Przejdź do głównej zawartości

Prawdziwa historia okrętu podwodnego K-19

Autorem artykułu jest Karolina Hedwig

Na przestrzeni lat 1949-1991 wojna ta pochłonęła miliony ofiar niewinnych ludzi (np. w Korei, Wietnamie). Mało kto wie o historii radzieckiego okrętu podwodnego o napędzie atomowym K-19. Kreml ukrywał historię okrętu i heroicznego poświęcenia jego załogi przez prawie trzy dekady. Nie bez powodu.

Dramat K-19 nie wynikł, jak twierdziła Moskwa, z nieszczęśliwego wypadku. 
To był produkt systemu sowieckiego, za którym kryły się zaniechania i liczne błędy. Gdyby nie determinacja i bohaterstwo marynarzy K-19, doszłoby do wojny nuklearnej.
K-19 był pierwszą generacją atomowego okrętu podwodnego, wyposażonego w jądrowe rakiety balistyczne. Wśród oficerów i marynarzy zyskał nieoficjalny przydomek „Hiroshima”, a to ze względu na mnogość wypadków przy jego budowie i późniejszym użytkowaniu. Okręt w momencie wodowania tj. 30 kwietnia 1961 roku posiadał wiele usterek, które zatuszowano. Jak wiadomo ZSRR bardzo liczył się z terminem oddania okrętu do użytku nie patrząc na poważne zaniedbania. Zresztą późniejsza historia znów się powtarza w Czarnobylu. Jak widać polityka atomowa nie była mocną stroną ZSRR. Wracając do K-19…
Niestety, był to wierzchołek góry lodowej nieszczęść tego okrętu. Historia K-19 – pierwszego atomowego okrętu podwodnego rozpoczęła się w stoczni w Siewierodwińsku w 1958 roku. Już tam podczas budowy doszło do wielu wypadków śmiertelnych: sześć kobiet zatruło się od trujących oparów, dwóch robotników zginęło w pożarze, a pokrywa luku rakietowego zmiażdżyła elektryka.
Wodowanie i chrzest miały miejsce 11 października 1959 i co bardziej przesądni ten dzień wskazali jako początek ponurej serii – w czasie uroczystości butelka szampana odbiła się od kadłuba nie tłukąc się. Do czasu katastrofy okręt miał już na koncie kilka poważnych napraw.
W kwietniu 1960 r. na okręcie po raz pierwszy psuje się reaktor. Trzy miesiące później podczas ćwiczeń na głębokości 300 m puszcza uszczelka i woda zaczyna się wdzierać do jednego z przedziałów – cudem udaje się awaryjne wynurzenie. 
W kwietniu 1961 r. K-19 prawie zderza się z amerykańskim okrętem podwodnym. W czerwcu wypływa w miesięczny rejs na Atlantyk. Ma tam wziąć udział w „grze wojennej” – zagrać rolę amerykańskiej jednostki w ćwiczeniach symulujących prawdziwy konflikt. Zadanie: wypłynąć na ocean niepostrzeżenie dla sił NATO, a następnie przebić się pod lodem Cieśniną Duńską na Morze Barentsa i stamtąd odpalić w kierunku radzieckiego terytorium próbną głowicę. Wszystko przebiega zgodnie z planem – aż do awarii reaktora.
Wspomniana już awaria reaktora nastąpiła w niecałe dwa lata po wodowaniu, w lipcu 1961 roku i kosztowała życie 8 marynarzy bezpośrednio po wypadku i około 20 w kolejnych latach. Do awarii reaktora doszło podczas ćwiczeń jednostkowych u wybrzeży Stanów Zjednoczonych.  Zaczęło wyciekać chłodziwo z reaktora, czego rezultatem była gwałtownie wzrastająca temperatura reaktora. Groziło to stopieniem rdzeni, dalej wybuchem termicznym. Niestety, w wyniku pośpiechu i poważnych zaniedbań w budowie, na okręcie nie zainstalowano dodatkowego systemu chłodzenia! Powodem pośpiechu ZSRR był nuklearny wyścig zbrojeń, który rozpoczął się w głębinach w połowie lat 50. Marynarka Stanów Zjednoczonych ciągle była w nim o krok do przodu.
W wyniku takich, a nie innych następstw dowódca okrętu Nikołaj Władimirowicz Zatieyew podjął drastyczną decyzję – oficerowie mieli ręcznie naprawić system chłodzenia w reaktorze. Na okręcie były dostępne tylko kombinezony chemiczne, które i tak w żaden sposób by ich nie ochroniły. Nawet, gdyby mieli kombinezony przeciwpromienne również zostaliby śmiertelnie napromieniowani (jeden z oficerów otrzymał dawkę 5400 rem tj. 54 Sv, podczas gdy dopuszczalna dawka to 0,5 rem/rok!).
