtedy liczyła ona 14 pilotów i 58 techników. Pierwszym jej dowódcą był francuski as Jean Tulasne, który jeszcze przed przybyciem do ZSRR strącił 6 samolotów przeciwnika. Eskadra otrzymała nazwę „Normandia” od nazwy prowincji we Francji, która najbardziej ze wszystkich ucierpiała z powodu hitlerowskiej agresji. W kwietniu 1943 roku udała się ona na front, opowiada historyk lotnictwa Andriej Simonow.
Źródło: Głos Rosji.

Dobra wiadomośc dla miłośników historii - Tygodnik Ale Historia! będzie dostępny w wersji na iPada

Miłośnicy historii posiadający iPada będą mogli się cieszyć dostępem do tygodnika Ale Historia!

Aplikacja "Ale Historia" która jest już dostępna w AppStore wykorzystuje wszystkie możliwości iPada (wysokiej rozdzielczości zdjęcia, przewijanie tekstów, wygodna nawigacja).

Jej działanie będzie można sprawdzić ściągając bezpłatne wydanie archiwalne.

piątek, 23 listopada 2012

Podwody jako forma średniowiecznej organizacji pocztowej

źródło: Wikimedia
Obecnie ciężko sobie wyobrazić, jak wyglądałby świat, gdyby cywilizacja nie stworzyła instytucji poczty.
To dla nas naturalne, że otrzymujemy pocztą bieżące rachunki, wysyłamy za jej pośrednictwem paczki dla bliskich itd. Spójrzmy więc na prapoczątki organizacji pocztowych na terytorium średniowiecznej Polski.
Pojawienie się praorganizacji pocztowej na ziemiach polskich nastąpiło za panowania Bolesława Chrobrego, zaś sposób jej funkcjonowania, jak i sam rozwój szeroko rozumianych usług pocztowych odbywał się podobnie do reszty krajów średniowiecznej Europy.
W czasach średniowiecznych przeciętny człowiek nie potrzebował przesyłać informacji na znaczne odległości. Co innego królowie i książęta – wymiana korespondencji między elitami była konieczna, choćby ze względu na utrzymanie w ryzach jednolitego charakteru państwa. Wspomniani możni zatrudniali tzw. komorników, którzy byli po prostu ich posłańcami (często rolę tę pełnili przebywający na terenie posiadłości dworskich synowie szlachciców).
Proces transportu korespondencji usystematyzował w Polsce wspomniany wcześniej władca, Bolesław Chrobry, wprowadzając tzw. podwody. Była to swoista praforma organizacji pocztowej, w ramach której miejscowa ludność została zobowiązana do udostępniania państwowym posłańcom koni i wozów wykorzystywanych do dostarczania korespondencji oraz towarów.
Ośrodkiem, w którym mieściła się lokalna siedziba podwodów, był dom najwyższego rangą lokalnego przedstawiciela państwowej administracji, którym mógł być wójt, burmistrz lub ławnik. Wydawanie koni i wozów odbywało się na podstawie okazania przez posłańca listu podwodowego oraz opłacenia przez niego odpowiedniej kwoty pieniędzy. Jako ciekawostkę warto zaznaczyć fakt, iż posłaniec nie mógł pominąć na trasie swej podróży wyznaczonych miejscowości, w których czekały na niego nowe konie, zaś za zabranie koni z nieuprawnionego miejsca czekała go kara dwóch tygodni więzienia oraz koniec „kariery” komornika. Udostępnianie podwodów wiązało się z dość znacznymi kosztami (w większości ponosiły je miasta królewskie), dlatego też obowiązek ten nie cieszył się popularnością.
Za panowania Zygmunta Augusta wprowadzono podatek podwodowy, który uiszczać były zobowiązane wszystkie miejscowości będące własnością króla (jeżeli wcześniej przyznano którejś z nich związane z podwodami przywileje, zostały one anulowane). Nastąpiło to na sejmie warszawskim w 1564 r. i tym samym zapoczątkowało wprowadzenie klarownego systemu finansowania państwowej poczty. Wysokość podatku podwodowego wynosiła 16% szacunkowej wartości nieruchomości znajdującej się na terenie danej miejscowości, a obowiązek corocznego regulowania tego podatku spoczywał na właścicielu budynku. Inaczej rzecz miała się w przypadku wsi – tam podatek podwodowy zbierał starosta w wysokości 6 groszy za każdy łan pola, naliczano również „czopowe” (swoistą opłatę akcyzową) od napojów alkoholowych produkowanych na terenie wsi.
