piątek, 28 września 2012

„Biedni ludzie z miasta Łodzi” - książka Steve Sem-Sandberga

Książka opowiada historię pewnego starego Żyda, który został samozwańczym królem łódzkiego getta.
Getto zostało założone przez Niemców w 1940 roku. Zginęło w nim tysiące ludzi. Bohater książki jest uważany przez ocalonych z Holocaustu - za zbrodniarza wojennego. 
Niezwykle intrygująca opowieść spisana na ponad 600 stronach przez Norwega urodzonego już po wojnie Steve Sem- Sandberga.

czwartek, 27 września 2012

Jak właściwie zginął Marceli Nowotko - pierwszy sekretarz PPR ?

Grób Marcelego Nowotki
źródło: Wikimedia
Śmierć Marcelego Nowotki, to jedna z największych tajemnic stalionwskich początków PPR.
Jest dzień 28 listopada 1942 roku.
Koło Dworca Zachodniego w Warszawie, na bruku leżą zwłoki mężczyzny w średnim wieku, jak się później okazało Marcelego Nowotki.
Towarzyszący mu, przerzucony razem z Nowotką z Moskwy - Bolesław Mołojec wyjaśniał, że na ulicy zostali zaatakowani przez nieznanych sprawców. Marceli Nowotko zginął, a Mołojcowi udało się uciec.

Dlaczego Nowotko zginął ?
Kto tak naprawdę stał za jego śmiercią ?
Kto na tym skorzystał ?

Ciekawy artykuł Piotra Lipińskiego "Osiem śmierci Marcelego Nowotki"

Artykuł z newsweek.pl "AK zabija I sekretarza PPR. Spychalski kretem? "

Sławomir Rawicz – „Długi marsz” - książka o ucieczce z Syberii

Na stronie Histmag można przeczytać bardzo wyczerpującą recenzję książki "Długi marsz".
Autor Sławomir Rawicz przedstawia tam autentyczną historie polskiego żołnierza, który w 1941 roku uciekł z łagru na Syberii.
Razem z kilkoma innymi „uciekinierami przewędrował wiele setek kilometrów od koła podbiegunowego aż do Indii. 

Czy brat Hermanna Göringa ratował Żydów?

Hermann Goring
żródło: Wikipedia
Tytuł posta jest intrygujący ?
Nie mniej niż książka autorstwa Williama Hastings Burke (rodem z Australii). Powyższą tezę postawił on w swojej książce pod tytułem „34”.
Jej przekład ukazał się i w Polsce (została ona wydana w 2011 roku pod zmienionym tytułem „Lista Göringa”).
W tym roku niniejsza książka została w Niemczech (pod jeszcze innym tytułem - „Brat Hermanna. Kim był Albert Göring”).

Czy rzeczywiście Albert był takim "aniołkiem" - ciekawy artykuł pod tym tytułem można przeczytać tutaj.

Historia słupskich Żydów - ciekawy artykuł

Synagoga (źródło:www.mm2miasto)
Na stronie moje miasto pojawił się ciekawy artykuł dotyczący historii obecności w Słupsku żydów począwszy od 18 wieku do 1944 roku.

Artykuł w MM do przeczytania tutaj

środa, 26 września 2012

"Misja Wallenberga" - znakomita książka o niezwykłym człowieku

Raul Wallenberg (1912 - 1947) – szwedzki dyplomata.

W czasie pracy w 1944 roku jako sekretarz szwedzkiej ambasady, Wallenberg wystawił około 10 tys Żydów szwedzkie paszporty.
Ponad 300 osób zatrudnił w ambasadzie szwedzkiej.
Zbudował sieć kontaktową dla Żydów, zorganizował opiekę lekarską i dystrybucje żywności, stworzył domy dziecka i domy opieki dla starców.
Dzięki działaniom Wallenberga, w połączeniu ze staraniami Nuncjatury Apostolskiej w Budapeszcie, Szwedzkiego i Międzynarodowego Czerwonego Krzyża doprowadziły ocalono około 100 tys. Żydów.

Recenzja książki

wtorek, 25 września 2012

Mity o Rosji: Wódka

«Mity o Rosji»: Wódka

 
24.09.2012, 18:42
Mówi się, że stereotypy rządzą światem i przeszkadzają w zrozumieniu jego prawdziwej istoty. A wydawałoby się, że wystarczy tylko bliżej przyjrzeć się rzeczom. Dziś właśnie zajmiemy się tym, aby lepiej poznać wszystko to, co tradycyjnie przyjęto wiązać z Rosją, a dokładnie, z jej wizerunkiem.
 Formalna historia tego napoju liczy około 500 lat, ale Rosjanie zaczęli produkować napoje
 Formalna historia tego napoju liczy około 500 lat, ale Rosjanie zaczęli produkować napoje alkoholowe o wiele wcześniej, w wieku IX i X.Do przygotowania pierwszych napojów alkoholowych wykorzystywano specjalne naczynie o nazwie „korczaga”. Produkowane w korczadze napoje alkoholowe były słabe, miały 10-15 %. Później europejscy mnisi zaczęli wyrabiać tzw. aqua vitae, czyli wodę życia. Miała ona 70 % i nikt jej nie pił, dopiero po jakimś czasie, kiedy została przywieziona na Ruś, tutejsi mieszkańcy zrozumieli, że można mieszać ją z wodą i pić. Aż do końca XIX wieku wódki jako takiej nie było, to był produkt gonienia, destylacji. I dopiero pod koniec XIX wieku pojawiła się współczesna wódka, napój otrzymywany drogą rozcieńczenia wodą czystego rektyfikowanego spirytusu. To znaczy, można nawet powiedzieć, że utraciliśmy nasz tradycyjny napój, który wcześniej nazywano „winem chlebowym”.
Źródło: Głos Rosji.

Masakra w Pińsku - 1919

Ofiary masakry w Pińsku
źródło Wikimedia
Mało znane fakty z historii

Masakra w Pińsku – tak często określane jest rozstrzelanie 35 osób narodowości żydowskiej przez żołnierzy 34 Pułku Piechoty.
Trzeba w tym miejscu pamiętać, że trwały działania wojenne i w obawie przed rozruchami wprowadzono zakaz zgromadzeń. 
Podczas wojny z bolszewikami, 5 kwietnia 1919 (a więc miesiąc po zajęciu Pińska przez Wojsko Polskie) polscy żołnierze zostali wezwani do Domu Ludowego na ul. Kupieckiej 72.
Miało tam miejsce zebranie około 150 osób. Żołnierze po wejściu do budynku aresztowali około 65 uczestników zebrania i odprowadzili do budynku komendy wojskowej. Tam dowódca, major Aleksander Łuczyński, rozkazał rozstrzelać 35 wybranych osób. Rozkaz wykonano pod ścianą pińskiej katedry.
Wydarzenie było wykorzystywane przez organizacje żydowski i syjonistyczne, które twierdziły, że zabranie było legalne o pozostałe osoby były bite w areszcie przez strażników.
Zdarzenie wywołało oburzenie zagranicznej prasy i opinii publicznej i było przyczyną wysłania do Polski amerykańskiej misji rządowej mającej na celu zbadanie traktowania Żydów w Polsce.
Wyniki badań misji zostały opublikowane jako tzw. Raport Morgenthaua, w którym wydarzenie oceniono jako przestępstwo, za które nikt nie został ukarany.
Major Łuczyński oświadczył, że egzekucji dokonano na podstawie wyroku sądu wojennego i egzekucja była usprawiedliwiona działaniami wojennymi, a żołnierze byli przekonani o nielegalnym celu zgromadzenia.

poniedziałek, 24 września 2012

Czy John Stuart Mill był prawicowcem?

Czy John Stuart Mill był prawicowcem?

Autorem artykułu jest Marek Adam Grabowski

  Drodzy czytelnicy, poniższy artykuł był moją pracą roczną z historii filozofii nowożytnej na UW. Jej recenzentem był dr Jacek Dobrowolski. Chociaż daleki mi ideowo, zgodził się zająć moją pracą, pod warunkiem, że będzie miała ona charakter obiektywny, a nie propagandowy. Nieskromnie poinformuję, że za pracę otrzymałem 5. 
Początkowo temat wydawał się nam banalny, a pytanie retoryczne, jednak im bardziej wgłębialiśmy się w temat, tym bardziej wszystko okazywało się niejasne. I być może na tym polega paradoksalna doniosłość tej pracy. Nieraz bezmyślnie wymachujemy terminami: „prawicowiec”, „lewak”, zapominając, iż nie są to platońskie idee. Nie każdego da się jednoznacznie umieścić w tym podziale. Oczywiście nie postuluję odejścia od terminu „prawica”, gdyż dużo on dla mnie znaczy. Pragnę jednak pokazać, iż trudno jest mówić o prawicy i lewicy metodą zero-jedynkową, co robi (niestety) większość społeczeństwa.
Życzę miłej lektury. Oczekuję komentarzy (również polemicznych).

