sobota, 30 czerwca 2012

Mania instalowania pomników

Mania instalowania pomników

 
30.06.2012, 18:30
Na dzień 30 czerwca organizacje nacjonalistów na Ukrainie Zachodniej zaplanowały jednocześnie dwie spektakularne imprezy. W mieście Kałusz w obwodzie Iwanofrankowskim zostanie odsłonięty pomnik Romana Szuchewicza. We Lwowie natomiast odbędzie się pierwsza ceremonia wręczania nagrody imienia Stepana Bandery.
Na dzień 30 czerwca organizacje nacjonalistów na Ukrainie Zachodniej zaplanowały jednocześnie dwie spektakularne imprezy. W mieście Kałusz w obwodzie Iwanofrankowskim zostanie odsłonięty pomnik Romana Szuchewicza. We Lwowie natomiast odbędzie się pierwsza ceremonia wręczania nagrody imienia Stepana Bandery.

Pamięć lidera organizacji ukraińskich nacjonalistów na Ukrainie Zachodniej utrwalają już ponad 30 pomników i tablic pamiątkowych. Dowódca Ukraińskiej Powstańczej Armii Szuchewicz ma co najmniej 12. Trudno po prostu policzyć. Ta niepohamowana histeria pamiątkowa przypomina do złudzenia okres władzy radzieckiej, kiedy w każdym właściwie mieście czy wsi wznoszono pomniki ku czci wodzów. A przecież właśnie z tą władzą, zdaniem ukraińskich nacjonalistów doby obecnej, walczyli o niepodległość Ukrainy ich bożyszcze. Obaj szczególnie wyróżnili się w okresie drugiej wojny światowej. Przy tym, nie tylko w działaniach zbrojnych przeciwko Armii Czerwonej.
Źródło: Głos Rosji.

czwartek, 28 czerwca 2012

Papież Joanna — kobieta w Watykanie

Papież Joanna — kobieta w Watykanie

Autorem artykułu jest Krzysztof Dmowski
 
Ujęta piórem Emmanuela Ridisa powieść „Papież Joanna”, przedstawiająca faktyczne losy bohaterki, której duma i próżność, a może ambicja, doprowadziły do zajęcia przez kobietę miejsca na tronie Watykanu.

Można powiedzieć, że kobieta po raz kolejny udowodniła swoją wartość, gdy w roku 855 została papieżem pod imieniem Jan VIII.
Zawarta w kronikach historia Joanny przedstawia niesamowitą historię prostej dziewczyny wywodzącej się z chłopstwa, która osiągnęła niesamowitą karierę, nie posiadając niczego. Dzięki swojej własnej stanowczości, uporowi w dążeniu do celu — może być przykładem dla wielu dzisiejszych niedowiarków, że każdy człowiek może osiągnąć wszystko, w co tylko uwierzy, bo to my, ludzie, stawiamy sobie granice, których przebycie jest niemożliwe.
Trudno jest powiedzieć, żeby Joanna pragnęła zostać papieżem już na początku wędrówki swojego życia, ale z całą pewnością pragnęła swoje życie odmienić i stać się kimś. Być może powodowała nią zwyczajna zazdrość i pragnienie posiadania, a podążając z miejsca na miejsce, dotarła w końcu do Watykanu, gdzie poznała dostatniego życia i może właśnie wtedy zapragnęła wejść na szczyt.
Matka Joanny, Juta, pracowała u barona saskiego jako gęsiarka, ale szybko trafiła do jego łóżka, jednak szybko mu się znudziła i zaopiekował się nią podczaszy, który oddał potem dziewczynę kucharzowi, a ten po jakimś czasie wymienił się z mnichem, oddając dziewczynę za ząb świętego Gudlaga. Juta żyła sobie z mnichem w największej radości, aż biskup nakazał swoim mnichom wyruszyć w drogę i nauczać wszystkie narody. I tak ojciec Joanny, wraz ze swą małżonką chadzał, nauczając przez osiem lat, wielokrotnie biczowany, siedmiokrotnie topiony, czterokrotnie palony i trzykrotnie wieszany, a — jak podaje kronika — ze wszystkich tych okropności udało mu się wyjść dzięki pomocy Matki Bożej, która, jak donoszą kroniki święte, rękoma podtrzymywała nogi wiszących, a wachlarzem piór gasiła płomienie i za pomocą szarfy ratowała tonących.
Odpoczywających wędrowców odwiedzili strzelcy księcia erfurckiego i zgwałcili Jutę, a potem odeszli. Mnich złorzeczył napastnikom, co Emmanuel Roidis ujął w taki sposób: „ […] ruszył w drogę z umęczoną żoną, złorzecząc i wyklinając Saksonów, którzy do korony męczeńskiej dorzucili mu inne jeszcze przybranie głowy”. W dziewięć miesięcy później, a był to rok 818, na świat przyszła dziewczynka, której dano na imię Joanna.
Joanna uczyła się w niesamowity sposób, pojmując tak wszelkie nauki jak i języki, a nawet nauczała swoje rówieśniczki. Kiedy Joanna miała osiem lat, zmarła jej matka, a dziewczynka wygłosiła mowę pogrzebową. Następnie Joanna dorastała w mądrość i urodę, przez kolejnych dwadzieścia lat wędrując u boku ojca, aż duch jego opuścił ciało. Wtedy Joanna przeżyła objawienie i usłuchawszy porady dotyczącej drogi, którą powinna dalej podążać, biedna i bezdomna dziewczyna postanowiła udać się do klasztoru. Joanna błyszczała swą wiedzą oraz inteligencją pośród mnichów, wykładając im doktryny w sposób, jaki oni usłyszeć chcieli — kiedy nie wolno było jeść gęsi, sugerowała ochrzcić gęś jako rybę i tak robiono, a dzięki temu zakazane stawało się dostępne.
W czasie wspólnej pracy z jednym z mnichów, rozumiejąc wyraźnie przekaz z „Pieśni nad Pieśniami” — najbardziej erotycznym fragmencie Biblii, została jego kochanką. Porzuciła go, gdy jej się znudził. Wielokrotnie w czasie wspólnej wędrówki Joanna była przedstawiana jako tężyzna, chadzając w mnisim habicie, który często dawał jej ochronę przed męskimi zapędami.
Po wielu latach wspólnej wędrówki, porzuciwszy swojego kochanka, chwytając nadającą się możliwość, udała się wprost do Rzymu. Niesamowita inteligencja Joanny sprawiała, że słuchano ją wszędzie, bo wiedziała, co ma powiedzieć swoim słuchaczom. Tak osiągała dziewczyna w szybkim tempie kolejne szczeble kariery, aż w końcu pod imieniem brata Jana, została sekretarzem papieża Leona. Brat Jan znany był z tego, że potrafił załatwiać we właściwy sposób wszelkie sprawy, czym zyskał sobie wielu przyjaciół. I Joanna, która pamiętała treść przekazu podczas objawienia, dostrzegła, że przyszłość zaczynała się wypełniać. Nie mogąc doczekać się śmierci papieża, zrobiła jego kukłę w postaci małej laleczki i z nienawiścią nakłuwała ją igłami każdego wieczora. Aż w końcu papież Leon dokonał swego żywota.
W tamtym okresie papieża wybierano na rynku w biały dzień, nie szczędząc wina, krwi oraz walki na kije i kamienie — intryg nie zanotowano. Najbardziej oddane sługi papieża Leon, stawiały na mądrość i szlachetność młodego benedyktyna, brata Jana, a walka o wybór papieża trwała cztery godziny. W końcu radośnie obwieszczono panowanie Jana VIII.
Jednocześnie rozwijała działanie kościoła, budowała kaplice, tworzyła dogmaty, pisała księgi. Walcząc z samotnością, Joanna znalazła sobie nowego kochanka, którego mianowała swym szatnym. Jednak, aby sprawiedliwości stało się zadość, któregoś dnia bożek płodności nawiedził łoże kochanków. Joanna zaczęła ukrywać się przed wiernymi, którzy winili papieża, że im nie błogosławi, żebracy, że nie otrzymują soczewicy, fanatycy obwiniali, iż przez ostatnich sześć miesięcy żaden kacerz nie spłonął na stosie, zaś kaleki i opętani pytali, czemu papież cudów nie sprawia.
W końcu papież postanowił ukazać się swojemu tłumowi, pomimo dolegliwości, która go dotknęła i w pełni papieskiej chwały przeprowadzała ceremonię publiczną. Wówczas to nastąpił chyba najbardziej niesamowity i niesłychany cud, o jakim wcześniej, ani później świat nie słyszał — z łona papieża wyłoniło się niemowlę. W tym też momencie dusza Joanny pożegnała doczesny żywot. Tam, gdzie zmarła, została pochowana, a na miejscu jej grobu powstał pomnik przedstawiający kobietę w połogu.
Według wielu podań dzień, w którym papieżyca urodziła dziecko, nazwano Bożym Ciałem i obchodzi się je do dziś. Podobnie, aby uniknąć kolejnej hańby dla kościoła, który kobietę ukazuje jako nierówną mężczyźnie, zamontowano w Watykanie urządzenie zbliżone do sedesu, na którym siadywał kandydat na papieża, a duchowni oglądali go, przechadzając korytarzem poniżej.
Przez długie stulecia Watykan zaprzeczał istnieniu Joanny pod imieniem Jana VIII, mimo wielu niemych świadków historii w postaci kronik. Biskupi atakowali kolejne wydania książek swymi uwagami i apelami o ich niszczenie, aż w końcu jeden z nich, nie widząc ratunku w nieustannych zaprzeczeniach, przyznał, że ta historia jest prawdopodobna.