Zatem marynarze wyznaczeni do naprawy reaktora byli skazani na pewną śmierć w wyniku straszliwego napromieniowania i tak też się stało – zmarli w ciągu tygodnia. 
Reszta okrętu i marynarzy również była mocno napromieniowana. Warto tutaj przytoczyć fragment pewnej książki opisującej prawdziwe zdarzenia z tamtych lat.
W 1962 roku cały świat z trwogą śledził przebieg konfrontacji dwóch supermocarstw. Wszyscy zdawali sobie sprawę, iż na Karaibach ważą się losy ludzkości. Do niedawna natomiast mało kto wiedział, że już rok przed kryzysem kubańskim życie na naszej planecie wisiało na włosku. Koszmar o świcie 4 lipca 1961 roku przyszłość globu nie zależała jednak od polityków. Była w ręku załogi radzieckiej atomowej łodzi podwodnej K-19, którą spotkała katastrofa na północnym Atlantyku, w pobliżu bazy amerykańskiej marynarki wojennej na wyspie Jan Mayen.
Okręt odbywał rutynowy rejs szkoleniowy. K-19 miała niepostrzeżenie przedrzeć się przez duńskie cieśniny w pościgu za „przeciwnikiem” – eskadrą łodzi podwodnych o napędzie dieslowskim. Poniższy cytat ukazuje szczegółowo historię tego dramatu. Cytat znalazłam w sieci, niestety źródło jest mi nieznane (prawdopodobnie zaczerpnięte z jakiejś innej książki na ten temat).
Koszmar zaczął się o godzinie 4.07. Wachtowy z posterunku w głównej siłowni w szóstej komorze zameldował: Spada ciśnienie w reaktorze! – Zjawiłem się natychmiast w centrali – wspomina emerytowany komandor porucznik Aleksander Giersow. – Przeżyłem szok! Migały dziesiątki lamp kontrolnych, wskazówki przyrządów szalały, samopisy, rejestrujące ciśnienie w reaktorze, skakały w górę i w dół. Trudno było rozeznać się w sytuacji i podjąć jakąkolwiek decyzję… Kapitan okrętu Nikołaj Zatiejew pobiegł do szóstej komory. Ciśnienie w reaktorze spadło do zera. Zatiejew zapisał w dzienniku okrętowym: Z reaktora rufowego woda uszła niczym z przedziurawionego czajnika elektrycznego. Co w takim razie stanie się z czajnikiem? Stopi się, a potem spłonie. Taki mniej więcej los miał nas spotkać – z tą tylko różnicą, że stopieniu ulec miały uranowe elementy paliwowe. Z chwilą gdy taki uranowy pręt osiąga masę krytyczną, w sposób nieunikniony musi nastąpić eksplozja jądrowa. Stałoby się to o dwa kroki od amerykańskiej bazy(…) Stawką było nie tylko życie załogi (na pokładzie łodzi znajdowało się – w zależności od źródła danych – od 112 do 139 osób). Tragedia marynarzy mogła stać się także prologiem wojny atomowej. Trzeba było za wszelką cenę schłodzić uszkodzony reaktor. Po konsultacjach ze specjalistami kapitan K-19 podjął jedyną w tej sytuacji możliwą decyzję: z materiałów, jakie znajdują się na pokładzie, postanowiono zmontować awaryjny system chłodzenia. Ktoś jednak musiał w tym celu wejść do hermetycznej kabiny, znajdującej się nad reaktorem. W pomieszczeniu tym poziom promieniowania kilkaset razy przekraczał dopuszczalną dawkę. Skazani na śmierć O godzinie 6.07 łódź wynurzyła się na powierzchnię. Morze było spokojne, jaskrawo świeciło słońce. Załoga natychmiast musiała się skontaktować z Moskwą. Okazało się jednak, że w trakcie forsowania pól lodowych oceanu uszkodzona została antena radiowa. Tymczasem temperatura w uszkodzonym reaktorze podnosiła się w zastraszającym tempie. Wezwałem Borysa Korczyłowa, komendanta szóstej komory. Powiedział, że może pokierować pracami remontowymi – wspomina Zatiejew. – Zapytałem: „Borys, czy zdajesz sobie sprawę z tego, na co się decydujesz? Niech Bóg ma cię w swojej opiece!”