1. Wprowadzenie
Odpowiedź na powyższe pytanie nie jest bynajmniej łatwa z kilku powodów. Przede wszystkim sam termin "prawicowość" jest nieostry. W obiegu istnieje kilka różnych (częściowo sprzecznych) sposobów definiowania prawicowości. Jeśli chcę kogoś zakwalifikować do prawicy, muszę przedtem wyjaśnić, co pod tym słowem rozumiem.
Podział na prawicę i lewicę powstał przypadkiem, podczas rewolucji francuskiej, kiedy to w czasie obrad zwolennicy starego ładu usiedli po prawej stronie, postępowcy — po lewej, a osoby nieposiadające zdania (zwane pogardliwie bagnem) — na środku. Z czasem podział na prawicę, centrum i lewicę przyjął się na całym świecie, jednak sposób używania tych terminów był zróżnicowany. W obecnej Polsce istnieje kilka sposobów terminowania prawicy; przyjrzyjmy się im i ustalmy, który uwzględnimy w naszej pracy.
a) Prawica to osoby wywodzące się z opozycji antykomunistycznej, które w mniejszym lub większym stopniu są przeciwne ugodom ze środowiskami postkomunistycznymi. Ten sposób definiowania prawicy (popularny w latach 90-tych XX wieku), chociaż logiczny, jest dla mojej pracy bezużyteczny. Po pierwsze odnosi się on nie do świata idei, lecz do pewnej postawy w konkretnym konflikcie. Problemy lustracji czy dekomunizacji są dla filozofii politycznej nieistotne. Po drugie Mill nie żył w państwie komunistycznym (przypuszczalnie nawet nie znał filozofii Marksa), więc według tego kryterium nie mógł być lub nie być prawicowcem.
b) Prawica to szeroko rozumiany nacjonalizm. Ostatnio coraz częściej prawicę kojarzy się z ideologią narodową, a media, strasząc przed faszystami, mówią wciąż o skrajnej prawicy. Wówczas powszechnie używany termin lewicy narodowej staje się oksymoronem. Jednak takie definiowanie prawicy jest niedopuszczalne. Pierwotne ruchy nacjonalistyczne mają swój rodowód w rewolucji francuskiej, są więc lewicą. Z czasem powstała też prawica narodowa (np. Dmowski, Pinochet), lecz to nie wystarcza, ażeby łączyć prawicowość z nacjonalizmem. Dla mnie z perspektywy prawicowości stosunek do narodu jest ambiwalentny.
c) Prawica to zwolennicy tradycji. Brzmi to w miarę rozsądnie i w pewnym sensie oddaje pierwotny sens pojęcia. Podczas rewolucji francuskiej prawicą nazywano właśnie obrońców tradycji. Jednak ten sposób definiowania prawicy niesie za sobą pewną pułapkę. Teraz, ponad 200 lat po rewolucji, lewica jest na tyle stara, ażeby mieć własną tradycję. Czy Jarosław Kaczyński, odwołując się do tradycji przedwojennej lewicy (PPS, Piłsudski), jest prawicowcem? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Oczywiście można zwolenników tradycji zawęzić do zwolenników tradycji dawnej, feudalnej Europy. Takie rozumienie prawicy jest dopuszczalne, jednak robi z niej pojęcie martwe.
d) Prawica to zwolennicy nienaruszalności własności prywatnej. Pod tę kategorię podchodzą wyznawcy ekonomi klasycznej, ustroju feudalnego oraz w pewnym stopniu osoby popierające nauczanie społeczne Kościoła katolickiego, którzy stanowią centroprawicę. Nie jest to w żadnym stopniu sprzeczne z pierwotnym znaczeniem słowa prawica, gdyż pierwsi prawicowcy bronili świętej własność prywatnej przed rewolucyjną lewicą. Taki sposób używania terminu prawica był chyba w historii najczęściej spotykany (w szczególności przez politologów i filozofów polityki). A co najważniejsze, jest prosty, niemal jednoznaczny.
Tak więc w mojej pracy będę jako główny wyznacznik prawicowości używał czwartego terminu, trzeci będzie zaś moim pomocniczym; pierwszy i drugi odrzucę jako bezwartościowe.
Poradziliśmy sobie już z pierwszym problemem, teraz jednak pojawia się drugi. Świat prawicy i lewicy to świat idei, a tam wszystko jest czarno-białe. Jednak w świecie realnej polityki jest inaczej. Mill był wprawdzie myślicielem politycznym, lecz nie takim jak Platon. Mill nie chciał stworzyć abstrakcyjnej, intelektualnej wizji państwa idealnego, lecz przygotować dla swego kraju konkretny program władzy. A zawsze w praktyce podział na prawicę i lewicę robi się płynny. Mill tego też nie uniknął.
Mamy jeszcze trzeci (może najpoważniejszy) problem. Mill nie był w swoich poglądach niezmienny, a zachodząca w jego myśli ewolucja wpłynęła na jego miejsce w sporze prawica-lewica.
Po za tymi trzema dużymi problemami można wymienić jeszcze jeden mały. Podział zdaje się być relatywny, zależny od miejsca i czasu. Często prawicą nazywamy to, co jest w danej sytuacji najbardziej prawicowe. Zasadniczo jednak można mówić o pewnych niezmiennych ideach, które są zawsze prawicowe (lub zawsze lewicowe), i na nich zamierzam budować moją pracę. W momentach pojawiających się kwestii spornych będę bazować na odniesieniach do aktualnego stanu rzeczy. Próba porównania Milla ze współczesnymi mu politykami (chociaż kusząca) jest zbyt trudna. Wymaga dokładnej wiedzy o poglądach reszty klasy politycznej. Ale też na swój sposób mało produktywna, wszak w XIX-wiecznej Anglii te pojęcia miały mniejsze znaczenie niż teraz. Po wyjaśnieniu tych trudności mogę już zająć się powyższym pytaniem.

2. Stosunek do tradycji i etyki
Priorytetem dla Milla była wolność, którą rozumiał mniej więcej jako prawne zezwolenie na czynienie wszystkiego, co nie szkodzi innym. Oczywiście rozumiał, iż niektórzy (dzieci, chorzy psychicznie i barbarzyńcy) na skutek własnych ograniczeń nie mogą sami o sobie decydować, jednak typowemu obywatelowi wolość się należy. Ci zaś, którzy krzywdzą innych, powinni być karani przez prawo, a tam, gdzie to niemożliwe, przez opinię społeczną. Jeżeli więc ktoś[i] ma ochotę się upić (bądź naćpać), ma do tego prawo, pod warunkiem, że nie robi tego na służbie. Upity, dajmy na to, policjant nie broni obywateli i w ten sposób ich krzywdzi. Mill wyraził to tymi słowami: „Nikt nie powinien być karanym po prostu za pijaństwo, lecz żołnierz lub policjant, który się upił w czasie służby, musi ponieś karę”[ii]. Takie poglądy były w niewielkim stopniu zachowawcze i oparte na tradycji, jednak nie odrzucały tradycji w pełni; świadczy o tym chociażby Millowski pogląd o potrzebie karania osób publicznie naruszających dobre obyczaje.
Mill był też zwolennikiem oddzielenia państwa od Kościoła i swobody wyznania. Nawet jak na obecne czasy jest to pogląd niemożliwy do pogodzenia z antylaickim konserwatyzmem, lecz również z lewicowym antyklerykalizmem. Dla Milla ważna również była wolność prasy. Pisał: „Gdyby cała ludzkość z wyjątkiem jednego człowieka sądziła to samo i tylko ten jeden człowiek był odmiennego zdania, ludzkość byłaby równie mało uprawniona do nakazania mu milczenia, co on, gdyby miał po temu władzę do zamknięcia ust ludzkości”[iii]. Miało to dotyczyć wszystkich możliwych opinii, nawet najbardziej skrajnych. Był więc Mill przeciwnikiem tego, co obecna lewica nazywa poprawnością polityczną, gdzie w dyskusji jest wytyczona pewna dozwolona dyskusja.
Mill poruszył też problem emancypacji kobiet, której był gorącym zwolennikiem. Czy romans z ruchem sufrażystek nie jest w sprzeczności z rzekomą prawicowością Milla? Otóż problem jest bardziej złożony. Mill na pewno popierał poszerzenie dla kobiet praw politycznych (np. prawa głosu) i społecznych, i to w sposób radykalny (jak na tamte czasy). Powoduje to, iż wielu nazywa Milla feministą. Czy jednak był nim w pełny sposób? Wątpię, na pewno było mu do obecnych feministów daleko. Dla Milla wyzwolenie kobiet było jedynie nadaniem nowych praw, jednak to, czy kobiety skorzystają z nowych praw, miało pozostać ich wolnym wyborem. Proponowane przez obecne feministki (a w mniejszym lub większym stopniu akceptowane przez całą klasę polityczną, również tę prawicową) programy, promujące emancypację, którą ma przeprowadzać państwo, były dla Milla nie do przyjęcia. Bronił na przykład prawa mormońskich kobiet do pozostania w zniewoleniu. Jego feminizm (o ile w ogóle tu możemy mówić o feminizmie) miał charakter czysto negatywny (brak prawnych ograniczeń dla kobiet), obecnie feminizm jest czymś pozytywnym (konkretne programy mające zrównywać szanse i promować równouprawnienie). Nie jest też prawdą, jakoby Mill źle oceniał patriarchat. Zdaniem naszego filozofa kobieta ma prawo do wyboru męża, edukacji, własnych poglądów; jednakże tradycyjny podział ról — mężczyzna zarabia, a kobieta wychowuje dzieci — był dla niego czymś oczywistym. Współczesne mu obrończynie praw kobiet (w tym jego żona) walczyły o prawo kobiet do pracy, on był przeciwko temu. Widzimy wyraźnie, że jego pogląd w konflikcie był niejednoznaczny. Może jak na tamte czasy był feministą, lecz jak na obecne — byłby radykalnym przeciwnikiem równouprawnienia. Zapewne dlatego jest on dla feministek postacią kontrowersyjną. Magdalena Środa pisze o nim: „Powszechnie wiadomo, że Mill był liberałem i feministą”[iv], a później: „…teza o rzekomej koniecznej i legalnej nierówności między kobietami i mężczyznami. Mill twierdził, że nie widzi żadnych podstaw owej konieczności”[v]. Później jednak ton pani profesor się zmienia: „Podsumowując zasługi Milla dla feminizmu, nie można też nie wspomnieć jego ograniczeń”[vi]. A w dalszej części tekstu: „Nie wiadomo, czy Mill (…) sam padł ofiarą pewnej ślepoty lub niewrażliwości, którą skądinąd z taką pasją opisywał i zwalczał ”[vii]. W ostatecznym rozrachunku prof. Środa ocenia Milla pozytywnie, lecz nie ukrywa, że ma do niego pewne zastrzeżenia.
Podstawą Millowskiego prawa jest wolna wola. Ona ma być wyznacznikiem naszych postępowań. Państwo nie ma więc wyznaczać ludziom stylu życia, lecz jedynie ochraniać ich przed niebezpieczeństwami. Było to wyraźne odejście od państwa konserwatywnego, lecz w żadnym stopniu nie prowadziło do państwa lewicowego. Państwo w myśli lewicy pełni rolę opiekuna, a nie stróża. Mill nie chce obalać tradycji, lecz jedynie pozwolić ludziom odejść od niej w niektórych aspektach ich prywatnego życia. W państwie Milla miało być miejscem zarówno dla konserwatystów, jak i wolnomyślicieli, których możemy nazwać libertynami[viii], pod warunkiem, że obydwie grupy będą się tolerować. Swoboda w państwie Milla nie jest więc wbrew pozorom sprzeczna z prawicowością.
Pozostając już przy etyce Millowskiej, pragnę omówić jeszcze kilka zagadnień. Mill był utylitarystą i chciał jak największej liczbie ludzi dać jak największe szczęście. Nie przyjmował jednak tej doktryny bezkrytycznie. Szczęście nie powinno wynikać z egoistycznych zachcianek i bezmyślnego zaspokajania zmysłów, jak chcieli tego cyrenaicy. Dla szczęścia większości nie można poświęcać losu mniejszości, jak np. było w starożytnym Rzymie, gdzie funkcjonowało niewolnictwo. Ale co najważniejsze, priorytetem ma być wolność, a nie szczęście, jak to jest u lewicy, dla której wolność wyboru nie jest priorytetem. Mill pisał również, że społeczeństwo musi być wolne nie tylko od przymusu państwowego, ale również od przymusu opinii społecznej, co jest sprzeczne z jego innym poglądem o nieograniczonej wolości prasy. Wszak taka nieograniczona, wolna prasa narzuca opinię społeczną. Co ciekawe, u Milla był też wątek amoralny w krytyce pojęcia sprawiedliwości, które uważał za zbyt mało precyzyjne, ażeby mogło być brane na poważnie w dyskusji o państwie. Te jednak poglądy mają mały wpływ na temat naszej pracy, nie będę więc się nad nimi rozwodził.