Prawo wprowadzone przez Zygmunta Augusta okazało się niewystarczające pod względem dochodów, jakie zapewniało na poczet organizacji podwodów. Dlatego też rok później od jego ogłoszenia ustalono na sejmie piotrkowskim nowe reguły finansowania królewskiej poczty (choć naturalnie nie używano jeszcze tego terminu). Zmniejszono tym sposobem przede wszystkim opłaty za udostępnienie środków transportu, zredukowano również wynagrodzenie posłańców. Nie przyniosło to oczekiwanych rezultatów, gdyż wiele miast w wyniku problemów gospodarczych oraz nieoczekiwanych zdarzeń losowych nie było w stanie sprostać obowiązkowi opłacania podatku podwodowego w należytej wysokości, a część z nich po prostu uchylała się od tego obowiązku.
Kolejną próbę reformy finansowania podwodów przeprowadził król Stefan Batory. W 1576 r. ogłosił on prawo, w myśl którego zagroził miastom niepłacącym podatku podwodowego, w obliczu dalszego braku współpracy, natychmiastową egzekucją długu – bez konieczności podpierania się w tym wypadku zgodą sejmu. Zaowocowało to większymi wpływami pieniędzy do królewskiego skarbca, niemniej jednak wspomniane wpływy i tak nie wystarczały na pokrycie kosztów funkcjonowania coraz lepiej zorganizowanej i szybko rozwijającej się instytucji podwodów.
W średniowiecznej Polsce istniały także inne organizacje pełniące funkcje zbliżone do współczesnej poczty. Poza królewskimi podwodami kolportażem korespondencji trudniły się również klasztory, a także ośrodki naukowe i kupieckie. Nierzadko także sądy i miasta posiadały autonomiczne oddziały zajmujące się tym procederem. Przykładowo, po założeniu przez Kazimierza Wielkiego w 1364 r. Uniwersytetu Jagiellońskiego, nadmieniona uczelnia posiadała na usługach własnych posłańców, zapewniających stały kontakt z zagranicznymi uniwersytetami, np. z paryską Sorboną.
Organizację, o której powiedzielibyśmy dziś, że świadczyła ona usługi pocztowe i kurierskie, prowadziła znana na przełomie XV i XVI w. bawarska rodzina kupców. Fuggerowie, bo tak brzmiało nazwisko wspomnianej rodziny, siedzibę swej instytucji umieścili w Augsburgu, natomiast na terenie Polski powstały jej lokalne faktorie w Krakowie i Wrocławiu. Nadmienione faktorie wysyłały korespondencję raz w miesiącu – z Wrocławia do Antwerpii, zaś z Krakowa do Rzymu przez Wiedeń. Popularność instytucji prowadzonej przez Fuggerów była tak duża, że korzystała z jej usług nie tylko polska magnateria, lecz także królewski dwór, np. na okoliczność wysyłania listów poza granice kraju.
W okresie średniowiecza oraz wczesnej historii nowożytnej na ziemiach polskich przesył korespondencji odbywał się także w sposób niezorganizowany.
Przemierzający świat kupcy często oferowali za odpowiednią opłatą dostarczenie listów bądź drobnych pakunków do odbiorców mieszkających na terenie miejscowości znajdujących się na trasie ich podróży. Wadą tego rozwiązania był jednakże długi czas oczekiwania na dostarczenie przesyłki oraz brak pewności kiedy i czy w ogóle dotrze ona do adresata. Z czasem zamożni kupcy zwietrzyli interes na dostarczaniu korespondencji i otworzyli własne instytucje posłańcze, których przykład może stanowić opisana powyżej organizacja rodziny Fuggerów.
Rozluźnienie systemu feudalnego, a także szeroko rozumiany rozwój życia społecznego, gospodarczego i politycznego sprawiły, że funkcjonujące jak dotąd organizacje prapocztowe przestały należycie spełniać swoją rolę. Dotychczasowe rozwiązania służyły bowiem tylko administracji państwowej i najbogatszym mieszkańcom miast, a czas dostarczania przesyłek często pozostawiał wiele do życzenia. Brakowało instytucji, która byłaby w stanie zapewnić relatywnie krótki czas dostarczenia przesyłki zagranicę w ujęciu regularnym. Dlatego też na początku XVI w. w Polsce powstała pierwsza organizacja pocztowa z prawdziwego zdarzenia, świadcząca usługi zbliżone do tych, które zapewnia dziś tradycyjna poczta. Nosiła ona nazwę Poczty Królewskiej, a jej znaczenie dla ówczesnej społeczności systematycznie rosło, aż do momentu, kiedy jej funkcjonowanie stało się nieodłącznym elementem systemu społeczno-gospodarczego kraju.
-- O autorze
tani kurier