W 2009 roku zrealizowano także dramat biograficzny pod tytułem: „Papieżyca Joanna”.

Przygotowano na podstawie:
Andrzej Donimirski, „Niezwykłe kobiety w legendzie i historii”, Wydawnictwo „Barbara”, Kraków 1995;
Emmanuel Roidis „Papież Joanna” Wydawnictwo „Książka i Wiedza” 1961 - 1995.

---
Krzysztof Dmowski
http://www.kdpowiesci.republika.pl/
Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Rasputin — święty demon?

Rasputin — święty demon?

Autorem artykułu jest Krzysztof Dmowski

Rasputin (źródło:Wikimedia)

Posiadał uzdrawiającą moc i dar przewidywania przyszłości. Wiele z jego przepowiedni sprawdziło się, nawet ta, która była związana z jego śmiercią. „Jeśli coś mi się stanie, stracisz koronę i spotka cię straszliwe nieszczęście” — powiedział Rasputin do cara.

Ciekawostką są tu słowa Osho, z książki „Trzecie oko”: „Tak było z Rasputinem, który dzięki swoim oczom zapanował nad Rosją przed nastaniem Lenina. Był to zwykły wieśniak, bez wykształcenia, ale miał bardzo magnetyczne oczy. Nauczył się ich używać. Kiedy spojrzał na ciebie, zapominałeś się, a on w tym czasie telepatycznie przesyłał ci sugestie, któ­rym byłeś posłuszny. Tak zdominował cara, carycę i rodzinę panującą, przez nich zaś całą Rosję. Nic nie można było zrobić bez jego woli”.
Griorgij Jefimowicz Rasputin urodził się we wsi Pkrowskoje dziesiątego stycznia 1869 roku. Nazwisko Rasputin — znaczy rozpustnik i często występuje w tej wiosce. Chłopak był leniwy, nie uczył się ani pisać, ani czytać i całe dnie spał. Unikał wszelkiej pracy, a tylko czasem zatrudniał się jako furman. Natomiast często uganiał się za kobietami, a o jego czynach donoszono na policję.
Po kradzieży konia we wiosce Rasputin wskazał koniokrada, najbogatszego gospodarza i konia odnaleziono we wskazanej zagrodzie. Od tej chwili utwierdziło się przekonanie o jego znajomości przyszłości, a spojrzenie paraliżowało.
W wyniku swoich złych występków po śmierci matki został wygnany z wioski i podobno właśnie wtedy ukazała mu się postać Matki Boskiej, a po tej wizji Grigorij postanowił stać się bliskim bogu i znalazł się w klasztorze Abalak. Pomimo tego, że sam jeszcze nie potrafił czytać, od zakonników uczył się cytatów z Pisma Świętego. Pragnął być sługą Boga. Wtedy też zetknął się z sektą chłystów, którzy głosili bogobojność, twierdząc, że pokuta może odbyć się przez grzech w postaci aktu seksualnego. Właśnie tu Rasputin odnalazł swoje powołanie biorąc udział w częstych orgiach.
W międzyczasie Rasputin ożenił się i miał trójkę dzieci, ale porzucił żonę i wyruszył w świat. Idąc od klasztoru do klasztoru przebył trzy tysiące kilometrów, aż napotkał pustelnika, który ujawnił mu zadanie wyznaczone przez Boga i polecił udanie się do Jerozolimy oraz na grecką górę Atos do centrum wiary prawosławnej. Tu Grigorij poszerzył swoją wiedzę biblijną i niemalże został mnichem. Przestał palić i pić, a nawet został wegetarianinem. Następnie powrócił do swojej żony.
Na wieść, że „ojciec Grigorij” posiada uzdrawiającą moc, zaczęły odwiedzać go tłumy. Jego uzdrawiająca moc brała się głównie ze znajomości ziołolecznictwa. Wielu pielgrzymów prosiło go o pomoc, radę i oczyszczanie z grzechów. W tym celu Grigorij wykopał ziemiankę nazywając ją „łaźnią i domem modlitwy” i tam zamykał się z „braćmi” i „siostrami”.
Pragnął zdobyć pieniądze na odnowę kościoła i zamieszkawszy w Petersburgu odwiedzał cerkwie i poznawał towarzystwo z wyższych sfer, głównie dzięki pomocy opata Aleksandra Newskiego. Wciąż zdobywał nowe kochanki i poznawał kolejnych ludzi. Uczył się czytania i pisania oraz słuchał spowiedzi.
W roku 1907 zyskał przychylność cara, gdy wyleczył jego syna i często bywał na dworze. Dochodziło tu do nieustannych intryg, ale Rasputin — przyjaciel cara, zawsze był niewinny. Swoim zachowaniem zdobył wielu wrogów. Widziano w nim zagrożenie dla tronu. W wyniku nasilenia się publikacji mających na celu szkalowanie Rasputina, car wystosował zakaz wymiany nazwiska swojego przyjaciela w prasie i na posiedzeniu Dumy. Nie przyniosło to żadnego efektu i wówczas car odesłał Grigorija na Syberię.
Jakiś czas potem carewicz uległ wypadkowi i w wyniku bezradności medyków, car zwrócił się znów do Rasputina. On za pośrednictwem telegrafu odpisał: „Bóg ujrzał twoje łzy i wysłuchał modlitw. Nie smuć się, twój syn będzie żył. Niech lekarze nie męczą go dłużej”. Po przeczytaniu tego telegramu chłopiec poczuł się lepiej i wrócił do sił. To zdarzenie sprawiło, że carska małżonka sprowadziła „świętego starca” do stolicy.
Niedługo potem nastąpiło zdarzenie, które jest wiązane z wybuchem I wojny światowej, kiedy to Rasputin podczas corocznej wędrówki do rodzinnej wsi Pokrowskoje, w wyniku spisku został głęboko raniony nożem, a jego wnętrzności wyszły na wierzch. Od tej chwili zaczęto przypisywać Rasputinowi wiele zdarzeń i powstał kolejny spisek zamordowania go.
  Na jednym z przyjęć podano mu wino z cyjankiem potasu. Kiedy trucizna nie skutkowała, wystrzelono do niego z rewolweru. Teraz „demon” upadł. Jak po pewnym czasie się okazało, nic z tego nie wyszło. Dopiero kolejne strzały powaliły Rasputina na ziemię. Trupa wrzucili do przerębla. Miał wtedy 47 lat. W czasie sekcji zwłok znaleziono trzy kule, ale nie było śladów trucizny. Po jakimś czasie na polecenie ministra rozkopano grób i zwłoki zabrano. Kiedy ciężarówka z trumną przejeżdżała obok okna, gdzie stała żona Rasputina, wieko trumny odskoczyło. W dalszej drodze zepsuła się ciężarówka. Zgromadzili się gapie i patrzyli na trumnę i kiedy zobaczono, kto w niej leży, zwłoki spalono.
Po obaleniu cara, kiedy przy każdej zabitej carewnie znaleziono zaszyte w gorset diamenty oraz amulet ze zdjęciem Rasputina, jak echo zabrzmiały jego słowa: „Jeśli coś mi się stanie, stracisz koronę i spotka cię straszliwe nieszczęście”. Czy zatem Rasputin był winny upadkowi carskiej potęgi?