3. Forma rządów
Najlepszą formą rządów jest dla bohatera mojej pracy demokracja. Brzmi to bardzo libertyńsko[ix] i zupełnie niekonserwatywnie. Jednak Mill libertynem z pewnością nie był. Czuł lęk przed typową demokracją, którą miał za „rządy miernoty” i alternatywne rozwiązanie dla niej widział w „demokracji prawdziwej”, zwanej też „demokracją elitarną”. W demokracji prawdziwej nie można większościowo wybrać, że np. Żydzi będą zabici, gdyż demokratyczny wynik wyborów nie jest ważniejszy niż godność jednostki. To jednak nie jedyna różnica, Mill chciałby, żeby prawo głosu było powszechne, lecz nie bezwyjątkowe. Analfabeci czy niepłacący podatków biedacy mają być prawa głosu pozbawieni. Jeśli ktoś nie potrafi zadbać o samego siebie, dlaczego ma decydować o losach państwa? Natomiast najlepiej wyedukowana elita ma posiadać po kilka głosów. Niestety nie precyzuje on jednak, jaka ma być maksymalna możliwa liczba głosów przypadająca na jednego wyborcę oraz czy te głosy mogą być oddane na kandydatów innych ugrupowań[x]. Podał jedynie, iż zdecydowana większość obywateli ma mieć jeden głos i suma tych głosów ma wynosić więcej niż suma głosów wyróżnionej kilkoma głosami elity. Ten pogląd Milla dobrze odzwierciedla strach panujący wśród angielskich liberałów przed motłochem. Był to elitaryzm wyraźnie prawicowy. Człowiek lewicy może być elitarystą w tym sensie, iż może być po prostu pyszałkiem, jednak prawdziwy lewicowiec nie może popierać segregacji prawnej ludzi na podstawie ich wiedzy i majątku[xi]. Nie był to jednak elitaryzm taki sam jak u konserwatystów, którzy faworyzowali potomków szlachty. Mill był wyraźnie przeciwny przywilejom dla lepiej urodzonych, proponował likwidację Izby Lordów, lecz nie wspominał o usunięciu monarchii; był więc szeroko rozumianym monarchistą[xii]. Nie ukrywał jednak swojej niechęci do absolutnej władzy królewskiej, co wyraził słowami: „król sępów był również skłonny do atakowania stada jak mniejsze harpie”[xiii]. Trudno o mniej konserwatywne zdanie. Niemniej jednak poddał krytyce również rewolucję francuską, którą miał za wypaczenie demokracji. Oburzały go w niej zarówno antyliberalny terror, jak i radykalizm. Tu była wyraźna różnica miedzy Millem a środowiskami przewrotowymi — oni chcieli rewolucji, a on jedynie powolnej ewolucji, zmian stopniowych. Jest przez to Mill podobny do twórcy konserwatywnego liberalizmu Edmunda Burkego, który też chciał zmiany spowolniać, lecz nie zatrzymywać. Niemniej jednak z tych dwóch Burke jest stanowczo bardziej zachowawczy.

4. Własność
Zajmijmy się teraz najważniejszą kwestią, czyli Millowskim stosunkiem do własności, a ten był złożony. Mill, wychowany w duchu liberalizmu, pierwotne swe poglądy opierał na Adamie Smicie i ekonomi klasycznej. Gospodarka oparta na własności prywatnej ma być kontrolowana jedynie przez niewidzialną rękę rynku i nic więcej (zgodnie z zasadą laissez-faire). Opłacane z małych podatków państwo zaś jest jedynie nocnym stróżem. Wprawdzie był to stróż bardziej rozbudowany niż u Smita (do funkcji państwa Mill dodał chociażby bezpłatną edukację na poziomie podstawowym), lecz wciąż będący państwem minimum. Był on wrogiem ceł i regulacji. Krytycznie patrzył na zasiłki, które uznawał za wspierające nieróbstwo, jednak nie apelował, żeby koniecznie je likwidować.
Chociaż własność była podstawą jego poglądów gospodarczych, nie traktował jej jako świętość (w przeciwieństwie do typowych liberałów). Kradzież w celu pomocy innym nie była dla Milla czymś niemoralnym. Mill był też przeciwnikiem prawa do pełnego spadku. Nie chciał, żeby latyfundia przechodziły z ojca na syna, wolał, ażeby każdy sam dorabiał się majątku. Nawet jeśli przyjmiemy, że wiązało się to z poparciem dla wolego rynku (w dziedziczeniu mógł widzieć pozostałości po ustroju feudalnym), to i tak było to naruszenie własności za duże jak na prawicowca. Mill wyraźnie wyróżnia się wśród klasycznych liberałów w kwestii własności prywatnej. Jego stosunek do niej był podobny jak Hobbesa do monarchii, wynikał nie z idei, lecz z pragmatyzmu. Mill po prostu uważał, że obrona własności jest użyteczna i dlatego ją popierał. Jeśli więc przyjmiemy, że prawicowiec to osoba, dla której własność prywatna jest celem samym w sobie, to Milla do prawicy zaliczyć jest trudno, lecz jeśli rozszerzymy prawicę do ludzi, dla których własność prywatna to środek do jakiegoś celu (np. likwidacji biedy), to wówczas Milla można za prawicowca uznać.
Zdecydowanie jednak prawicowe było u naszego myśliciela podejście do socjalistycznych mas robotniczych (socjalizmu fabiańskiego). Do tych klasycznie lewicowych ruchów czuł wręcz odrazę, to oni (a nie zachowawcza arystokracja) byli jego głównymi wrogami. Bał się, iż ci ludzie poprzez demokrację będą wymuszali na ogóle odstępowanie od wolego rynku. Pisał (na swój sposób strasząc) o złych robotnikach (będących większością), którzy żądają równości płac, a przecież lepszym robotnikom należy się więcej.
Mill był też zwolennikiem likwidacji diet poselskich (gdyż to przyciąga karierowiczów), co dzisiaj uchodziłoby za ultraliberalizm. Należy też zaznaczyć, iż dopuszczał (ze względu na wrażliwość społeczną) progresję podatkową, co jest (wprawdzie małym) odstępstwem od wolnorynkowej gospodarki.
Te poglądy, chociaż odbiegające od prawicy radykalnej, są jednak mimo wszystko nadal poglądami prawicy. Problem jednak z Millem jest taki, iż z wiekiem zaczął przechodzić ewolucję oddalającą go od prawicy. Ponoć wstrząśnięty informacjami o biedzie, zaczął wątpić w wolny rynek. On pragnął równości między ludźmi, a w kapitalizmie tej równości nie widział. Uznał, że może interwencja państwa (którą przedtem sam zwalczał) zrównoważy radykalne zróżnicowanie dochodów. Dzisiaj nie brakuje statystyk czy danych pokazujących, iż swobodna wymiana i konkurencja lepiej zrównują podział majątku narodowego, lecz wówczas Mill nie mógł o tym wiedzieć. W jego pracach coraz częściej pojawiały się wątki o potrzebie interwencji rządu w gospodarkę. Wprawdzie były to pomysły zbyt mało radykalne, ażeby móc je uznać za etatyzm, ale na tyle radykalne, by mówić o sprzeciwie wobec leseferyzmu. Były czymś pośrednim, w pewnym sensie mało sprecyzowanym. O ile nadal Mill popierał prywatny kapitał przemysłowy, o tyle prywatną własność ziemską[xiv] wręcz znienawidził i zażądał nacjonalizowania jej. Tego nie sposób łączyć z prawicą. O ile za młodu żądania robotników o podwyżkę płac uważał za chytre, o tyle później je wspierał. Nadal jednak wszystko miało odbywać się w gospodarce rynkowej, a nie w socjalizmie. Mill, będąc jedną nogą w ekonomii klasycznej, a drugą w socjalistycznej, popadł w sprzeczność, z której nie potrafił wyjść. Był niespójny do bólu. Na pewno odszedł od prawicy gospodarczej, lecz nie przeszedł do lewicy. Nie był centrowcem, przynajmniej w znaczeniu klasycznym, gdzie centrum to brak rozwiązania, gdyż miał rozwiązanie, lecz pełne paradoksów. Był nigdzie, po prostu błądził.

5. Podsumowanie poglądów
Reasumując, możemy najogólniej streścić poglądy Milla w kilku punktach:
a) w sporze o tradycję — złoty środek między konserwatyzmem a libertynizmem, oparty na wolności i tolerancji;
b) w kwestii przemian — poparcie dla reform, pod warunkiem, że będą one stopniowe;
c) w sprawie rządów — próba łączenia demokracji z umiarkowanym elitaryzmem;
d) w poglądach ekonomicznych — w początkowej fazie ekonomia klasyczna, później odejście od niej (chociaż nie w pełni) i popadnięcie w sprzeczność.

6. Wniosek końcowy
Stanowisko Milla w walce prawicy z lewicą nie jest jednoznaczne. Można go różnie kwalifikować, a na pewno swojego prekursora mogą w nim widzieć zarówno szeroko rozumiani prawicowcy, jak i szeroko rozumiani lewicowcy. Dla mnie był on w swoich początkowych poglądach centroprawicowcem (przynajmniej jeśli spojrzymy na niego z perspektywy XXI wieku), będącym jednak bliższym centrystom niż prawicy radykalnej. Potem znęcony niektórymi hasłami socjalistycznymi opuścił prawicę i zaczął się błąkać. Nigdy nie był dla mnie człowiekiem lewicy. Millowska przygoda z prawicą nie była wieczna, lecz wystarczająca, by wymieniać go wśród ludzi prawicy. Z lewicą przygody nie miał. Mimo wszystkich wątpliwości na zadane na początku pytanie odpowiadam: Tak.
Bibliografia: Przegląd filozoficzny, numer poświęcony Millowi, nr 4, PAN kometek nauk filozoficznych, Warszawa 2006, John Stuart Mill, O wolności, tłum. A. Kurlandzka, O zasadzie użyteczności tłum. F. Mierzejewski, wydawnictwo De Agostini Sp. Z o.o. , Warszawa 2003, Alasdair Maclntyre, krótka historia etyki, tum. A. Chmielewski, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2002, Marek Adam Grabowski, John Stuart Mill. Nihilista czy wolnościowiec?, WWW.konserwatyzm.pl, artykuł z dnia 14 października 2008, kategoria artykuły naukowe, (archiwalna wersja strony).
[i] Rzecz jasna mowa o pełnoprawnym obywatelu.
[ii] J.S. Mill, O Wolności, tłum. A. Kurlandzka, wydawnictwo De Agostini Sp. Z o.o., Warszawa 2003, s. 122.
[iii] Tamże, s.30.
[iv] Przegląd filozoficzny, numer poświęcony Millowi, nr . 4, PAN komitet nauk filozoficznych, Warszawa 2006 , s. 257.
[v] Tamże, s. 259.
[vi] Tamże, s. 261.
[vii] Tamże, s. 261.
[viii] Termin ten jest dla mnie jedynie nazwą ideologii. Nie stosuję go formie wyzwiska, jak to robią niektórzy publicyści.
[ix] Libertyni byli demokratami w teorii, lecz nie w praktyce.
[x] Tak jak w obecnej Polsce do senatu.
[xi] Segregacja rasowa jest dopuszczana przez lewicę narodową.
[xii] Ktoś może zarzucić, iż wynikało to bardziej z konformizmu, jednakże ten argument do mnie nie dociera. Mill całym życiem udowodnił swój nonkonformizm, i gdyby król mu przeszkadzał, na pewno by zażądał odwołania go.
[xiii] J.S. Mill, O Wolności , s. 10.
[xiv] Której już przedtem sobie nie cenił.
---