70 lat temu Niemcy rozpoczęli zbrodniczą akcję wysiedlania ludności polskiej na Zamojszczyźnie

Polscy rolnicy wysiedlani ze swoich ziem.
Zamojszczyzna grudzień 1942 (źródło:Wikimedia)
Za kilka dni mija 70 rocznica rozpoczęcia niemieckich akcji wysiedleńczych i pacyfikacji.
Były one przeprowadzone na Zamojszczyźnie w tzw. Generalnym Gubernatorstwie i trwały od listopada 1942 do sierpnia 1943.

Akcja objęła łącznie ponad 100 tysięcy wysiedlonych Polaków, w tym ponad 30 tysięcy dzieci.
W to miejsce III Rzesza zamierzała osiedlić kolonistów niemieckich przesiedlonych z Besarabii, Ukrainy, Bośni, Serbii, Słowenii czy ZSRR.
Do realizacji zadania wyznaczony został dowódca SS i policji na Dystrykt Lublin, SS-Grupenführer Odilo Globocnik.
Szczególnie tragiczny los dotknął polskie dzieci, duża grupa z nich była poddana gemanizacji, bardzo dużo zginęło z uwagi na ciężkie warunki panujące podczas transportu i w miejscach koncentracji.

Więcej o akcji można przeczytać tutaj

Informacja o obchodach 70. rocznicy wysiedleń na Zamojszczyźnie organizowanych przez IPN w Lublinie

wtorek, 20 listopada 2012

Tajna broń polskiego wojska 1939 — wz 35 UR

Autorem artykułu jest Krzysztof Dmowski

źródło:Wikimedia
Tajną bronią tamtego okresu był karabin przeciwpancerny wz39 UR. Karabin ten potrafił zadawać czołgom i pojazdom opancerzonym poważne straty. I na podstawie jego konstrukcji Niemcy rozpoczęli produkcję własnego karabinu pod zmienioną nazwą.

Lekka, poręczna, prosta i bardzo skuteczna broń przeciwko czołgom i pojazdom opancerzonym została skonstruowana przez trzech Polaków: inż. Józefa Maroszka, płk dr Tadeusza Felsztyna i Piotra Wilniewczyca.
Karabin (nazywany również rusznicą) w pancerzu czołgu wybijał otwór o średnicy dwukrotnie większej od własnego kalibru — otwór miał rozmiar około piętnastu milimetrów. Pocisk przestrzeliwszy pancerz zabijał członków załogi. Pociski z tego karabinu nawet wystrzelone pod kątem, przebijały pancerze czołgów.
Przeciwko powszechnemu używaniu broni zawiniła nadmierna tajemnica. Rzekomo ten karabin był produkowany na eksport do Urugwaju. I z tego powodu nie przeszkolono żołnierzy w jego używaniu. Prawda jest taka, że obsługa karabinu była tak prosta, że nie różniła się niczym od obsługi zwykłego karabinu. Zawiniło nieprzygotowanie i złe rozmieszczanie strzelców uzbrojonych w karabin UR.
Karabin, ze względu na tajność, przechowywano w skrzyniach z napisem „sprzęt mierniczy”. W czasie działań wojennych Niemcy przejęli wiele sztuk tej broni, zmienili nazwę na PzB 35, potem na podstawie polskiej konstrukcji zaczęli produkcję własnych modeli, a broń zdobytą w starciu z polskimi żołnierzami przekazali Włochom.
Podobno karabin był w stanie przestrzelić z odległości 100m pancerze do 40mm. Zaś z 300 metrów ustawiony pod kątem trzydziestu stopni przebijał pancerz 15mm.
UR to tylko jeden z wielu przykładów doskonałej myśli technicznej, zrodzonej w Polsce przed wybuchem II wojny światowej. Nigdy nie dowiemy się, w jaki sposób rozwinąłby się nasz kraj, gdyby Polska po wojnie pozostała niezależnym państwem.

---

Krzysztof Dmowski
http://www.kdpowiesci.republika.pl/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Wirtualne Muzeum Kresy-Syberia

Unikalne zdjęcia, znakomite prezentacje i filmy, ciekawe relacje.
To wszystko można znaleźć na stronach Wirtualnego Muzeum Kresy Syberia.