. Wszyscy mieli świadomość, że ktoś musi umrzeć. Korczyłow liczył sobie ledwie dwadzieścia kilka lat, jego podwładni – bosmanmat Borys Ryżikow, starszy mat Jurij Ordoczkin, mat Jewgienij Kaszenkow, marynarze Siemion Pienkow, Nikołaj Sawkin, Walery Charitonow – jeszcze mniej. Wszyscy oni, a także kierujący montażem awaryjnego systemu chłodzenia inżynier mechanik Anatolij Kozyriew i komandor porucznik Jurij Powstafiew otrzymali śmiertelną dawkę promieniowania. Marynarze pracowali w dwu- lub trzyosobowych grupach, zmieniając się co jakiś czas. Należało odkręcić zaślepkę przewodu rurowego powietrza i na jej miejsce przyspawać inny, miedziany. Po odkręceniu zaślepki z przewodu wydobył się gorący obłok radioaktywnej pary. Rozżarzony wodór eksplodując błękitnymi niczym błyskawice języczkami ognia, oświetlał wszystko blaskiem jaskrawszym od płomieni spawarki. Przewody także otoczyła błękitna poświata – tak wysoki był poziom promieniowania. W kabinie gwałtownie podniosła się temperatura, para osiadała na okularach masek gazowych, ratownicy zdejmowali je więc i oddychali trującym powietrzem. Ekipy zmieniały się, jednak komendant komory Korczyłow niemal cały czas tkwił na swoim posterunku przy reaktorze. Kiedy Korczyłow wyszedł z kabiny – opowiada Zatiejew – i zdjął maskę przeciwgazową, jego usta pokrywała w żółta piana. Zaczął wymiotować. Wiedzieliśmy już: oni tam, na dachu reaktora, nałykali się skażonego powietrza powyżej wszelkich miar. Ci chłopcy byli już skazani na śmierć. Kapitan odesłał całą dziewiątkę do komory pierwszej, gdzie urządzono okrętowy szpital. Korczyłow miał jeszcze ostatnie życzenie: słodycze. Bardzo je lubił… Potem okazało się, że 20-letni komendant komory, w której ulokowany był reaktor, otrzymał taką dawkę promieniowania, że sam stał się jego źródłem. Mimo to okrętowy lekarz, major Kosacz, nie odstępował od łóżek chorych. Radioaktywne „błoto” rozprzestrzeniało się przez system wentylacyjny, roznosili je po pokładzie – na podeszwach butów – sami marynarze. Zatiejew rozkazał wszystkim niepełniącym służby członkom załogi przejść na górny pokład, na świeże powietrze. By zapobiec nasilaniu się promieniowania, ograniczono do minimum pracę drugiego reaktora i włączono silnik Diesla. Cmentarz ściśle tajny Mająca ograniczony zasięg uszkodzona radiostacja bez przerwy nadawała sygnał SOS, lecz nikt nie odpowiadał na wołanie o pomoc. W takich sytuacjach chwile wydają się wiecznością. Wreszcie nadszedł sygnał z jednej z uczestniczących w ćwiczeniach łodzi podwodnych o napędzie dieslowskim. Wkrótce zgłosił się także drugi „przeciwnik”. Kapitanowie łodzi, Grigorij Wasser i Żan Swierbiłow, odebrawszy sygnał SOS, na własne ryzyko, nie czekając na pozwolenie dowództwa, ruszyli na pomoc okrętowi K-19. Wreszcie udało się nawiązać łączność ze sztabem Floty Wojennej. Kapitan Zatiejew nękał Moskwę pytaniami o to, jak ratować napromieniowanych marynarzy. Po kilku godzinach centrala poradziła lakonicznie: Podawajcie im jak najwięcej jajek, świeżych owoców i naturalnych soków. Przed zmierzchem na łodzie dieslowskie przeszła niemal cała załoga K-19. Ostatni zapis Zatiejewa w dzienniku okrętowym brzmiał: Do kapitana łodzi podwodnej XY (w dzienniku utajniono nazwę dieslowskiego okrętu). Proszę krążyć w rejonie dryfu K-19. Wyrzutnię torpedową nr 4 przygotować do oddania salwy. W przypadku zbliżania się okrętów przeciwnika, storpeduję atomową łódź podwodną K-19 osobiście”. Na szczęście nie było konieczności zatopienia okrętu. Na pomoc przypłynęły okręty bojowe i statek wsparcia logistycznego Anadyr. Potem była trudna żegluga w sztormową pogodę, powrót do Leningradu, dezaktywacja, szpital, leczenie w Instytucie Biofizyki. A równocześnie – drobiazgowe śledztwo, dotyczące postępowania w krytycznej sytuacji kapitana i innych odpowiedzialnych członków załogi: przesłuchania, nocne wezwania, pisemne oświadczenia, protokoły… Już byłem przygotowany na to, że czeka mnie pasiasta piżamka na jakieś piętnaście lat. Wszystko ku temu zmierzało – opowiada kapitan Zatiejew. I wtedy niespodziewanie w kantynie, w której stołowali się podejrzani oficerowie z K-19, pojawiły się jajka, pomarańcze i naturalne soki owocowe, którymi sztab Floty polecał karmić napromieniowanych marynarzy na otwartym morzu.