Marek Adam Grabowski

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

piątek, 21 września 2012

Historia czekolady

Historia czekolady

Autorem artykułu jest Renata K

  Każdy zna i uwielbia tę czekoladową słodycz, czy to w formie tabliczki, czy też jako płynny napój.
Kochają ją nie tylko dzieci, ale także dorośli. Jest lekiem na całe zło i skutecznie poprawia humor. Zapewne niewiele osób wie, że czekolada była już znana starożytnym cywilizacjom.
Historia czekolady sięga niemal 3 tysięcy lat, a to za sprawą Olmeków, ludu zamieszkałego rejony dzisiejszego południowego Meksyku. Świadczą o tym naczynia wydobyte z tamtejszych rejonów, na których znajdowały się podejrzane, ciemne zacieki. Po ich przebadaniu naukowcy odkryli, że zawierają składniki pochodzące z drzew kakaowych.
Po upadku cywilizacji Olmeków, kolejnymi smakoszami czekolady byli Majowie oraz Aztekowie. Pierwotnie czekoladowy przysmak podawany był w formie płynnej, często z dodatkiem chilli lub miodu, dostępny jedynie dla ludzi z wyższych warstw społecznych, nowożeńców lub podczas tamtejszych obrządków religijnych.
Do Europy czekolada zawędrowała dopiero dzięki Krzysztofowi Kolumbowi i jego wyprawom. Dodawane przez Azteków chilli zaczęto zastępować wanilią lub cukrem. W XVII wieku była podawana w tak zwanych 'czekoladarniach', które zaczęły powstawać masowo w XVIII wieku w Londynie oraz Paryżu. Ówcześni władcy próbowali je zamykać ze względu na rosnące w siłę ruchy wolnościowe i rewolucyjne. Do Polski została sprowadzona dzięki Augustowi II Mocnemu, który zachwycał się jej słodkim smakiem.
W XIX wieku wciąż poprawiano receptury, by smak był coraz doskonalszy. To także wtedy zaczęła powstawać czekolada w formie znanych nam dzisiaj tabliczek. W połowie XIX wieku Ernest Karol Wedel otworzył swoją fabrykę, a czekolada była sprzedawana również w formie pitnej.
Dziś czekolada dostępna jest właściwie w każdej możliwej formie – tabliczek, bombonierek, w postaci płynnej na zimno lub gorąco, lodów, tortów. Często ciężko jest się zdecydować, z jakim dodatkiem wybrać czekoladę, czy mają to być rodzynki, orzechy, truskawki, karmel, mięta, pomarańcza czy może tak, jak za czasów Arteków, chilli. Jedno jest pewne – czekolada jest pyszna w każdej formie!
---

zobacz jak zrobić czekoladę

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Edukacja dziewcząt w Starożytności

Edukacja dziewcząt w Starożytności.

Autorem artykułu jest Głodni Wiedzy

  Pojawieniu się na świecie zdrowego chłopca towarzyszyło szczęście i duma rodziców. Zupełnie zaś inne uczucia wywoływały najczęściej narodziny córki. Owa różnica w odczuciach była spowodowana odmiennymi rolami, jakie przypisano obu płciom.
Syn bronił ojczyzny, czy chociażby dbał o rodziców i kult przodków.
Córka nie tylko nie mogła spełnić tych powinności (wchodząc do domu męża miała obowiązek oddawania czci wyłącznie jego antenatom), ale w dodatku sporo kosztowała swoich rodziców, ponieważ winni byli dać jej posag. Dlatego też często porzucano nowonarodzone dziewczynki, skazując je na śmierć lub zabranie przez handlarzy niewolnikami.
            Jedyną korzyścią, jaką starożytni widzieli w istnieniu kobiet, było pełnienie przez nie funkcji matek i żon. Z kolei przypisanie do tych ról determinowało sposób edukacji dziewczynek. W Atenach uczono je tkać oraz prząść. Dobrze było również widziane, jeśli opanowały również sztukę czytania i pisania. Ponadto dbano, aby nauczyły się tańczyć i śpiewać, bowiem te umiejętności były niezbędne w uczestnictwie w religijnych uroczystościach. Wiedzy tej ateńskie dziewczynki nabierały w domu, ucząc się od matek. W innych poleis, które miały mniej rygorystyczne prawa od Aten, chodziły one do koedukacyjnych szkół utrzymywanych przez państwo. Tak było na przykład w Teos.
            Z kolei Sparta, także w kwestii edukacji płci pięknej, kroczyła nieco inną drogą aniżeli pozostałe poleis. Głównym zadaniem kobiety było wydanie na świat silnego i zdrowego wojownika. Według ówczesnych misji tej mogła podołać jedynie zahartowana psychicznie i fizycznie, oraz wysportowana dziewczyna. Z tego też względu dziewczynki od najmłodszych lat poświęcały się gimnastyce czy biegom. Trenowały także rzut dyskiem, a nawet zapasy. Podczas wykonywania ćwiczeń miały na sobie krótkie szaty, odsłaniające łydki, co było powodem zgorszenia dla mieszkańców pozostałych poleis. W Sparcie nikt jednak nie odbierał tego w takich kategoriach, najważniejsze było bowiem, aby strój nie przeszkadzał w treningu krępując ruchy. Fakt, że Spartanie kładli tak ogromny nacisk na kształtowanie ciała, nie oznacza jednak, że zaniedbywali pozostałe aspekty kształcenia. Dziewczynki uczyły się także czytać, pisać oraz liczyć, a ponieważ uczestniczyły w obchodach religijnych, to opanowywały podstawy tańca i śpiewu.
            Poprawę w dostępie do edukacji dziewczynek przyniosła epoka hellenistyczna. Wówczas powszechnym zjawiskiem stało się ich uczęszczanie do koedukacyjnych szkół na stopniu podstawowym i średnim. Swoje drzwi otwarły przed nimi również palestry i gymnasiony, dostępne dotąd wyłącznie dla chłopców. W tym okresie pojawiły się również swego rodzaju emancypantki, czyli kobiety walczące o dostęp na studia zastrzeżone jedynie dla mężczyzn.  Symbolem takiej postawy była chociażby Agnodike, pierwszy lekarz płci żeńskiej.
            W starożytnym Rzymie dziewczynki odbierały edukację na równi z chłopcami, w szkołach „podstawowych”. Po skończeniu tego etapu, zaczynały naukę w domu, jeśli taka była wola ich ojca. Prywatny nauczyciel uczył je śpiewu, tańca, gry na instrumencie, a także studiował z nimi dzieła klasyczne. Okres edukacji szybko jednak dobiegał końca, co wiązało się z wyjściem dziewczyny za mąż, co najczęściej następowało w jej dwunastym roku życia. Do rzadkości należały przypadki zezwolenia przez męża na dalsze kształcenie. Wśród mężczyzn dominowała postawa zabraniająca żonie dalszego rozwoju intelektualnego. Wystarczy tutaj przywołać przykład matki Seneki, której towarzysz życia nie zezwolił na dalsze studia filozoficzne, gdyż jak twierdził, doprowadziłyby do jej wyuzdania.
            Edukacja dziewcząt w starożytności nie wybiegała poza „wyćwiczenie” umiejętności niezbędnych do pełnienia roli matki i żony. Ówcześni nie widzieli konieczności kształcenia kobiet w innych kierunkach, uważając, że po prostu się do tego nie nadają, a przykłady Safony czy Agnodike nie były w stanie tego zmienić.
---

Głodni wiedzy chcemy wiedzieć więcej

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

W Niemczech znaleziono arsenał z epoki kamienia

W Niemczech znaleziono arsenał z epoki kamienia

Redakcja internetowa
19.09.2012, 17:52
W Niemczech uczeni odnaleźli najstarszą w historii ludzkości broń. Osiem kamiennych kopii powstało 300 tysięcy lat temu. Archeolodzy z Uniwersytetu Tübingen od 2008 roku owocnie pracowali w kamieniołomie węgla brunatnego niedaleko Schöningen.
W Niemczech uczeni odnaleźli najstarszą w historii ludzkości broń. Osiem kamiennych kopii powstało 300 tysięcy lat temu.Archeolodzy z Uniwersytetu Tübingen od 2008 roku owocnie pracowali w kamieniołomie węgla brunatnego niedaleko Schöningen. Wśród swoich najważniejszych odkryć naukowcy wymieniają groty kamienne do kopii, które są prawdziwą sensacją. Znalezisko ma 300 tysięcy lat, co czyni je najstarszą bronią wśród jakiejkolwiek broni wytworzonej przez człowieka.
Źródło: Głos Rosji.

W Danii znaleziono skarb wikingów

W Danii znaleziono skarb wikingów

Redakcja internetowa
21.09.2012, 10:14
W Danii trzech archeologów znalazło skarb wikingów, który składa się przeważnie z ozdób jubilerskich i sztabek srebra. Znalezisko datowane jest na początek naszej ery.
W Danii trzech archeologów znalazło skarb wikingów, który składa się przeważnie z ozdób jubilerskich i sztabek srebra. Znalezisko datowane jest na początek naszej ery. Według naukowców jest to jeden z największych srebrnych skarbów, znalezionych do tej pory na świecie.Wszystkie przedmioty zostały przekazane do muzeum w sąsiednim mieście Roskilde. Jest to była stolica Danii i jedno z największych centrów handlu epoki wikingów.
Źródło: Głos Rosji.

poniedziałek, 17 września 2012

Jak Napoleon grabił Moskwę, a Kozacy wszystkie karpie w Paryżu wyłowili

Jak Napoleon grabił Moskwę, a Kozacy wszystkie karpie w Paryżu wyłowili

 
17.09.2012, 17:43
200 lat temu, we wrześniu 1812 roku, wojska Napoleona weszły do Moskwy. Zupełnie inaczej wyglądało wejście wojsk sojuszniczych z Aleksandrem Pierwszym na czele do przegranego Paryża w marcu 1814 roku. Kontrasty przy porównaniu tych wydarzeń zachwycają.
200 lat temu, we wrześniu 1812 roku, wojska Napoleona weszły do Moskwy. Zupełnie inaczej wyglądało wejście wojsk sojuszniczych z Aleksandrem Pierwszym na czele do przegranego Paryża w marcu 1814 roku. Kontrasty przy porównaniu tych wydarzeń zachwycają.