Przyznam szczerze, że pomysł jest znakomity a i sama strona wykonana bardzo dobrze. Po wejściu do tego muzeum czas płynie szybko i ani się obejrzymy mija minuta za minutą.

Duże wrażenie na mnie zrobiła tzw ściana pamięci. Zawiera informacje osób które zginęły (lub zaginęły) w działaniach wojennych.

Strona Wirtualnego Muzeum Kresy-Syberia.

sobota, 17 listopada 2012

Zapowiedź intrygującej książki - , "Mossad.Najważniejsze misje izraelskich tajnych służb

źródło:ksiazka.net.pl
Mosad uchodzi za najlepiej zorganizowany wywiad świata. Przypomnijmy sobie choćby tak spektakularną akcję jak porwanie Adolfa Eichmanna.

Książka opisuje takie właśnie, często wyglądające na niewykonalne akcje izraelskiego wywiadu. Do tej pory akcje te były owiane mgiełką tajemnicy a agenci i wywiadowcy ukrywali się za maską anonimowości.

Autorzy książki Michael Bar-Zohar i Nissim Mishal wykonali kawał dobrej roboty, książkę czyta się jednym tchem.

Więcej o książce

piątek, 16 listopada 2012

19 listopada mija 70 rocznica śmierci Brunona Schulza

Brunon Schulz (źródło:Wikimedia)
Bruno Schulz autor Sklepów cynamonowych i Sanatorium pod Klepsydrą urodził się 12 lipca 1892 r. w Drohobyczu koło Lwowa.
Mimo, że był pochodzenia żydowskiego,  w jego rodzinie nie kultywowano tradycji żydowskich i mówiono tylko po polsku.

Tragiczne wydarzenia nadeszły dla pisarza 11 września 1939 roku, kiedy Niemcy wkroczyli do Drohobycza.
Od razu doszło do aktów przemocy, szczególnie brutalnych wobec ludności żydowskiej.
W wyniku agresji ZSRR na Polskę i postanowień paktu Ribbentrop-Mołotow, Niemcy wycofali się z Drohobycza 24 września oddając go Armii Czerwonej.
Schulz nadal pracował w szkole, pracując na rzecz nowej, komunistycznej władzy. Zasiadał w komisji podczas wyborów radzieckich władz politycznych, malował propagandowe plakaty i obrazy okolicznościowe (np. portrety Stalina).

1 lipca 1941 r. wojska III Rzeszy, które wcześniej zaatakowały ZSRR, ponownie wkroczyły do Drohobycza.
Niemcy rozpoczęli represje wobec Żydów, utworzyli getto, do którego trafiła rodzina Schulza. Żydów poddano niewolniczej pracy, konfiskowano im mienie, zaczęły się także masowe mordy.
Feralny dla Schulza dzień nadszedł w tzw. "czarny czwartek" 19 listopada 1942 r. Pisarz szedł do Judenratu po chleb na drogę — miał najbliższej nocy uciekać z getta do Warszawy. Natrafił na tzw. "dziką akcję" gestapowców, mordujących Żydów na ulicy w odwecie za postrzelenie jednego z Niemców.
(źródło: Wikipedia)

W związku z tą rocznicą w stołecznej Kordegardzie będzie można obejrzeć wystawę "Drohobycz artystów". Więcej tutaj

Wystawa opowieścią o powstaniu państwa staroruskiego

Wystawa opowieścią o powstaniu państwa staroruskiego

Irina Gardenina, redakcja internetowa
15.11.2012, 19:46
Pojawienie się państwa staroruskiego to temat unikatowej wystawy w Muzeum Historycznym w Moskwie, która potrwa do 28 lutego 2013 roku. Jej nazwa to „Miecz i złatnik”. Miecz symbolizował wojowniczą dumę we wczesnym Średniowieczu, a złatnik był pierwszą rosyjską monetą staroruskiego bicia.
Pojawienie się państwa staroruskiego to temat unikatowej wystawy w Muzeum Historycznym w Moskwie, która potrwa do 28 lutego 2013 roku. Jej nazwa to „Miecz i złatnik”. Miecz symbolizował wojowniczą dumę we wczesnym Średniowieczu, a złatnik był pierwszą rosyjską monetą staroruskiego bicia. Złatnik stał się de facto deklaracją suwerenności państwowej Rusi, która już w X wieku była jednym z najpotężniejszych mocarstw chrześcijańskich. Dzieje państwowości rosyjskiej rozpoczęły się w 862 roku – od wezwania na tron książęcy w Nowogrodzie Warega Ruryka.
©State Historical Museum
Źródło: Głos Rosji.