Przed potępieniem i „pasiastymi piżamkami” ocalił załogę K-19 cieszący się autorytetem i zaufaniem władz profesor i członek Akademii Nauk A. Aleksandrow, który po przestudiowaniu akt, dotyczących „nadzwyczajnego wypadku” na K-19, oświadczył ówczesnemu gensekowi Nikicie Chruszczowowi, że marynarze dokonali czegoś niewiarygodnego: zapobiegli wybuchowi wojny atomowej. Losy załogi zmieniły się jak za dotknięciem magicznej różdżki. Borys Korczyłow otrzymał pośmiertnie tytuł Bohatera Związku Radzieckiego, dziś jego imię nosi jedna z ulic w Siewierodwinsku. Kapitan Nikołaj Zatiejew dostał order, a komandor porucznik Aleksandr Giersow – aparat fotograficzny marki FED… Na wszelkie informacje o tragedii władze nałożyły pieczęć „ściśle tajne”. Tajemnicą objęty został nawet cmentarz, na którym pogrzebano ofiarnych ratowników.
Po powrocie do służby, K-19 miał na koncie jeszcze dwa poważne incydenty – kolizję z U.S.S Gato na Morzu Barentsa (1969, bez ofiar) i pożar na pokładzie (1972, 28 marynarzy straciło życie). Do kolejnego pożaru w 6 komorze dochodzi ponownie w 1978 roku. W 1982 roku z powodu zwarcia elektrycznego dwaj marynarze zostają mocno poparzeni. Jeden z nich – Krawczuk umiera w szpitalu.
Późniejsze śledztwo wypadku z 1961 roku ujawniło konstrukcyjne i instalacyjne niedoróbki reaktora, które doprowadziły do awarii. Np. podczas prac w stoczni lekkomyślni spawacze nie zabezpieczyli należycie rur systemu chłodzenia – podczas spawania padały na nie krople roztopionego metalu i stąd późniejsze pęknięcia…
Wyniki dochodzenia utajniono na lata, najpewniej po to, żeby nie przestraszyć kandydatów do służby na okrętach nuklearnych. Dowódców innych okrętów atomowych również nie poinformowano, co i dlaczego stało się na pokładzie K-19. Przyczyną katastrofy ogłoszono oficjalnie nieszczęśliwy wypadek – tak, by odpowiedzialność nie spoczywała ani na stoczni, ani na twórcach reaktora…
Marynarzom z K-19 przyznano w końcu państwowe odznaczenia. Wręczający je admirał Iwan Bajkow. Komisje lekarskie, które potem badały marynarzy, zostawiły im już na zawsze skazę w aktach służby.  Wpisano do nich, że wszyscy badani cierpią na „zespół asteno-wegetatywny” (dolegliwości na tle psychicznym). W państwie, którym rządziła obsesja tajności, nie można było po prostu przyznać, że marynarzy z K-19 toczy choroba popromienna. Tymczasem w ciągu następnych dwóch lat miało z jej powodu umrzeć jeszcze 14 członków załogi. Ci, którzy przeżyli, mieli „tylko” cierpieć na mniej lub bardziej poważne dolegliwości, związane oczywiście z napromieniowaniem.
Zatiejew nigdy już nie wrócił na mostek okrętu podwodnego jako kapitan. Awansował natomiast w sztabie – został zastępcą dowódcy dywizjonu atomowych okrętów podwodnych Floty Północnej. Zmarł w 1998 r. po ciężkiej chorobie płuc. W latach 90. załoga K-19 doczekała się wreszcie pomnika – stanął na Cmentarzu Kuźmińskim w Moskwie, gdzie wśród swych poległych marynarzy spoczął również Zatiejew.
Na postawie tej tragicznej historii powstał w kinach film pt. K-19 (ang. Widowmaker). Wydaje mi się, że poza paroma holywoodzkimi sztuczkami (chodzi o wymyślony konflikt między dwoma głównymi dowódcami) film wiernie oddaje historię i hołd bohaterom, a zarazem ofiarom K-19. Swoją drogą, Harrison Ford grający jedną z głównym ról jest naprawdę podobny do prawdziwego dowódcy okrętu Zateyewa.
Źródło (poza cytatem): N. Zatiejew, S.O.S. z głębin. Wspomnienia dowódcy okrętu podwodnego, Warszawa 2000.
---