…Napoleon ponad dwie godziny czekał na Pokłonnej Górze na klucze do Moskwy. W końcu przyprowadzono do niego grupę moskwian, jak się okazało, francuskich rodaków. Przy czym nie mieli kluczy. Prosili zdobywcę o zrezygnowanie z grabieży. Ale grabienie obleganego miasta trwało także później, kiedy francuski cesarz prawie miesiąc czekał bezskutecznie na Kremlu na kapitulację Rosji. Zresztą w tym czasie rosyjscy partyzanci znacząco osłabili tyły francuskiej armii. Wreszcie Bonaparte podjął decyzję o odwrocie. Każdy jego żołnierz zabrał z miasta nie mniej niż 10 kilogramów kosztowności. Na jednym z 200 wozów ze zgrabionymi przedmiotami był ogromny złoty krzyż zdjęty z dzwonnicy Iwana Wielkiego. Ale całe to bogactwo musiano porzucić w czasie haniebnej ucieczki z Rosji. W czasie „moskiewskiego siedzenia” zaczął się rozkład armii Napoleona, a to zwycięstwo było pyrrusowym, zauważa doktor nauk historycznych Wadim Roginski.
Źródło: Głos Rosji.

sobota, 15 września 2012

Ludwika ciągle znika

Ludwika ciągle znika

Autorem artykułu jest Agata Dąbrowska

Ludwika znikała wiele razy. Znikała swoim przyjaciołom, rodzicom, historii. Przepadała na całe lata, by nagle pojawiać się niespodziewanie w egzotycznych miejscach i nieprawdopodobnych okolicznościach.
Ludwika Śniadecka
źródło: Wikimedia
  Jej nazwisko zna każdy polski gimnazjalista.
Ludwika Śniadecka figuruje na początku biografii Juliusza Słowackiego jako jego pierwsza wielka miłość. Dziś powiedzielibyśmy raczej - szczenięca miłość. Julek, kiedy ją spotyka, ma tylko 14 lat. Ludwika jest o sześć lat starsza. I uosabia wszystko, co może zafascynować nastolatka w młodej kobiecie. Jest bystra, samowolna, uparta i zbuntowana.
Ma w nosie zalecenia ojca i stryja, szacownych wileńskich uczonych, namiętnie czyta Byrona, którego książki oni uznają za szkodliwe romantyczne brednie. Uwielbia tańczyć do upadłego i samotnie cwałować konno po lasach.
Na rycinach z epoki nie wygląda pieknie. Ma ten typ urody, którego nie oddają amatorskie rysunki. Jest jak chochlik: drobna, czarnowłosa i czarnooka, o ostrych rysach, które nabierają uroku dopiero podczas rozmowy. Smarkaty Julek jednak za nią szaleje, a ona szybko daje mu kosza, co odnotowują autorzy podręczników, ciesząc się w duchu, że może to i dobrze, bo przecież wiele wspaniałych wierszy udręczony i odtrącony Słowacki napisał, myśląc o Ludwice. Potem on wyjeżdża do Paryża, a ona?
O tym, co się dzieje z Ludwiką, żadne polskie dziecko już się nie uczy. Znika wtedy z historii, w której znów się pojawi dopiero jako czterdziestolatka. A to dlatego, że będzie jej można przypisać rolę, którą historia ceni - "polskiej działaczki okresu zaborów, żony Sadyka Paszy (Michała Czajkowskiego) wspierającej jego działalność polityczną na emigracji w Turcji".
Co się zdarzyło w okresie między wileńskimi amorami ze Słowackim a osiedleniem się w Turcji - tego się z podręczników nie dowiemy. Ale działo się tyle, że zdolny scenarzysta (tylko czy są w Polsce tacy?) miałby gotowy materiał na doskonały film.
Ludwika mówi "nie" Julkowi, bo kocha się szaleńczo w rosyjskim oficerze Włodzimierzu Rimskim-Korsakowie. Ojej, źle lokuje uczucia! Nie może tego przeboleć patriotyczna rodzina panny, oburzona, że Ludwika wybrała Moskala. Co gorsza, także sam oficer niespecjalnie zwraca na nią uwagę. Mimo to ona trwa w tej miłości aż po grób. Dosłownie.

Zaczyna się wojna rosyjsko-turecka, Rimski-Korsakow idzie na front i niedługo potem Ludwika dostaje wiadomość o jego śmierci. Wtedy znika po raz drugi. Jej nabliżsi już nigdy jej nie zobaczą. Ma 27 lat, kiedy wyrusza do Odessy, a potem na Bałkany. Ma tylko jeden cel - odnaleźć grób ukochanego, a jego prochy przywieźć do Rosji. Nie obchodzą jej polsko-rosyjskie spory ani patriotyczne gadki rodziny i przyjaciół - ojczyzna ukochanego jest teraz jej ojczyzną. Nie wraca na Litwę nawet wtedy, gdy dostaje wiadomość o śmierci ojca.
Nie wie jeszcze, że grobu Włodzimierza nie odnajdzie nigdy, za to po latach poszukiwań niespodziewanie spotka nową miłość.
Kiedy podczas swej wędrówki dociera do Stambułu, ma już 40 lat. Wciąż jest szczupła, czarnowłosa, choć niewiele zostało z dziewczęcej świeżości, która tak urzekła Słowackiego. Ale ciągle robi wrażenie na mężczyznach.
Michał Czajkowski jest od niej o dwa lata młodszy. Przybywa do Stambułu jako wysłannik polskiej emigracji we Francji - ma tu stworzyć kolonię dla Polaków-dezerterów z rosyjskiej armii. Czajkowski jest żonaty. W Paryżu zostawił żonę i troje dzieci. Ale kiedy spotyka Ludwikę, traci dla niej głowę. Ona dla niego też.

Żyją ze sobą w atmosferze skandalu przez wiele lat, a Ludwika znika po raz kolejny - tym razem dla przyjaciół, którzy solidarnie odwracają się i od niej, i od niego. Być może to z powodu Ludwiki Czajkowski decyduje się na krok, dzieki któremu najtrwalej zapisze się w historii. Zdecydowany nie wracać do Paryża i do potępiających go rodaków, przechodzi na islam, przybiera nazwisko Sadyk-Pasza i zostaje poddanym państwa ottomańskiego. Ale wciąż jest polskim patriotą. Kiedy Turcja wypowiada Rosji wojnę, walczy w niej, dowodząc oddziałami Kozaków. I buduje osadę dla polskich uciekinerów - to Adampol, wieś pod Stambułem, polska do dziś.
Ludwika jest przy nim cały czas. Dzieki tej drugiej wielkiej miłości nawrócona, jak sama pisze, na polskość. Prowadzi biuro męża, jego korespondencję, pisze raporty, memoriały, polityczne listy, przedziera się przez gąszcz emigracyjnej polityki. Mickiewicz jest nią zachwycony, gdy przybywa nad Bosfor - Ludwika wciąż potrafi fascynować.

Ma 64 lata, kiedy ucieka ostatecznie. "Straciłem swojego anioła" - napisze po jej śmierci Sadyk-Pasza. Pochowa ją w Adampolu, który razem zakładali i będzie skarżył się w listach: "Straciłem wszystko, co miałem najdroższego na świecie, radę, pociechę, towarzyszkę dwudziestotrzyletnich prac i mozołów".
Zadziwiające, jak wiele twarzy miała Ludwika. Dla Czajkowskiego była towarzyszką mozołów emigracyjnego życia, dla Mickiewicza - polską patriotką, sawantką o surowej twarzy i wyrazistych oczach. Dla polskich dzieci wciąż jest zbuntowaną dziewczyną dającą kosza wieszczowi; dla zakochanych - Antygoną, przemierzającą Europę w poszukiwaniu prochów ukochanego. Ludwika miała marzenia i nie wahała się ich spełniać. Nie przeszkodziła jej w tym ani rodzina, ani własne słabości, ani pełna zakazów epoka, w jakiej żyła.
---

Autor: A.D.
http://kobietyihistoria.blogspot.com/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Krzyżackie metody Niemców w 1939-40 roku i siła propagandy

Krzyżackie metody Niemców w 1939-40 roku i siła propagandy.

Autorem artykułu jest Krzysztof Dmowski

  Palenie wsi i mordowanie ludności, często mężczyzn pomiędzy piętnastym, a sześćdziesiątym rokiem życia było często stosowane w średniowieczu. O tym sposobie przypomnieli sobie Niemcy, kiedy w 1939 roku w czasie okupacji, usiłowali nakłonić do współpracy prawdziwych Polaków.

Można wiele mówić o propagandzie i fałszywych oskarżeniach, ale tylko wtedy, kiedy nie pozostaną już żadni świadkowie zdarzenia. Mordowanie mieszkańców wsi było popularnym sposobem Niemców, nie tylko w celu ujawnienia ukrywanych Żydów, ale też w przypadku próby odnalezienia partyzantów.
Przed laty podjąłem się remontu stuletniego domu. Dom został wymurowany z cegły, ale z drewnianej belki sufitu wystawało metalowe oczko, jakich używa się do przewieszania ciężarów. Bezpośrednio pod tym oczkiem znajdowała się piwnica w podłodze. Nie bardzo wiedziałem do czego służyło owe oczko. Któregoś dnia przyszedł pewien starszy mieszkaniec tej miejscowości i wyjaśnił, że w czasie niemieckiej okupacji, tego oczka używano do oprawiania świń. Piwnica pozostawała otwarta i gdyby na podwórku pojawili się Niemcy, wówczas przecinano sznur i w ciągu jednej chwili dzielona świnia znajdowała się pod podłogą. Polakom w czasie okupacji nie wolno było spożywać świńskiego mięsa, bo przeznaczono je dla niemieckiego wojska.
Może jest to dziś śmieszne, że kiedy obudzi się Polaka i powie, że wróg zaatakował Polskę, to na myśl przychodzi z miejsca Niemiec.
Dzisiaj kiedy oglądamy filmy, czasem trudno jest nam odróżnić propagandę od faktów. Nie udało mi się ustalić prawdziwości pewnej legendy związanej z niemieckim, pokonanym rycerzem, którego w czasie okupacji ekshumowali Niemcy i natychmiast sprawie ukręcili łeb, tylko ze względu na propagandę — Polski rycerz, pokonał rycerza niemieckiego!
Jednak niewiarygodnym wydaje się fakt, kiedy wszystkich mężczyzn pomiędzy piętnastym, a sześćdziesiątym rokiem życia, prowadzono do wykopanego dołu, a następnie wrzucano tam granaty. Za wszelką antyniemiecką działalność odbywały się łapanki na ulicach polskich miast i mieszkańcy byli rozstrzeliwani w lasach lub przewożeni do niemieckich obozów koncentracyjnych.
Według pewnej sprawdzonej informacji,  jeden z wysokich urzędników niemieckich odbył inspekcję w niemieckim obozie śmierci na terenie okupowanej Polski. Zobaczywszy warunki w jakich żyją więźniowie oraz stan do jakiego doprowadziło ich przebywanie w obozie, zwymiotował i przez kilka dni nie mógł dojść do siebie — nigdy więcej nie pojechał na inspekcje żadnego obozu.
Palenie wsi, zabijanie mieszkańców, tylko z powodu działalności partyzanckiej, wykonywali szarzy żołnierze, nie najwyżsi oficerowie. Przełożeni nie musieli nawet o wszystkim wiedzieć, bo liczył się tylko efekt. A mimo to, Polacy nie poddawali się. W prosty sposób nauczyli Niemców, żeby nie otwierali anonimowych donosów — wysyłali im bakterie wąglika w anonimowych listach.