---
Krzysztof Dmowski
http://www.kdpowiesci.republika.pl/
Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

piątek, 22 czerwca 2012

Rosyjskie Towarzystwo Historyczne odradza tradycje

Rosyjskie Towarzystwo Historyczne odradza tradycje

 
22.06.2012, 18:16
W Rosji odtworzono stowarzyszenie, zszarzające uczonych historyków – Rosyjskie Towarzystwo Historyczne. Na jego przewodniczącego wybrano spikera Dumy Państwowej Rosji Siergieja Naryszkina. Sformułował on aktualne zadania, jakie ma do wykonania ta organizacja.
W Rosji odtworzono stowarzyszenie, zszarzające uczonych historyków – Rosyjskie Towarzystwo Historyczne. Na jego przewodniczącego wybrano spikera Dumy Państwowej Rosji Siergieja Naryszkina. Sformułował on aktualne zadania, jakie ma do wykonania ta organizacja. Jest to likwidacja „białych plam” w historii, walka z jej fałszowaniem, wspieranie projektów oświatowych, a także odrodzenie zainteresowania wiedzą na temat przeszłości. Założyciele organizacji zwrócili się do prezydenta Federacji Rosyjskiej Władimira Putina o objęcie stanowiska przewodniczącego kuratorium tego stowarzyszenia.

Rosyjskie Towarzystwo Historyczne odradza się po prawie 95-letniej przerwie. Cesarskie Rosyjskie Towarzystwo Historyczne, założone w 1866 roku w Petersburgu, zostało zakazane w pierwszych latach po rewolucji. Celem organizacji było sprzyjanie rozwojowi rosyjskiej narodowej oświaty w zakresie historii. Pierwszym przewodniczącym Towarzystwa był książę
Piotr Andriejewicz Wiaziemskij, znany poeta, przyjaciel wielkiego poety Aleksandra Puszkina. Po rewolucji 1917 roku pomieszczenie towarzystwa odebrano i rozgrabiono. Losy jego członków były smutne. Wielu wyjechało na zesłanie, niektórych rozstrzelano. Mimo to, stowarzyszenie kontynuowało swoją działalność, lecz w różnych krajach poza obszarem Rosji. Obecnie nadchodzi czas na odrodzenie tradycji, na uważne traktowanie wydarzeń z naszej przeszłości, – podkreślił radca prezydenta Rosji, potomek wielkiego pisarza Lwa Tołstoja i dyrektor muzeum w majątku Jasnaja Polana Władimir Tołstoj:
Źródło: Głos Rosji.

sobota, 16 czerwca 2012

„Lwów” - rejs do Brazylii 1923

„Lwów” - rejs do Brazylii 1923

Autorem artykułu jest Krzysztof Dmowski

STS "Lwów" pod żaglami (źródło: Wikimedia)

Pionierski, najważniejszy w dziejach naszej bandery brazylijski rejs dotychczas nie doczekał się swojej monografii. Na podstawie dotychczas zebranych informacji postanowiłem przedstawić część minionych zdarzeń.

Dziś niewiele wiemy o tamtych czasach, w jak ubogich warunkach płynęli ówcześni marynarze, nie posiadali nawet chłodni. Historyczna podróż "Lwowa" do Brazylii ukazuje przecieranie szlaków, jakie musieli pokonać żądni przygód morskich marynarze na rozpadającym się żaglowcu "Lwów" (sygnał rozpoznawczy PBAL), by zrealizować wielkie marzenie o potężnej flocie. Bo przecież każdy marsz zaczyna się od pierwszego kroku.
Słuchaczy szkoły i ich wykładowców zaczęto wtedy nazywać złośliwie Polską Marynarką Konną, gdyż po wielu latach niewoli odradzający się na nowo naród Polski nie miał funduszy na zakupienie żaglowca zdolnego do oceanicznych podróży. Sny o morskiej potędze miały dopiero się ziścić. W roku 1921 Polska zakupiła zbudowany w 1893 roku wysłużony żaglowiec, któremu na cześć jednego z polskich miast nadano nazwę Lwów. Stary żaglowiec kupiony przez polski rząd miał się stać na wiele lat naszą najbardziej widoczną morską wizytówką. Żaglowcowi daleko było do ideału, słabo słuchał steru, a wiele jego elementów należało niezwłocznie wymienić. Za błąd uznano również zamontowanie czteroskrzydłowej śruby napędowej, która podczas nawigacji pod żaglami hamowała pęd okrętu.
Lwów był jedynym w tym okresie statkiem posiadającym w pełni polską załogę. Jego pierwszym dowódcą został kapitan żeglugi wielkiej Tadeusz Ziółkowski (1886-1940, w latach 1924-1939 r. zastępca komendanta pilotów portu gdańskiego). Znał on się dobrze na żaglach, a swoje doświadczenie zdobył na okrętach pod zaborem niemieckim. Konstanty Maciejewicz, który doświadczenie zdobywał w carskiej flocie, wyrobił sobie u załogi opinię karnego oficera, chociaż był dobroduszny i opiekuńczy. Nikt tak jak Maciejewicz nie potrafił zrobić zwrotu przez sztag. Aby na to zasłużyć, przez długie miesiące, na równi z innymi członkami załogi, uczył się tego statku. Statek szedł ociężale, nie słuchał steru i najmniejszy podmuch wiatru spychał go z kursu.
Wielkie wydarzenie w historii polskiej marynarki zaczęło nadchodzić wielkimi krokami, aż wreszcie wiosną 1923 roku zapadła ostateczna decyzja: „Lwów” przejdzie przez równik w rejsie do Brazylii! Pierwszy raz statek pod biało-czerwoną miał odbyć tak daleki rejs przez Atlantyk, przeciąć równik, dotrzeć do południowoamerykańskiego kontynentu, który stał się jednym z największych ośrodków polskiej emigracji.
Brazylia była jednym z miejsc, gdzie chronili się uciekinierzy polityczni z Polski w obawie przed aresztowaniem i zesłaniem, szczególnie z zaboru rosyjskiego.
W Tczewie wiadomość o nadejściu zaproszenia od brazylijskiej Polonii wywołała wielki entuzjazm. Polscy marynarze mieli na nocnym niebie zobaczyć wreszcie Krzyż Południa, płynąc pod biało-czerwoną!
Wysłanie statku w obce strony spotykało się z wieloma sprzecznościami, chociaż było krokiem postępu. Dla niemieckiego narodu nadbałtyckiego miał to być jeden z pierwszych faktów dokumentujących prawdziwą wolę polskiego społeczeństwa zdążającego do zagospodarowania skromnej granicy morskiej. O której Karol Olgierd Borchardt napisał: „Polska miała dostęp do morza wystarczający, by koń się w nim wykąpał, ale nie utopił”.
Polska chciała bowiem także w kwestiach gospodarki morskiej być partnerem dla innych, cywilizowanych państw. Nieliczni tylko wiedzieli, że wyprawa przez Atlantyk może się okazać zbyt trudna dla poczciwego „Lwowa”.
Rejs do Brazylii wykorzystali przemysłowcy w celu reklamy własnych wyrobów, by znajdować nowe rynki zbytu. Więc w tej sytuacji przedsiębiorczy ochmistrz Bohdan Jawec przebierał w ofertach składanych przez firmy zamierzające ulokować swe towary na tej pływającej wystawie. Poza wszelką konkurencją były firmy Baczewskiego oraz Kantorowicza. Ich spirytualia, a przede wszystkim znakomite likiery załadowano w pierwszej kolejności. Później przyjęto ładunek sierpów do trzciny cukrowej oraz kilkaset pługów. Polscy emigranci marzyli bowiem o tym, że będą orać brazylijską ziemię rodzimymi pługami. Podstawowym jednak ładunkiem, którego przewóz miał decydować o finansowej stronie wyprawy, był cement, którego Brazylia kupowała wówczas w Europie znaczne ilości.
Komendant Ziółkowski przed wyjściem „Lwowa” sam sprawdzał takielunek, miejsca mocowania lin. Dużo elementów należało wymienić, co wynikało z jego oględzin, ale na swoje słowa otrzymywał odpowiedź, że kupno nowych rzeczy będzie możliwe dopiero jak „Lwów” zarobi na przewozie. Podobnie było ze sprawą wyżywienia uczniów. Racje były skromne, a wykalkulowane za urzędniczym biurkiem osoby, która niewiele wiedziała o potrzebach młodych ludzi ciężko pracujących na żaglowcu. Możliwe było kupienie czegokolwiek dopiero wtedy, jak rejs osiągnie zyski.
Na „Lwowie” nie było chłodni, a wodę pitną można było zgromadzić w określonej ilości. Wszelkie więc towary i produkty żywnościowe musiały być dobrze zakonserwowane. Żywności, którą załadowywano na Lwów, nie sprawdzano, by nie narażać jej na wcześniejsze zepsucie. Etykiety i daty ważności umieszczone na beczkach i innych opakowaniach przekonały kucharza i intendenta.
Uczniowie oblizywali palce na widok wielkich puszek corned-beefu, którego widok po kilku tygodniach rejsu przyprawiał o mdłości. Nie była to wina produktu, ale każdy posiłek, nawet najlepszy, podawany codzienne, na długo zbrzydnie. Ponadto załadowano kwarty z olejem palmowym o nazwie Palmit, worki suszonych ziemniaków, których część zapakowana w puszki pamiętała czasy pierwszej wojny światowej. Były również suszone jarzyny i beczki z solonym mięsem.
Podniesiono kotwicę i „Lwów” odszedł od nadbrzeża i pożegnał gdański port. Pierwszym portem w tym rejsie była szwedzka cementownia z Limhamn koło Malmo, gdzie miał być załadowany cement. Załadunek trwał ponad tydzień. Ten czas wykorzystał Maciejewicz, by przywrócić żaglowcowi cywilizowany wygląd. Już wówczas dał się poznać uczniom jako człowiek pedantycznie usposobiony, jeśli chodziło o estetykę statku. Jego przenikliwy, piskliwy głos, który pozostał mu po katastrofie łodzi podwodnej, docierał do najdalszych zakątków statkowych pomieszczeń. Jeszcze przed chwilą był na rufie, a już krzątał się na baku. Kiedy biegł po pokładzie, uczniowie zwinnie uskakiwali w bok. Nie wolno było nadziać się na „Macaja”. Każdy bowiem, kto znalazł się na jego drodze, mógł być postawiony w stan okrutnego oskarżenia: „Nic nie robi!”, „Pląta się!”, „A tu tyle pracy!” Uczniowie rywalizowali ze sobą, bo wiedzieli, że tylko najlepsze wyniki w nauce zostaną nagrodzone miejscami na okrętach.
Po opuszczeniu Limhamn „Lwów” pożeglował w stronę Skagerraku. Statek szedł ociężale i schodził z kursu. Maciejewicz kazał brasować, to znów rozwijać nowe żagle. Bez widocznego rezultatu. Nagle zerwał się sztorm. Żaglowiec miotany był potężnymi wstrząsami. Pękały paduny. Okazało się, że źle został zasztauowany ładunek beczek z cementem. Należało natychmiast przemieścić część pojemników. Oględziny padunów potwierdziły najgorsze przypuszczenia. Dalsza żegluga, jej pomyślność zależeć będzie tylko od życzliwości sił nadprzyrodzonych... To jednak nie wszystkie opinie, bo głównie uczniowie nazywali „Lwów”: „cudnym statkiem” i porównywali go do słynnych kliprów. Dla uczniów „Lwów” był ich dumą. Nawet sam Konstanty Maciejewicz, późniejszy komendant „Lwowa”, wielokrotnie układał trasę podróży na tym żaglowcu wokół przylądka Horn, a on był największym ekspertem od żaglowców w Polsce.
Po kilku tygodniach żeglugi okazało się, że zaczął psuć się prowiant, dopadło go jakieś robactwo. Część zepsutą marynarze i uczniowie dyżurni na polecenie komendanta wyrzucili za burtę w nocy, gdy inni spali. Pozostawienie tych zapasów groziło rozprzestrzenianiem się robactwa i psuciem innych zapasów oraz pojawianiem się różnych chorób na pokładzie.
Przyszedł czas, że kucharz otworzył po raz pierwszy beczkę z peklowanym mięsem i tu mocno się zdziwił... Zamiast wieprzowiny najwyższego gatunku w magazynie znajdowano się ponad sto beczek kopyt i podgardli. Kucharz - nie mając wyjścia - pozostał wiec przy „małpim mięsie”, jak nazwano corned-beef. Właśnie wtedy pierwszą osobistością załogi Lwowa został kucharz - mówiono, że cudotwórca. Każdy obiad przygotowywał teraz z dwóch składników: corned-beefu i suszonych ziemniaków. Mieszał, lepił pulpety, krokiety, kluski, kółka i kwadraty, dobierając odpowiednie przyprawy, wyczarowywał potrawy o odmiennych smakach.
W sierpniu 1923 roku „Lwów” miał przejść przez równik. Zgodnie z morskim ceremoniałem, na statkach całego świata podczas przekraczania linii dzielącej świat na dwie półkule - północną i południową, odbywała się ceremonia Chrztu Równikowego. Taki chrzest od kilkuset lat przechodzili członkowie załogi, którzy po raz pierwszy w swym życiu przekraczali równik.
Załoga i uczniowie postanowili urządzić Święto równika i chrzest morski dla tych, którzy przez równik przepływali po raz pierwszy.
Po przygotowaniach na pokładzie pojawiał się Tyron - posłaniec Neptuna, diabły, Neptun w towarzystwie innego marynarza przebranego za jego małżonkę, Prozerpinę.
Jedna z pieśni, jaką wtedy śpiewał chór:
Pierwsze wy nauciarze, pierwsze okrętniki
 Polonii banderą przetniecie równiki.
 Pierwsi za półkulą wzniesiecie kotwice
 Na świat wyrąbiecie Polsce okiennice
Po uroczystościach święta równika „Lwów” dotarł wreszcie ze znacznym opóźnieniem do Brazylii. Załoga i uczniowie ze „Lwowa” zachłannie patrzyli na świeże owoce, łakomie zjadali pierwsze świeże mięso.
Tu miało miejsce jeszcze inne zdarzenie, poza bankietami i przyjęciami na cześć załogi „Lwowa”. Polscy osadnicy, chcąc zapewnić ciągłość polskiej krwi, proponowali uczniom żeglarskim ze „Lwowa”, by pozostali. Spodziewali się, że młodzi, silni chłopcy wyręczą ich i staną się mężami dla ich córek. Kilkunastu uczniów przerażonych perspektywą powrotu w warunkach niedostatku, postanowiło usamodzielnić się i uciec z żaglowca.
Ziółkowski szalał. Jak wrócić do kraju, gdy załoga została tak poważnie zmnieszona liczebnie? Mamert Stankiewicz w tym celu chodził na ląd i rozmawiał z władzami. Policjanci twierdzili, że mogą szukać chłopców, gdy nastąpiła ich przestępcza działalność, a załoga statku jest to w stanie wykazać. Brazylia była krajem rozwijającym się, potrzebującym silnych rąk do pracy. Stankiewiczowi udało się przekonać kilku uczniów, by wrócili na statek. Część z nich nie dała się przekonać. Skąd mogli wiedzieć, że w przyszłości pozbawieni szans realizacji swych planów, które w młodości snuli, wszyscy po latach wrócą do kraju?
Jeden z wykładowców uskarżał się na częste bóle żołądka i tuż przed wyjściem w morze poszedł do komendanta Ziółkowskiego i powiedział, że jego organizm jest wyniszczony złym odżywianiem i nie wytrzyma rejsu do kraju w tych samych warunkach. Z własnej kieszeni musiał zapłacić za powrotny bilet kredytowy do kraju parowcem.
Rejs do Brazylii trwał osiem miesięcy. Jak wynikało z prognozy pogody, Bałtyk był zalodzony, a załoga „Lwowa” posiadała tylko letnie ubrania. Zmieszona liczebnie załoga musiała zadbać o wykonanie prac na statku. U wybrzeży Europy sztorm zaskoczył „Lwów”. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie przetrzyma go nawet najsilniejszy statek, ale na pokładzie był Maciejewicz, jego komendy wypowiadane z niespotykaną mocą głosu, który przebijał się nawet przez świst huraganu, dodawały otuchy.
Tak zakończył się wielki dla Polski, pionierski dla marynarzy rejs. Rejs, który otworzył dla Polski wody półkuli północnej. Nawet po tym rejsie, kiedy „Lwów” wychodził w morze, biało-czerwona pozostawała nieznaną banderą. Zdobycie ładunku do przewiezienia, dla sześćdziesięcioletniego żaglowca, nie należącego do żadnej kompanii okrętowej, było czymś, co graniczyło z niemożliwością. Jednak operatywność Polaków zawsze wygrywała. Uczniowie na żaglowcu spali w tym samym pomieszczeniu, gdzie złożony był ładunek. Okręty malowano bielą ołowianą. Ludzie nie narzekali, byli dumni, że Polska ma swoje okno na świat przez dostęp do morza, że mają cudny statek, który pływał po oceanach.
Dziś do wspomnień przeszły czasy, kiedy prawie w każdym tygodniu Polski statek przekraczał równik. Zazwyczaj podtrzymywano morski ceremoniał Chrztu Morskiego z nadaniem ludziom po raz pierwszy płynących przez równik nowych imion. Dziś możemy być dumni z wyczynów naszych rodaków w dawnych latach, kiedy cierpiąc niedostatki, dumnie płynęli na „Lwowie”. Był potem okres, kiedy dobrze rozwiniętą Polską marynarkę handlową znano na całym świecie...

Opracowano na podstawie książki Marka Koszura „Kapitan Kapitanów” oraz innych książek o tematyce morskiej.
---
Krzysztof Dmowski
http://www.kdpowiesci.republika.pl/
Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

piątek, 15 czerwca 2012

Na „Darze Pomorza” po zwycięstwo! – regaty żaglowców 1972

Na „Darze Pomorza” po zwycięstwo! – regaty żaglowców 1972

Autorem artykułu jest Krzysztof Dmowski
Dar Pomorza (źródło: Wikimedia)

Sportowa rywalizacja istnieje od dawna, w wielu dziedzinach wszystko zależy od umiejętności, ale zupełnie inaczej ma się sprawa regat, gdzie o zwycięstwie decyduje w dużej mierze siła i kierunek wiatru oraz właściwe wyposażenie żaglowca.

Pierwsze zapisy o regatach żaglowców sięgają do czasów kliprów, ale występowały zapewne dużo wcześniej. Te wyścigi nie wyglądały jak dzisiejsze, bo tamtych czasach kapitanowie żaglowców w trakcie transportu danego towaru, np.: herbaty, urządzali wyścigi pomiędzy sobą. Kapitan zwycięskiego statku otrzymywał większe wynagrodzenie, załoga otrzymywała premię, a cena herbaty przez nich przywieziona uzyskiwała najwyższe ceny. 
Klipry począwszy od roku 1851 rozgrywały ze sobą regaty na trasie z Chin, a później z Australii do Europy. W historii kliprów istnieje zapis szczególnych regat na trasie Fuzhou (Chiny) do Londynu. 30 maja 1866 roku z Chin wyruszyły między innymi: „Fierry Cross”, „Ariel”, „Teaping” i „Serica”. Pierwszy do Londynu zawinął „Teaping”, po 104 dniach żeglugi na trasie 19 000 mil morskich, wieczorem. Niedługo po nim do portu wszedł „Ariel”, a dwa pozostałe klipry przybyły po dwóch dniach. Załogi zwycięskich kliprów cieszyły się niemniejszą popularnością niż dziś czołowe drużyny piłkarskie.
W naszym stuleciu pierwszy zlot żaglowców odbył się w Sztokholmie w 1938 roku, z inicjatywy szwedzkiego kapitana Arnolda Schumburga. Organizatorem tej imprezy był Sail Training Association (STA). Wśród 22 wspaniałych żaglowców z 11 państw dumnie prezentował się „Dar Pomorza” z Polski. Wtedy to po paradzie żaglowców komendant norweskiej fregaty „Christian Radich”, składając wizytę na „Darze”, swą kapitańską czapkę rzucił na pokład i zawołał, że tak utrzymanego żaglowca jeszcze nie widział.
Po II wojnie światowej Brytyjczycy byli organizatorami spotkania żaglowców i regat w Dartmouth w 1956 i później regularnie w latach 1956-1970 odbyło się kolejnych osiem zlotów regularnie co dwa lata (dla mniejszych żaglowców co rok) i za każdym razem gospodarzem imprezy był inny port. W roku 1964 po raz pierwszy zlot żaglowców został nazwany Operacją Żagiel.
Tymczasem mamy rok 1972, gdzie w Cowes zgromadziło się 60 żaglowców, reprezentując szesnaście krajów.  Do regat na trasie z redy portu Cowes przez kanał La Manche, Morze Północne do mety u przylądka Skagen, stanęły trzy żaglowce: fregata „Dar Pomorza” z Polski jako debiutant w regatach; bark „Gorch Fock II” z Niemieckiej Republiki Federalnej i bark „Eagle” z USA.  „Gorch Fock” już pięć razy brał udział w regatach i trzy razy przywiózł zwycięstwo. Wszystkie trzy żaglowce wykonane zostały w stoczni Blohm und Voss w Hamburgu. Obydwa barki były zbliżone powierzchnią żagli do „Daru”, jako barki ostro podchodziły do wiatru i posiadały widny brasowe, które bardzo usprawniały manewry.
Jest środa 16.08.1972, na fregacie „Brighton” podniesiono sygnały startowe. Linia startu o długości mili wyznaczały dwa okręty brytyjskie. Jeden z nich miał podniesioną flagę zieloną, a drugi czerwoną i ten statek żaglowce powinny zostawić po lewej burcie.
Coraz padały strzały klubowych dział „Cowes Corinthian Yacht Club” w porannej mgle, żegnając trzy żaglowce, które otoczone mniejszymi i małymi jachtami, przeszły na silnikach, wzdłuż bulwaru wypełnionego tłumem ludzi. Pierwszy płynął „Eagle”, za nim w dziesięciominutowym dystansie z żaglami na gejtawach szedł na silniku „Dar Pomorza”, a paradę zamykał „Gorch Fock” niosący wszystkie żagle, podniesiony gordingach fok i grotżagiel.
Sygnał startu miał nastąpić o 12.00 dany przez dowódcę Home Fleeta z pokładu „Brighton”. W odstępach trzydziestu minut miały wystartować w kolejnych grupach żaglowce klasy B.
„Dar Pomorza” zatrzymał się na linii startu z lewej burty mając „Eagle”, a po chwili po prawej „Gorch Fock” zatrzymał się hamując żaglami. Żaglowce dryfowały w wyrównanej linii. Ostro zbrasowane reje i pełne napięcia załogi oczekiwały na sygnał startu.
Start opóźnił się o pół godziny, ale wreszcie nastąpił. „Eagle” stawiając wszystkie żagle, odchodził w prawo, a „Dar Pomorza” i „Gorch Fock” trzymały się razem.
   Rozległ się wystrzał. „Eagle” w tym momencie przechodził linię startu. „Dar Pomorza” osiągnął ją osiemdziesiąt minut później. „Gorch Fock” był gdzieś z tyłu. Jednak w ciągu następnych kilku minut wyprzedził „Dar Pomorza” i od tego momentu drażnił wzrok piramidą płócien, gdzieś daleko w linii horyzontu, za dnia, a nocą jako plamka na radarze.
Mijały godziny w nieustannej pracy. Komendant (tytuł kapitana dowodzącego statkiem, na którym pływają uczniowie) „Daru Pomorza” Kazimierz Jurkiewicz, to stał przy radarze to patrzył na maszty i poprawiał ustawienie żagli. 
Uczniowie trwali przy szotach i brasach. O Świcie „Gorch Fock” pokazał się na horyzoncie, a daleko przed nim ledwie widoczny żeglował „Eagle”. „Dar Pomorza” czekał na wiatr zapowiedziany w porannym komunikacie. Obydwa barki znikły za okrągłością ziemi kiedy... z północnego zachodu przyszedł wiatr wciąż zwiększając swoją siłę osiągając w szkwałach, osiem a nocą dziewięć stopni w skali Beauforta! „Dar” był w swoim żywiole niosąc wszystkie żagle na rejach i sztagach! 
Fale rozbijane kadłubem wypiętrzały się wysoko. W napięciu mijały godziny. Chwile spokoju wykorzystywano na szybkie posiłki. Uczniowie spali opierając się o maszty. „Dar” leciał po falach wciąż w pianie. Komendant w dzień i noc nie schodził z pokładu. Stał ręką uczepiony relingu, w drugiej trzymając mikrofon. Obok wachtę pełnił oficer, a wiatr huczał i rwał żagle, które na zmianę były naprawiane. Komendant wciąż kazał pozostawiać żagle na masztach i tylko w silniejszych porywach wiatru tylko na chwilę kazał rzucać bombramsle, kiedy szkwał groził ich porwaniem. Po chwili znów wszystkie żagle były na masztach. „Dar” już drugi dzień pędził naprzód walcząc o zwycięstwo!
Kolejne uderzenie wiatru zerwało dwa bramsle, kliwer i dwa sztaksle. Uderzenie wiatru wyrzuciło za burtę obserwatora na „oku” Wojciecha Konopnickiego, który na szczęście nie wypuścił z rąk łańcucha relingu i upadł na kotwicę, podwieszoną za burtą, co ocaliło mu życie. W piątek pojaśniało na wschodzie i można się było rozejrzeć. Morze było puste. Załoga „Daru” poczuła smak przegranej, aż nagle rozległ się głos obserwatora: Jest! Widzę żagle „Gorch Focka” daleko za rufą! Polakom wróciła nadzieja. Jak wynikało z nasłuchu holenderskiego statku przydzielonego do obsługi regat „Dar Pomorza” tej nocy wyszedł na prowadzenie. „Eagle” żeglował na północny wschód w odległości 65 mil od „Daru”, a „Gorch Fock” 12 mil na południowy zachód.
Do mety pozostało 200 mil. Nocą wiatr zepchnął „Dar Pomorza” w stronę duńskich brzegów. „Gorch Fock” był 57 mil dalej, a „Eagle” około 80. Wiatr zaczął słabnąć...
W niedzielę „Gorch Fock” był już tylko 25 mil za „Darem”. Dar znakomity w ciężkiej pogodzie, przy słabym wietrze był bezradny. W południe z pokładu już widać było żagle „Gorch Fock’a”. O 20.00 był już za rufą. Zaczęła się wojna brasowa. Oficer wachtowy wpatrywał się w radar, a komendant pilnował żagli. Wszystkie trzy wachty brasami odpierały każdą zmianę kursu. Wolno miały godziny.
W poniedziałek 21 sierpnia o 5.30 do mety pozostało 21 mil, a „Gorch Fock” już tylko o trzy mile i dziewięć kabli...
Do mety pozostało jeszcze pięć mil! Niemiecki bark wciąż atakował wykorzystując wciąż przylądową bryzę. Ostro szedł na wiatr i chciał przejść tuż przed „Darem” przy latarniowcu. „Dar Pomorza” szedł pełniej w bryzowych podmuchach.
Godzina 8.05 i ostatnie braslowanie. W 19 minut później o 8h 24’24’’ w określonym instrukcją namiarze 210o w odległości dwóch kabli, „Dar Pomorza” minął latarniowiec Skagens Rev!
Na pokładzie rozległ się wielki krzyk! W dół poleciały kliwry i sztaksle. Na gorfingi i gejtawy wzięto resztę żagli. Komendant po raz pierwszy od pięciu dni uśmiechnął się, przyjmując gratulacje.
„Dar Pomorza” metę osiągnął w ciągu 115 godzin 38 minut i 24 sekund. Za nim w odległości niecałych pięciu minut przekroczenie linii mety zameldował „Gorch Fock”, a w kilka godzin później „Eagle”.
Po przeliczeniu i uwzględnieniu czasu korekcyjnego, „Dar Pomorza” okazał się zwycięzcą absolutnym we wszystkich klasach i grupach statków w regatach swej trasy.


Opracowano na podstawie książki Henryka Kabata „Dar Pomorza” wydanie z 1974r.
---
Krzysztof Dmowski
http://www.kdpowiesci.republika.pl/
Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

środa, 13 czerwca 2012

Zagadka kryształowych czaszek.

Zagadka kryształowych czaszek.

Autorem artykułu jest Krzysztof Dmowski

Według legendy na świecie zostało ukrytych trzynaście kryształowych czaszek, które zebrane razem i odpowiednio połączone, pozwolą poznać wszelkie sekrety Wszechświata. Jednak może zostać ujawniona dopiero po osiągnięciu przez ludzkość odpowiedniego poziomu wiedzy oraz odpowiedniego rozwoju duchowego.

Etnografowie ujawnili informację, że w podaniach Czeroketów - Indian Ameryki Północnej, znaleźli zapis, że istnieje trzynaście starożytnych czaszek z ruchomą żuchwą, wszystkie mówią lub śpiewają. Są jakby nośnikiem ważnych informacji o pochodzeniu, celach i przeznaczeniu rodzaju ludzkiego, odkrywają też niektóre największe tajemnice życia i wszechświata. 
Mają zostać odnalezione, kiedy ludzkość znajdzie się w trudnej sytuacji lub zabraknie mądrości, a wtedy czaszki odsłonią przed ludzkością wszystkie tajemnice, na które do dziś nie potrafimy znaleźć odpowiedzi.
W 1924 roku na terenie brytyjskiego Hondurasu w Środkowej Ameryce, w miejscu znanym jako Punta Gorda, angielski badacz Fryderyk A. Mitchell-Hedges, w kompleksie architektonicznym stanowiącym pozostałość po cywilizacji Majów, odnalazł obiekt, który został nazwany: czaszką przeznaczenia. 
Eksperci przypisują powstanie czaszki na okres aztecki około 1300-1400 roku naszej ery. Inni datują powstanie czaszki przeszło 3600 lat temu. Czaszka jest doskonałą repliką ludzkiej czaszki z zachowaniem odpowiednich proporcji, wraz z ruchomą żuchwą, rzekomo powstała z jednego kawałka przeźroczystego (kwarcu) kryształu górskiego i waży pięć kilogramów. Wykonano ją z najwyższą starannością, dbając o zachowanie najdrobniejszych szczegółów. Nie udało się znaleźć ani jednej rysy spowodowanej podczas wykonania jakimkolwiek narzędziem, a w dziesięciostopniowej skali twardości Mohs’a osiąga siedem. Właśnie te badania wykluczyły możliwość wykonania czaszki przez jakiekolwiek prymitywne plemię.
Wielu ludzi uważa, że kryształowe czaszki są czymś w rodzaju komputerów XXI w. Niektórzy badacze, jak Frank Dorland, porównywali kryształowe czaszki do nośników pamięci komputerowej. W latach siedemdziesiątych badaniami nad czaszką zajmowały się laboratoria firmy Hewlett-Packartt. Naukowcy wówczas obliczyli, że ręczne wyrzeźbienie takiego obiektu zajęłoby człowiekowi trzysta lat, a przy użyciu diamentowych narzędzi można byłoby to zrobić w ciągu jednego roku. Wykonując różne testy dostrzeżono, że czaszki posiadają biegun ujemny i dodatni, potrafią przepuszczać prąd w określonym kierunku oraz potrafią przyspieszać lub opóźniać przepływ światła. Co więcej, czaszka potrafi zmieniać bieg strumienia światła, w taki sposób, że światło wychodzi oczodołami. W końcu uznano, że czaszka nie mogła powstać na ziemi.
Mitchell-Hedges twierdził, że szamani Majów używali kryształowej czaszki do przekazywania wiedzy, przewidywania przyszłości, leczenia chorób, a nawet w celu wywołania czyjejś śmierci. Victor Hugo Cairos w latach osiemdziesiątych, opublikował twierdzenie, że kryształowa czaszka służyła niczym szklana kula, a wpatrywanie się w oczodoły długo i uważnie można było zobaczyć obrazy z przyszłości i przeszłości.
Według Dorlanda rozwiązanie jest w programowaniu kryształów. Zwróćmy tylko uwagę, że kryształ górski zaprogramowany przez odpowiednią osobę, używany jest w czasie medytacji — nie każdy kamień można zaprogramować. Dorland twierdził, że wiedza zawarta w kryształowej czaszce jest odbierana przez ciało i umysł, a rozwiązanie można uzyskać jedynie przy posiadaniu wszystkich czaszek.
Nie wszystkie czaszki zostały odnalezione, ale ci, którzy je posiadają, wykorzystują czaszki do cudów uzdrowienia, oraz przeprowadzają seanse wizyjne. Nie wszystkie znalezione czaszki są tak doskonałe jak ta, którą znalazł Mitchel-Hedges, bo są porysowane i mają stałe żuchwy.
Zagadka nadal pozostaje niewyjaśniona i brakuje czegoś, co pozwoliłoby jednoznacznie twierdzić, że czaszki mają moc lub zawierają materiał, który może uzdrowić ludzkość. Warto pamiętać o tym, że podstawą do zrozumienia istoty przekazu, ma być odpowiedni poziom ludzkości, a ten nadal jeszcze nie stoi na oczekiwanym poziomie. Nieustanne zagrożenie pokoju, chciwość i zawiłość ludzka, pragnienie dominacji i posiadania, czy nawet wojny religijne nie prowadzą do mądrości i wiedzy. Tworzenie coraz to nowej broni zagłady jest zupełnie sprzeczne z poziomem mądrości i zrozumienia.

---
Krzysztof Dmowski
http://www.kdpowiesci.republika.pl/
Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

wtorek, 12 czerwca 2012

"Goralenvolk. Historia zdrady" - książka Wojciecha Szatkowskiego

Goralenvolk – nazwa niemieckiej akcji germanizacyjnej w czasie II wojny światowej na terenie przedwojennego powiatu nowotarskiego w latach 1939-1944. (Wikipedia)

Prawda, jak niewinne brzmi ta definicja słowa "Goralenfolk" pochodząca z Wikipedii ?

W rzeczywistości, we wrześniu 1939 Podhala przedwojenny działacz OZN-u – dr Henryk Szatkowski zaczął propagować ideę jakoby górale byli pochodzenia niemieckiego – Goralenvolk – naród (lud) góralski.

Hans Frank gubernator GG i Wacław Krzeptowski (źródło:Wikimedia)

Ta mało znana i skrzętnie pomijana przez niektórych historia została opisana w doskonałej (moim zdaniem) książce autorstwa Wojciecha Szatkowskiego - "Goralenvolk. Historia zdrady".

Legion Góralski Waffen SS, klub sportowy grającym mecze piłkarskie z Gestapo, współpraca z okupantem i  nowy naród liczący kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców Podhala.

Książka warta by znaleźć się w domowej biblioteczce

czwartek, 7 czerwca 2012

Barbara Czarnowska, kobieta- żołnierz z Powstania Listopadowego

Barbara Bronisława Czarnowska ( 1810 - 1891 ), podchorąży Wojska Polskiego, odznaczona Krzyżem Virtuti Militari.

Czarnowska urodziła się w rodzinie o tradycjach legionowych. W listopadzie 1830 roku przyjechała do Warszawy ze wsi Struga. Początkowo jako pielęgniarka-ochotniczka opiekowała się rannymi i chorymi żołnierzami, ale 18 kwietnia 1831 roku przebrana za mężczyznę: w mundurze i z obciętymi włosami zgłosiła się do obozu wojskowego na Pradze na ochotnika.
Dzięki uporowi i determinacji uzyskała, przydział kadeta 1 Pułku Jazdy Augustowskiej. 6 i 7 września, uczestniczyła w obronie Warszawy.
W bitwie pod Sierpcem Czarnowska poderwała do kontrataku zmęczonych powstańców w czasie ich wycofywania. Polacy, zadawszy przeciwnikowi duże straty, zmusili do ucieczki jazdę rosyjską. Za bohaterską postawę w czasie tej bitwy, rozkazem Naczelnego Wodza Wojsk Polskich, 3 października 1831 r. została odznaczona Krzyżem Srebrnym Orderu wojennego Virtuti Militari.


O Barbarze Czarnowskiej można przeczytać w książce autorstwa Artura Nadolskiego - " Z szablą na Moskala " .

Źródło: Wikipedia

środa, 6 czerwca 2012

Brygida – najsłynniejsza szwedzka święta

Brygida – najsłynniejsza szwedzka święta

Autorem artykułu jest Maria Romanowska
Święta Brygida

Święta Brygida urodziła się w 1303 r. w Finsta w Upplandii jako córka bogatego właściciela ziemskiego Birgera Perssona, przewodniczącego sądu okręgowego i członka rady królewskiej. Matka Ingeborg Bengtsdotter, spokrewniona z rodziną królewską, zmarła gdy Brygida była jeszcze dzieckiem.
Brygida chciała wstąpić do klasztoru, ale w wieku 13 lat wydano ją za mąż za 18-letniego Ulfa Gudmarssona, syna rycerza i członka rady królewskiej Gudmara Magnussona. Młoda para zamieszkała w Ulvåsa w Östergötland, gdzie Brygida urodziła 4 synów i 4 córki.
Ulf i Brygida byli bardzo wierzący i często chodzili na pielgrzymki do świętych grobów. W 1339 roku udali się do Nidaros w Norwegii, 2 lata później do grobu św. Jakuba w Santiago de Compostela w Hiszpanii. Podczas podróży Ulf rozchorował się i zmarł po powrocie w 1344 w klasztorze Alvastra.
Brygida została tam przez pewien czas z najmłodszymi dziećmi i wtedy właśnie rozpoczęły się jej objawienia i jakaś wyższa siła kazała jej zostać rzecznikiem Chrystusa. Wówczas postanowiła założyć nowy zakon oraz klasztor dla kobiet i mężczyzn w Vadstenie.
Aby uzyskać pozwolenie papieża na założenie klasztoru, Brygida udała się w roku 1349 do Avignion we Francji, gdzie tymczasowo przebywali papieże w tzw. niewoli awiniońskiej. Jednak dopiero w 1370 r. Urban V zaaprobował Zakon najświętszego zbawiciela dla mężczyzn i kobiet ze wspólnym kościołem, lecz oddzielnymi pomieszczeniami mieszkalnymi.
W dzisiejszych klasztorach brygidek mieszkają tylko kobiety.
Brygida zmarła po pielgrzymce do Jerozolimy w latach 1372-73, ktorą odbywała wraz ze swoimi dziećmi: Birgerem i Katariną. Podróż była bardzo trudna. W Neapolu zmarł jej syn Karol. Brygida miała wtedy 70 lat, zmarła 23 lipca 1373 roku w swoim domu w Rzymie. Po śmierci Brygidy Birger i Kataryna przewieźli relikwie matki do Vadsteny. Podróż ta trwała 7 miesięcy.
7 października 1391 r. Brygida została kanonizowana przez papieża Bonifacego IX. Jej atrybutami są: pióro gęsie, kałamarz i księga objawień.
Jako dziecko Brygida miała objawienia: raz widziała Maryję, która ją koronowała. Najwięcej objawień miała po śmierci męża. Zostały one spisane przez jej spowiednika i nią samą. Jest ich około 600. Pierwszy raz wydane zostały w formie książkowej w 1492 roku.
Od córki Katariny oczekiwano, że będzie dalej prowadziła budowę klasztoru. Została ona też pierwszą przeoryszą i 100 lat później beatyfikowano ją.
Jej kości są razem z prochami matki znajdują się dziś w czerwonej szkatułce w kościele w Vadstenie. Atrybutami jej są łania i lampa.
W tych czasach przeorysza decydowała o całym klasztorze lecz jeśli chodziło o życie duchowe, to decydował ksiądz. Zakonnice szyły, pomagały biednym i chorym. Zakonnicy zajmowali się duszpasterstwem, spowiedzią, mszą. Ubiór brygidek: szary z białym nakryciem głowy, białą koroną z 5 czerwonymi punktami – symbolem 5 ran Jezusa.
Klasztor w Vadstenie stał się wkrótce celem pielgrzymek szczególnie ze Skandynawii. Dwór królewski i magnaci obdarzali go darami. Zwykle magnaci przeznaczali swą najmłodszą córkę do życia klasztornego, ale czas oczekiwania na miejsce był długi.
Klasztor ten stał się jednym z największych posiadaczy ziemi w ówczesnej Szwecji. Filie założono też w Finlandii, Estonii, Polsce, Danii, Holandii, Niemczech, Włoszech.
Wraz z wprowadzeniem protestantyzmu w Szwecji król przejął bogactwa klasztoru, by go w końcu zamknąć w roku 1595. Po przebudowie klasztor służył jako mieszkania dla weteranów wojennych. Później wykorzystywano go również jako więzienie i szpital psychiczny. Po wyprowadzeniu się szpitala zaczęto odnawiać budynki klasztorne. Okazało się, że kiedyś był to pałac królewski, o którym można było przeczytać w różnych pismach (przypuszczano, że pałac ten dawno temu został zburzony). Okazało się, że Brygida rozkazała przebudowę pałacu na skromniejszy budynek, bardziej odpowiadający celom klasztornym. Tak więc powoli zapomniano, że kiedyś był to pałac.
Klasztor w Vadstenie zaczęto budować w 1369 roku. Prace wykonywano dokładnie według wskazówek Brygidy, która uważała, że kościół musi być skromny, bez dekoracji. Dziś kościół ten nie wygląda tak jak w średniowieczu, gdy wewnątrz był bielony wapnem, miał galerię dla zakonnic, ołtarz maryjny oraz przegrodę oddzielającą klasztorników od zwykłych ludzi (+ 60 różnych ołtarzy).
Brygida była najprawdopodobniej jedną z najbogatszych kobiet Szwecji.
Jej spowiednik Matthias opowiadał: „B. rozdzielała swe bogactwo między swych spadkobierców i biednych; szła biedna śladami Chrystusa. Dla siebie samej zatrzymała tylko najprostsze pożywienie i liche ubranie.”
W 1335 r. Brygida została powołana do prowadzenia dworu królowej Blanki, która przyjechała z Francji. Uczyła ją języka i tradycji. Jednak wkrótce popadła w konflikt z królem Magnusem, którego styl życia nie zgadzał się z jej chrześcijańską moralnością.
Brygida była dziwną i interesującą kobietą: wychowana w bogatych sferach stała się przyjacielem biednych i rzecznikiem pokory.
Brygida jako „polityk ówczesnej rzeczywistości”
B. nie bała się powiedzieć prawdy nawet osobom wpływowym. Czasem mówiła straszne rzeczy królom o królowych. Wydaje się to niemożliwością – przecież mogła być za to ukarana nawet śmiercią. Wytłumaczeniem jest to, że w średniowieczu istniał pewien respekt dla ludzi, przez których przemawiał Bóg.
Mimo swoich wysiłków by zakończyć wojnę 100-letnią między Francją i Anglią Brygida nie była pacyfistką w dzisiejszym znaczeniu tego słowa.
Sama była inicjatorką wyprawy krzyżowej przeciwko prawosławnemu Nowogorodowi. Próbowała zmusić króla Magnusa Erikssona do napaści na Rosję. Gdy się jej to nie udało była na niego wściekła i zawsze wyrażała się o nim z ogromną pogardą.
---
Mistrz wiedzy
Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Prawdziwa historia Oskara Schindlera - Najwyższy Czas! online

Warto przeczytać artykuł o Oskarze Schindlerze. Polecam:

  Prawdziwa historia Oskara Schindlera - Najwyższy Czas! online