MojaPrzystań.tk
Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Komentarze

  1. Artykuł został przeniesiony na stronę http://hedwig.pl/historia-k-19/

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

"Oni zaraz przyjdą tu" - historia jednego utworu (Breakout)

Breakout – polski zespół założony w 1968 roku w Rzeszowie.
Pierwszymi członkami grupy byli: Tadeusz Nalepa (gitara, harmonijka ustna, śpiew), Mira Kubasińska (śpiew), Janusz Zieliński (gitara basowa), Krzysztof Dłutowski (organy) oraz Józef Hajdasz (perkusja).

Od samego początku zespół nie był kochany przez władze, za to uwielbiany przez publiczność.
Wspaniałe brzmienie, świetne teksty i niespotykany w siermiężnej, ludowej Polsce image, powodował, że stał się jednym z najważniejszych polskich zespołów rockowych.

W roku 1970 grupa coraz częściej była krytykowana przez media i usłużnych dziennikarzy muzycznych za muzykę pro-zachodnią i długie włosy. W końcu doprowadziło to do całkowitego zakazu emitowania utworów w radiu i telewizji.
Tymczasem, zespół zaczął regularnie koncertować w ZSRR, gdzie ze względu na brzmienie, wygląd i swoje wcześniejsze zachodnie wojaże Breakout był przyjmowany tam prawie jak amerykańska kapela.
Doszło nawet do tego, że jedna z uczelni w Charkowie zagroziła…

Judasz, za ile właściwie sprzedał Jezusa ?

No właśnie,
dzisiaj wiemy, że Judasz wydał Jezusa za nędzne 30 srebrników.
Ale ile to właściwie jest ? I co za to można było kupić w czasach Jezusa ?

Monety w Izraelu pojawiły się zaledwie około 400 lat przed Narodzeniem Jezusa. Były nazywane srebrnikami, czyli nie monetami tylko kawałkami prawdziwego srebra.

W okresie kiedy doszło do zdrady popularna była moneta wybijana w Antiochii zwana Sykl (czyli po hebrajsku sztuka) ważąca 14,2 g srebra.
Kiedy starszyzna żydowska uzgodniła z Judaszem wysokość zapłaty - 30 srebrników, jak można przeczytać w biblii z chciwości szukał tylko okazji aby wydać Jezusa.

Czy duża to była suma - to rzecz względna, 30 srebrników to wynagrodzenia za 4 miesiące pracy, kwota potrzebna aby można było nabyć niewolnika, lub, według niektórych historyków - kupić krowę.

Ta historia, ma jednak dalszą część. W 2006 roku wydano tłumaczenie odnalezionej w Egipcie koptyjskiej kopii gnostyckiego apokryfu nazwanego Ewangelią Judasza.
Według niej sam Jezus poprosił Judas…