---

Krzysztof Dmowski
http://www.kdpowiesci.republika.pl/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

środa, 12 września 2012

Dywizjon 303 — film zakazany w UK i Irlandii? Bzdura!

Dywizjon 303 — film zakazany w UK i Irlandii? Bzdura!

Autorem artykułu jest Krzysztof Dmowski
 
303 Dywizjon Myśliwski im. Tadeusza Kościuszki – jednostka lotnicza Polskich Sił Powietrznych w Wielkiej Brytanii. Jeszcze przed uzyskaniem oficjalnej gotowości bojowej, 30 sierpnia 1940 roku, zaliczył pierwsze zwycięstwo w bitwie o Anglię.

Piloci z Dywizjonu 303
źródło: Wikimedia
Pomimo tego, że liczba zestrzelonych jednostek niemieckich przez cały czas była znacznie zawyżona, to nie pozostaje kwestią sporną, że Dywizjon 303 odegrał pierwsze skrzypce w Bitwie o Anglię. Brytyjski pilot Douglas Bader twierdził, iż Polskie Skrzydła są najskuteczniejsze.
Winston Churchill w pierwszej fazie bitwy stwierdził: „Nigdy w dziedzinie ludzkich konfliktów tak wielu nie zawdzięczało tak wiele tak nielicznym”.
Arkady Fiedler, autor książki „Dywizjon 303” napisał: „Zwycięstwo w bitwie o Brytanię nie tylko uchroniło od zagłady całe Imperium, lecz uwolniło ludzkość od złego czaru [...] ludzie się przekonali, że hitlerowców można bić, że nie są niezwyciężeni, że ich broń, choć straszliwa, nie jest wszechwładna”.
Brytyjski Chanel 4 nakręcił film poświęcony Dywizjonowi 303: „Bloody foreigners. Untold Battle of Britain”, nazywając go „Przemilczaną Historią”, ale ku wielkiemu zaskoczeniu, został rzekomo zablokowany przed wyświetlaniem w United Kingdom i Irlandii. Sprawa huknęła głośnym echem pośród weteranów II wojny światowej, którzy jako pierwsi dostrzegli „blokadę”. Dziś ona zupełnie nie istnieje i sprawę blokady przypisano prawom autorskim. Z logicznego punktu widzenia sprawa blokowania faktów historycznych wydaje się zupełnie niepojęta.
Jeżeli chodzi o sam materiał, to ukazuje on polskich pilotów jako najlepszych z najlepszych. Umieszczono w nim ich wypowiedzi oraz fragmenty pamiętników. Historii nie da się cofnąć ani wymazać — będzie wracać jak odrzucony nałóg — można ją tylko przypomnieć. W materiale stwierdzono, że bez udziału Dywizjonu 303 bitwa o Anglię w 1940 roku byłaby przegrana, a także padły słowa, że pomimo zakończonej wojny Polska nie odzyskała niepodległości. Nie zapomniano także dodać, że na paradzie zwycięstwa w 1946 roku nie było ani jednego Polaka. Po zakończeniu wojny, Polacy nie byli mile widziani w Anglii. II wojnę światową przegrali nie tylko Niemcy, ale przegrali ją również Polacy.
Co dawało tak wielką siłę Polakom i co przyczyniało się do ich zwycięstwa? Odwaga. Angielscy piloci otwierali ogień do wroga z odległości 300 metrów. Polacy otwierali ogień do Niemców z odległości poniżej 100 metrów i nie strzelali, żeby strącić maszynę, tylko żeby zabić załogę. Takie działanie przyczyniało się do wielkich zwycięstw Polaków.
Być może istnieją fakty historyczne ukrywane do dziś, w celu ochrony nieraz całych rodzin, osoby, która wykazała się brakiem kompetencji lub na ujawnienie ich nie nadszedł jeszcze właściwy czas. Jednak żadna tajemnica nie trwa wiecznie.
Niesamowitą ciekawostką jest, że właśnie zagraniczne stacje telewizyjne doceniają starania Polaków i szerzą je na świecie, a nie robi tego polska telewizja publiczna, która powinna takie tematy poruszać jako pierwsza.
Jest też nadzieja, że niedługo zostanie nakręcony film „Dywizjon 303” na podstawie książki Arkadego Fidlera. Podpisano umowę ze spadkobiercami książki i rozpoczęły się poszukiwania maszyn i dokumentacji. Produkcja filmu ma się zakończyć w 2013 roku.

---

Krzysztof Dmowski
http://www.kdpowiesci.republika.pl/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

wtorek, 11 września 2012

Tajna broń, Polski pociąg pancerny „Śmiały” 1939r

Tajna broń, Polski pociąg pancerny „Śmiały” 1939r.

Autorem artykułu jest Krzysztof Dmowski
 
Wielkie zaskoczenie przeżyli najeźdźcy niemieccy, kiedy ich pozycje zostały zaatakowane przez artylerię pociągu pancernego „Śmiały”, ale nie wiedzieli, że Polska takich pociągów ma więcej.

Pociąg pancerny "Śmiały:
źródło: Wikimedia
Uzbrojony w dwie haubice 100 mm. Dwie armaty 75 mm. oraz 19 ciężkich karabinów maszynowych siał spustoszenie w niemieckich oddziałach.
Wiem, że przeciwnicy historii mają swoje zdanie na ten temat i tworzą niesamowite historie, które wcale nie miały miejsca i dlatego proszę, aby swoje ideologię pozostawili w swoich kręgach. W historii o śmierci obrońcy odcinka Wizny, kapitanie Raginisie krąży co najmniej dziewięć ideologii na temat jego śmierci, tylko dlatego, że generał Guderian wstydził się opisać we własnym pamiętniku, w jaki sposób zdobył ten odcinek!
Trudno powiedzieć, dlaczego pociąg pancerny „Śmiały” zaskoczył Niemców. Pociąg został wprowadzony do służby już w 1918 roku. W okresie pokoju patrolował linie kolejowe. Być może przyczyniły się do tego informacje, że został zdemobilizowany, w każdym bądź razie według mniemania najeźdźcy, nie istniał.
„Śmiały” walczył z niemiecką 4 dywizją pancerną — odpierając atak. Walczył z 1 batalionem 12 pułku strzelców zmechanizowanych, zadając im znaczące straty.
Ostrzelał 1 dywizję pancerną, a następnie wycofał się, kiedy Niemcy przeciwko niemu ściągnęli cały dywizjon ciężkiej artylerii.
Krążąc po większych polskich miastach, „Śmiały” walczył wspierając oddziały piechoty. Dopiero 22 września, „Śmiały” został opuszczony przez załogę i przejęty przez rosyjskiego najeźdźcę.
Niesamowite. Jeden pancerny pociąg zadał najeźdźcy tak wiele strat. Jak potężną bronią był tak mobilny pojazd, którego załoga była gotowa nawet uzupełniać wyjęte lub zniszczone fragmenty torów.

---

Krzysztof Dmowski
http://www.kdpowiesci.republika.pl/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Sissi, przereklamowana cesarzowa

Sisi (źródło: Wikimedia)

Sissi, przereklamowana cesarzowa

Autorem artykułu jest Agata Dąbrowska

Jest jedną z tych kobiet, o których nakręcono najwięcej filmów i napisano najwięcej książek. Szczerze mówiąc, nie wiem, dlaczego. Elżbieta Bawarska, cesarzowa Austro-Węgier, była kiepską matką, marną żoną i żadnym politykiem. 
Nasze spojrzenie na Sissi dobrze oddaje francuski film "Zbuntowana cesarzowa" z 2004 roku.
Świetnie pokazuje nie tyle rzeczywiste losy Sissi, ile to, jak dziś jesteśmy skłonni czytać jej życie. Prawdy historycznej i psychologicznej nie ma tam za grosz, są za to wszystkie łatwe diagnozy współczesności, stosujące najprostsze wytrychy do otwierania tajemnic losów zapisanych w historii.
W dniu ślubu Sissi jest tam niewinnym dzieckiem, piętnastolatką, wmanewrowaną przez przypadek w małżeństwo z cesarzem - kompletnie niewinną i w najmniejszym stopniu nieświadomą tego, co ją czeka. Porażająca jest scena nocy poślubnej, gdzie rozebrana do naga dziewczyna, dziewczynka właściwie, zostaje wypchnięta prosto przed nos swego uśmiechniętego głupawo małżonka, który w żaden sposób nie potrafi jej skłonić do miłości. Udaje mu się dopiero trzeciej nocy, co obwieszcza z idiotycznym uśmiechem zebranym pod sypialnią damom dworu z jego władczą matką arcyksiężną Zofią na czele.
Po latach Sissi wyzna swemu lekarzowi, że był to zwyczajny gwałt. No bo czym innym, z dzisiejszego punktu widzenia, mógł być?
Dość antypatyczna bohaterka tego filmu, grana przez aktorkę chudą jak deska, z twarzą ulepszoną przez chirurgów plastycznych, dobrze oddaje to, co myślę o Sissi. Jest dla mnie skrajnie narcystyczną, pozbawioną inteligencji i empatii osobą, która przeszła do historii wyłącznie z powodu ładnej buzi i maksymalnej koncentracji na sobie. Podobnie jak sto pięćdziesiąt lat później lady Diana, która też stała się symbolem swojej epoki, choć jedyną rzeczą, jaką ta epoka jej zawdzięcza, jest fakt, że brytyjska rodzina królewska zagościła na stałe w tabloidach.
Sissi była Dianą swoich czasów. Zadziwiające, jak podobne życie miały obie. Nieszczęśliwe w małżeństwie, niedopasowane do królewskich dworów, niepotrafiące nikogo uszczęśliwić ani znaleźć w tym fascynującym scenariuszu, jaki podsunęło im życie, żadnej pasji, poza dbaniem o siebie. Nawet zginęły podobnie. Diana podczas ucieczki przed tłumem paparazzi, w rozpędzonym aucie na paryskiej szosie; Sissi - zasztyletowana w Genewie przez szalonego anarchistę, który po prostu chciał przejść do historii mordując jakiegoś władcę, nieważne jakiego. I podobnie jak w przypadku Diany, źródeł nieszczęść Sissi szuka się w surowych regułach cesarskiego dworu, które nie pozwoliły młodej kobiecie żyć zwyczajnie z ukochanym, tylko zmusiły do ucieczki od męża w niezliczone wojaże po Europie. Życie Sissi i Diany nawet opowiadane jest w podobnym porządku. Najpierw jest bajkowa miłość i ślub stulecia, a potem wszystko rozpada się jak domek z kart, aż do tragicznego końca.

Kopciuszek jedzie na bal
Rzeczywiście, początek historii Sissi jest jak z bajki o Kopciuszku. Oto mamy bawarską księżniczkę, żyjącą na skraju wielkiego świata, w sielskim zameczku w Possenhofen. Ona i jej młodsze siostry wychowywane są niezbyt starannie, bo jak się przypuszcza żadnej - poza najstarszą i uznawaną za najpiękniejszą Heleną - raczej nie przytrafi się wielka partia. Rodzice dbają więc o Helenę, pozostała dziewiątka rodzeństwa robi to, co im się żywnie podoba, uganiając się konno po lasach, spędzając czas na zabawach i polowaniach.
Ale w końcu nadchodzi przełomowy moment. Siostrą matki Sissi jest arcyksiężna Zofia, jedna z najznamienitszych dam Europy. I ona to właśnie zawiadamia siostrę, że upatrzyła sobie jej najstarszą córkę na żonę dla swego syna, który został właśnie cesarzem Austrii. Trzeba pamiętać, że młody i przystojny Franciszek Józef (cioteczny brat Sissi - ciekawe, że bulwersuje nas to mniej niż jej młody wiek w chwili zamążpójścia!) był dla ówczesnych księżniczek Europy takim samym obiektem westchnień, jak z górą sto lat później będzie książę Karol czy całkiem niedawno William. One też trzymały portrety młodego władcy w szufladach nocnych stolików i wyobrażały sobie baśniowe scenariusze ze złotowłosym Franzem w roli głównej. Szczęściarą miała się okazać bawarska księżniczka.
Uszczęśliwiona Helena udaje się więc z matką i młodszą siostrą Sissi na wiedeński dwór. I tu przydarza się bajkowe zapętlenie, które pozostaje punktem kulminacyjnym wszystkich filmów o Sisssi. Bo Franz ledwie rzuca okiem na Helenę, prawdziwie zachwyca się jej młodszą, niespełna szesnastoletnią siostrą. Z miejsca jest pewien, że to Sissi chce za żonę. Ona chce go również, jak wszystkie księżniczki świata. "Oczywiście, że go kocham, jak mogłabym go nie kochać?" - mówi, gdy dowiaduje się o oświadczynach. Choć dziś jej biografowie skrupulatnie notują, że po tym wyznaniu wybucha szlochem i wzdycha: "Gdybyż tylko nie był cesarzem!". Tylko czy wtedy tak bezwarunkowo by go kochała?

"Piękna głuptaska" ucieka z Wiednia
24 kwietnia 1854 roku odbywa się wspaniały ślub. Sissi ma 17 lat, a nie 15, jak podają to niektórzy. Franciszek jest od niej tylko siedem lat starszy. Czeka na nią na progu cesarskiego pałacu, otoczony arcyksiążętami i arcyksiężniczkami. A Sissi przemierza w drodze do niego wypełnione wiwatującym tłumem wiedeńskie ulice. Jedzie w oszklonej karecie, ubrana w różowosrebrną, haftowaną w kwiaty suknię, z diamentową koroną w misternie upiętych włosach. Zgrzyt w czasie ślubu jest tylko jeden, choć wywołuje u Franciszka przyspieszone bicie serca. Kiedy Sisssi wychodzi z karety, jej diamentowy diadem zaczepia o drzwi i niemal zsuwa się z włosów. Zły znak, myśli w panice Franciszek, przesądny, jak większość władców. Ale Sissi zręcznie przytrzymuje tiarę i wszystko dalej przebiega idealnie, jak w bajce.
"A potem żyją długo i szczęśliwie" - chciałoby się powiedzieć na koniec. Ale wiemy przecież, że bajkowego zakończenia nie będzie. Nie wiemy tylko ciągle, dlaczego. Możemy się jedynie domyślać, jaka była przyczyna rozpadu związku, który zaczął się jak spełnienie dziewczęcych marzeń. Bo dwadzieścia lat później Sissi nie ma w sobie nic z radosnej dziewczyny, kierującej się porywami serca. Jest zimną, posągową pięknością, unikającą bliskich spotkań z ludźmi, także z mężem i własnymi dziećmi, za to chętnie przyjmującą portrecistów i fotografów, którzy wystudiowane wizerunki "najpiękniejszej kobiety świata", publikują we wszystkich jego zakątkach.
Biografowie Sissi główną winowajczynię tej przemiany widzą w arcyksiężnej Zofii. To ona, twierdzą, żywiołową dziewczynę z wiejskiego dworku zamknęła w rygorze cesarskiego pałacu, pilnując każdego jej kroku, mierząc długość rękawiczek i głębokość dekoltów, kontrolując każdy krok, a przede wszystkim przejmując opiekę nad trójką jej dzieci. Ale przecież Sissi nie zajmowała się swoimi dziećmi także po śmierci arcyksiężnej Zofii, a przeżyła ją o z górą dwadzieścia lat. I nawet jeśli Zofia wchodziła jej w drogę, to przecież Sissi była w uprzywilejowanej pozycji. To ona była cesarzową, ona miała wsparcie zakochanego Franciszka Józefa, mogła przeobrazić dwór i urządzić go po swojemu, gdyby starczyło jej pasji i inteligencji. Nie miała ani jednego, ani drugiego, choć jej biografowie wolą nazywać to chorobliwą nieśmiałością.
O smutne życie cesarzowej trudno też obwiniać Franciszka Józefa. Kochał żonę gorąco do końca jej dni i godził się na wszystkie jej kaprysy - z długimi samotnymi podróżami włącznie. Być może, spekulują niektórzy, przyczyną była oziębłość seksualna Sissi i to, że nie czerpała ona żadnej przyjemności z małżeńskiego życia. Nie potrafiła zbliżyć się z Franciszkiem i sama podsunęła mu kochankę, wiedeńską aktorkę Katharinę Schratt, do której cesarz bardzo się przywiązał - miał w niej powierniczkę i przyjaciółkę do końca życia. Taką, jakiej nigdy nie znalazł w Sissi. Jego śliczna żona nie potrafiła i nie chciała przekuć romantycznego związku w przyjaźń, nigdy nie była dla męża partnerem.

Trzeba przyznać, że raz spróbowała. Czując się bezradnie w świecie wiedeńskiej polityki, zwróciła się ku Węgrom, sprzyjając ich dążeniom do suwerenności. Niektórzy twierdzą, że właśnie osobiste zaangażowanie Sissi doprowadziło do koronacji cesarza w Budapeszcie i narodzin Austro-Węgier. Ale to wszystko, na co było stać cesarzową. Polityka na dłuższą metę ją nudziła, zaloty męża także, od jednego i drugiego chciała mieć święty spokój. W Wiedniu nazywano ją "piękną głuptaską", więc uciekła z Wiednia. Spędzała w domu góra dwa miesiące w roku, przez resztę czasu podróżując po Europie albo zaszywając się na Korfu, skalistej greckiej wyspie, gdzie zbudowała sobie willę.

Tylko uśmiech miała nieładny
Zostawiona sama sobie zajęła się tym, w czym była naprawdę dobra - swoją urodą. Zadziwiające, jak wiele mamy informacji na temat jej toalet, futer, klejnotów, fryzur, figury, menu i zabiegów, pomagających zachować urodę. Zastanawiające też, że ta uroda rozkwitła dopiero po narodzinach dzieci. Tak jakby Sissi zakończyła swoje życie matki, żony i kochanki, a zaczęła następne - ikony stylu końca dziewiętnastego wieku. I na ten temat szczegółów mamy w bród. Wiemy, że wstawała o piątej, bo poranna toaleta zajmowała jej kilka godzin: wymyślne kąpiele w kozim mleku, miodzie i gorącej oliwie, maseczki z cielęciny, no i upinanie włosów, z których była szczególnie dumna, sięgających do pupy albo i do pięt (wedle różnych przekazów). Mycie tych splotów - w koniaku i żółtkach - zajmowało cały dzień. Obsesyjnie dbała, by nie przytyć i udawało jej się - przy swoich 172 cm wzrostu ważyła od 46 do 50 kilogramów. I szczyciła się 47-centymetrową talią osy, którą eksponowała na portretach. Tę figurę modelki osiągała stosując regularne głodówki i drastyczną dietę. Jej całodzienne menu stanowiło kilka szklanek mleka, wywar z mięsa i garść owoców. Codziennością była też kilkugodzinna gimnastyka i - w młodości - ośmiogodzinne konne galopady, które pod koniec życia zastąpiła długimi spacerami.

Tylko uśmiech miała nieładny. Zęby brzydkie i żółte były ponoć przedmiotem docinków ze strony arcyksiężnej Zofii. Sissi bardzo ten defekt ukrywała, pozując do fotografii - na wszystkich ma poważny wyraz twarzy i starannie zaciśnięte usta. Czyżby to właśnie z powodu tego uśmiechu, nie nadającego się do publicznej prezentacji, przeszła do historii jako smutna cesarzowa? Skłonna jestem sądzić, że tak właśnie było...
Bo prawda jest taka, że Sissi nie sprostała roli, jaką przygotował jej los - ani pod względem intelektualnym, ani emocjonalnym. Była zwyczajną, pozbawioną talentów, dość egoistyczną kobietą, z jednym atutem - ładną buzią. Miała ambicje intelektualne, ale wiersze, które pisała i uznawała za swój najcenniejszy skarb, przeczytane po jej śmierci, okazały się nic niewartym, patetycznym banałem. Wnętrze Sissi było o niebo mniej atrakcyjne niż jej powierzchowność. Ale być może właśnie to zapewniło jej sławę, tak jak wiele lat później księżnej Dianie? Bo przecież większość z nas bardzo łatwo może odnaleźć siebie w każdej z tych przeciętnych księżniczek.
---

Autor: A.D.
http://kobietyihistoria.blogspot.com/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

czwartek, 6 września 2012

Hańba generała Heinza Guderiana 1939

Hańba generała Heinza Guderiana 1939

Autorem artykułu jest Krzysztof Dmowski
 
Według najnowszych ustaleń, dokonanych przez Stowarzyszenie „Wizna 1939”,  na odcinku Wizna broniło się nie 720, a zaledwie 350 żołnierzy polskich, natomiast nacierało na nich 32 000 niemieckich żołnierzy, wspieranych przez czołgi, lotnictwo i artylerię (takimi siłami dysponował Guderian).
Heinz Guderian był dowódcą XIX Korpusu Pancernego i wspierał zajęcie odcinka „Wizna”. Dziś wiemy, że statystyki są przekłamane, a propaganda nie pozwoliła ujawniać prawdy.
Wielu ludzi doszukuje się hańby niemieckiego generała, który pominął w swoich wspomnieniach sposób zdobycia odcinka Wizna, w nieścisłości w przekazach o polskiej obronie. Niemiecki generał nie jest idolem, tylko zwyczajnym najeźdźcą i tak należy go traktować. Zapewne miał poważny powód, aby nie opisać swoich działań. Można sobie wyobrazić, w jaki sposób jego działania wpływały na propagandę i jak propaganda oddziaływała na samego Guderiana.
Stosunek wojsk, 100 Niemców na jednego Polaka, nie służył propagandzie, bo według wszelkich doniesień polska obrona nie miała sensu. Czy tak było naprawdę? Dlaczego zatem Guderian nakazał specjalnie szkolonym saperom podkładać ładunki wybuchowe pod bunkry polskich obrońców? Innego rodzaju pytaniem jest, dlaczego bito i kopano poddających się żołnierzy, a w tym rannych i nieprzytomnych? Czy dlatego, że bronili swojej ziemi, czy dlatego, że na pokonanie jednego Polaka nie wystarczało nawet stu Niemców?
Czy tylko z powodu własnej bezradności i nieprzewidywalnej siły polskich obrońców Guderian postawił kapitanowi Raginisowi ultimatum: „albo żołnierze się poddadzą, albo zabije wszystkich jeńców”?! Czy to jest postawa żołnierza? Czy taka historia jest powodem do dumy? Raczej nie. I to właśnie jest powodem postępowania Guderiana, który zwyczajnie wstydził się opisać sposób zdobycia odcinka „Wizna”.
Również liczba poległych żołnierzy niemieckich pozostaje tajemnicą. Choć można ją określić na podstawie ekshumacji zwłok, która trwała kilka miesięcy.
10 maja 1945 roku Guderian został wzięty do niewoli przez żołnierzy amerykańskiej 7 Armii. Trudno dziś mówić, dlaczego nie został skazany za zbrodnie wojenne i zarzut stawiany przez Polaków w postaci ultimatum postawionego kapitanowi Raginisowi. Podobno w swojej obronie uznał zarzut za oszczerstwo, choć my dziś dobrze wiemy, jak było naprawdę. I ta właśnie sytuacja tłumaczy pominięcie we wspomnieniach sposobu zdobycia odcinka „Wizna”. Trudno dziś mówić o tym, czy Guderian dotrzymałby słowa, gdyby kapitan Raginis nie przystał na warunek, ale z całą pewnością nie można tego wykluczać.
---

Krzysztof Dmowski
http://www.kdpowiesci.republika.pl/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Siła kawalerii 1939


Siła kawalerii 1939

Autorem artykułu jest Krzysztof Dmowski

Zadziwiające jest pytanie, dlaczego niemalże przez pół wieku z niesamowitą zaciekłością ośmieszano i zniesławiano siłę polskiej kawalerii? Nigdy zaś kawaleria nie szła z szablami na czołgi! Odwagę, patriotyzm i niezwykłe walory bojowe uznano za przejaw słabości II Rzeczpospolitej — mówi Bogusław Wołoszański.
Na porażkę kawalerii wpłynęły niewłaściwe rozkazy naczelnego dowództwa, a nie zdolności bojowe oddziału. Oczywiście, to wszystko miało swoją przyczynę, bowiem od dłuższego czasu w Polsce działali podstawieni do wielu urzędów i instytucji niemieccy żołnierze ze specjalnie szkolonej brygady i oni siali dezinformację oraz wprowadzali wielkie zamieszanie wszędzie, gdzie było to tylko możliwe. 
W ten właśnie sposób, jeszcze przed napaścią Niemiec na Polskę, obrońcy Helu zamiast amunicji otrzymywali zboże itp. Tak zorganizowane działanie wroga musiało przynieść odpowiedni efekt. A temu działaniu ulegało nawet naczelne dowództwo.
Zaletami kawalerii była mobilność. Żołnierze potrafili szybko zmieniać swoje pozycje strzeleckie i łatwo wtargnąć pomiędzy wroga, chociażby od tyłu. Samochody czy motocykle są hałaśliwe i uzależnione od dróg. Koniem można przebyć rzekę, przejechać przez miękki i podmokły teren czy przez gęsty las.
Źle funkcjonujący wywiad wpłynął znacząco na taki przebieg kampanii wrześniowej, jaki znamy z historii, gdzie właśnie zamiast potężnej i oczekującej walki z wrogiem Armii Poznań, dowodzonej przez jednego z najlepszych dowódców tego okresu, generała Tadeusza Kutrzebę, w najbardziej narażony na atak punkt obrony skierowano kawalerię jako główną armię, a nie jako wsparcie armii.
Kawaleria została uzbrojona w przeciwpancerne działa. Nowoczesne i bardzo groźne dla pojazdów działa kalibru 37 milimetrów produkowane na licencji Boforsa. Gdyby polska kawaleria posiadała ich więcej, wynik bitew, jakie toczyła, byłby zupełnie inny.
Kawaleria, uzbrojona w działa 37 mm i karabiny wz. 35 UR, potrafiła skutecznie zatrzymać każdą ilość pojazdów pancernych. Pociski działa 37 mm potrafiły zniszczyć każdy czołg używany w 1939 roku. Z tym, że tych właśnie armat było za mało.
Pozostałym uzbrojeniem kawalerii były: rkm wz. 28, ckm wz. 30, lkm wz. 08/15 i lkm wz. 08/18, granatnik wz. 1930 lub wz. 1936, moździerz kal. 81mm, armata polowa wz. 02/26 kal. 75mm, armata przeciwlotnicza wz. 36 kal. 40mm, armata przeciwpancerna wz. 36 kal. 37mm, karabin przeciwpancerny kal. 7,92 mm wz. 35 UR, samochód pancerny wz. 34 albo wz. 29, czołg rozpoznawczy TKS albo TK3, Pistolet Vis wz. 35, Karabinek wz. 1929, niemieckie i polskie Mausery wz. 1898, karabinki polskiej produkcji z bagnetem wz. 1928 i 1929 — a nie wyłącznie szable, jak głosi propaganda.
Oddział kawalerii, posiadający zaledwie 25 dział kalibru 37 mm i kilka ciężkich karabinów maszynowych, potrafił zatrzymać atak piechoty wspieranej przez sto czołgów.
Nigdy zaś w czasie kampanii wrześniowej polscy kawalerzyści nie atakowali szablami czołgów. Robili to za pomocą dział. Używając karabinów, uderzali tam, gdzie miało to sens: na uciekającą piechotę wroga, na stanowiska artylerii. Kawaleria w roku 1939 spełniła swój obowiązek.
Opracowano na podstawie „Sensacje XX wieku — Siła kawalerii”, oraz Encyklopedia Techniki Wojskowej.
---

Krzysztof Dmowski
http://www.kdpowiesci.republika.pl/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Kontratak na niemiecką stronę 02.09.1939

Kontratak na niemiecką stronę 02.09.1939

Autorem artykułu jest Krzysztof Dmowski

Drugiego września o godzinie 17.30 żołnierze 2 kompanii 55 pułku piechoty zaatakowali przejście graniczne Geiersdorf. Polski oddział wdarł się na osiem kilometrów w głąb terytorium Niemiec!
A takich wypadów tego dnia było o wiele więcej.
Ów atak miał na celu jedynie zdobycie informacji na temat umieszczenia tam armii niemieckiej. Wywiad miał na celu stwierdzenie, czy po niemieckiej stronie granicy stacjonują większe siły niemieckie.
Takie śmiałe wypady na niemiecką stronę ukazały, że Niemcy nie byli gotowi na obronę i można snuć teorię, że gdyby cała armia „Poznań”, bezczynnie oczekująca na atak Niemców, ruszyła na podbój, to niemieckie wojska musiałby zrezygnować z drogi na Warszawę i zawrócić, aby bronić swojego kraju. Inne źródła donoszą, że gdyby walki w Polsce przeciągnęły się o dwa, trzy tygodnie, Niemcom zabrakłoby amunicji. Byli w sytuacji podbramkowej i nie mogli się już wycofać.
Podobno Alistair MacLean jest autorem słów: „Jeżeli chcesz pokonać wroga, musisz być równie wredny jak on”. Niestety polscy żołnierze zawsze cechowali się godnością i honorem, bronili jedynie atakowanych terenów, a działania zaczepne na terenie wroga kończyły się jedynie na rozpoznaniu.
Można tu znowu przypuszczać, że do odwrotu sił niemieckich mógł doprowadzić jedynie atak polskiej armii na pozostawione pod słabą ochroną pozycje niemieckie. Niemcy nie byli tak honorowi jak Polacy i bestialsko atakowali z samolotów ludność cywilną, bombardowali miasta, które wcale się nie broniły.
Odpowiedź na pytanie, czy przedstawione powyżej działanie przyniosłoby oczekiwany efekt, pozostaje bez odpowiedzi. Bez odpowiedzi pozostaje również pytanie, czy Rosjanie napadliby na Polskę, gdyby Niemcy nie zaczęli wygrywać. Warto wspomnieć też o tym, że Stalin, podobnie jak Hitler, od lat przygotowywał się do podboju Europy.
Należy jednak pamiętać, że umowy międzynarodowe z Anglią i Francją nie obejmowały nic poza obroną swojego kraju. Polacy uważali, że przestrzeganie umowy politycznej stanowi gwarancję bezpieczeństwa i pomocy zaprzyjaźnionych krajów. Wtargnięcie na stronę niemiecką mogłoby zostać źle odebrane i jednocześnie stanowić odpowiednią wymówkę na brak reakcji z krajów, które wcale nie zamierzały tej umowy dopełnić. I zaczęli reagować dopiero czując własne zagrożenie.
Historia jednak nie ukrywa faktu, że król pewnego mocarstwa, o wiele wcześniej, nakazał swoim okrętom atakować każdy inny statek, który pierwszy nie pozdrowił ich banderą — nie ukłonił się.
---

Krzysztof Dmowski
http://www.kdpowiesci.republika.pl/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl