poniedziałek, 28 stycznia 2013

Światowa premiera filmu o katastrofie smoleńskiej KATASTROFA W PRZESTWORZACH: ŚMIERĆ PREZYDENTA



Film wyświetliła stacja National Geographic Channel i zgromadził on przy odbiornikach rekordową liczbę widzów. Powyżej trailer z filmu.

'Mogiłki' - o bitwie z dnia 9 XII 1863 roku pod wsią Wola Kurybutowa

źródło: moje.radio.lublin.pl

Na stronie Radia Lublin można wysłuchać reportażu Mariusza Kamińskiego "Mogiłki".
Dotyczy on bitwy stoczonej 9 XII 1863 roku pod wsią Wola Kurybutowa, gdzie 1200 potykało się z oddziałami rosyjskimi.
Reportaż opowiada o rzekomym miejscu pochówku powstańców.

Reportaż "Mogiłki" do posłuchania tutaj 

Żytkiejmy - wspaniałe widokówki z początku XX wieku

Żytkiejmy obecnie
Żytkiejmy powstały jako wieś czynszowa przed 1554
W tym czasie figurowała w dokumentach jako Sittkeim.

Mało kto wie, że w tej obecnie słabo znanej miejscowości, leżącej na skraju państwa polskiego w latach 1935-1939 mieściła się placówka SD (Sicherheitsdienst).

Zbiór pocztówek i artykuł o Żytkiejmach

niedziela, 27 stycznia 2013

Debata Klubu Jagiellońskiego: Nowe średniowiecze

Wstęp wolny, ilość miejsc ograniczona

Organizator:
Muzeum w Gliwicach Stowarzyszenie Klub Jagielloński Debaty Klubu Jagiellońskiego: Nowe średniowiecze

2 lutego 2013, Willa Caro, godz. 16.00

Więcej

piątek, 25 stycznia 2013

Alchemik Edward Kelly

Alchemik Edward Kelly

Autorem artykułu jest Krzysztof Dmowski

Edward Kelly (źródło:Wikimedia)
Nazywano go awanturnikiem, choć pracował jako miejski pisarz, za fałszowanie dokumentów obcięto mu uszy (lub ucho), co potem ukrywał pod perukami. Doświadczenie zdobywał, terminując w aptece. Stworzył własny język i dzięki temu rozmawiał z aniołami.

Edward Kelly lub Kelley, znany także jako Edward Talbot, urodził się pierwszego sierpnia 1555 roku. Trudno jest poznać jakiekolwiek wcześniejsze fakty z jego życia, natomiast zdarzenia późniejsze przeszły do legendy.
Kelly posiadał odpowiedni motyw i charakter, aby dla pieniędzy fałszować dokumenty — przez jakiś czas przypisywano mu również autorstwo Rękopisu Wojnicza, który miał napisać, a potem sprzedać cesarzowi Rudolfowi II, w którego łaski wkupił się podstępem. Jednak badania wykazały, że Rękopis Wojnicza powstał o wiele wcześniej.
Kelly poznał Johna Dee i nie jest wyjaśnione, czy obaj mężczyźni pracowali wspólnie i razem wymyślali swoje dzieła, czy też Kelly wykorzystywał Dee. Jedna z teorii ukazuje, że obaj stworzyli język do rozmów z aniołami i wspólnie naciągali ludzi.
Po opuszczeniu Anglii Kelly podróżował po Europie i wszędzie, gdzie się pojawił, podawał się za uczonego męża. Kelly wraz z Dee przybyli do Polski na zaproszenie Olbrachta Łaskiego. Potem wędrowali po Europie, urządzając seanse spirytystyczne.
Po wspólnej wędrówce przez Europę, przebywając w gościnie u bogatego Czecha, Wilema Rožemberka, Kelly usiłował przekonać Dee, że anioły nakazały im dzielić pomiędzy sobą nawet własne żony. Tym właśnie działaniem (według historyków świadomym) doprowadził do zerwania przyjaźni z Dee, który powrócił do Anglii i nigdy więcej nie spotkał swego towarzysza.
Dopiero kiedy Kelly trafił na dwór cesarza Rudolfa II, który sponsorował badania wielu oszustów, podał się tam za alchemika. Powiedział cesarzowi, że potrafi wyrabiać złoto. Cesarz, zainteresowany opowieścią, postanowił go przetestować. Nakazał zamknąć gościa w pracowni i pilnować wejścia. Kelly zdawał sobie sprawę z tego, że jest obserwowany i udawał, że dokonuje chemicznych reakcji. Rankiem Kelly pokazał cesarzowi grudkę złota, którą przemycił do pracowni.
Z początku cesarz był zachwycony efektami pracy Kelleya, jednak z czasem zniecierpliwiły go bezskuteczne działania, długie oczekiwanie na efekty, które nie nadeszły. Wówczas zdał sobie sprawę z tego, że Kelly był zwyczajnym oszustem i umieścił go w lochu. Kelly zmarł w wieku czterdziestu dwóch lat. Są różne wersje jego śmierci. Niektórzy uważają, że Kelly przetrzymywany był w wieży i spróbował ucieczki za pomocą zbyt krótkiej liny. Po śmierci stał się przykładem alchemika szarlatana.
Współcześni kryptolodzy uważają, iż Kelly wymyślił język enochiański, który służył do rozmowy z aniołami. Znaki języka miał zanotowane na specjalnej tablicy i w ten sposób miały do niego mówić anioły. Są też sugestie, że nazwa języka pochodzi od księgi Henocha.

---

Krzysztof Dmowski
http://www.kdpowiesci.republika.pl/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

czwartek, 17 stycznia 2013

„Księga blokady” jako zbawienie duszy

„Księga blokady” jako zbawienie duszy

Olga Bugrowa
17.01.2013, 18:28
W Rosji ukazało się wznowienie słynnej „Księgi blokady”. Są to badania dokumentalne i literackie tragicznych kart drugiej wojny światowej, kiedy wojska niemiecko-faszystowskie w ciągu 900 dni utrzymywały w blokadzie Leningrad - aktualnie Petersburg.
W Rosji ukazało się wznowienie słynnej „Księgi blokady”. Są to badania dokumentalne i literackie tragicznych kart drugiej wojny światowej, kiedy wojska niemiecko-faszystowskie w ciągu 900 dni utrzymywały w blokadzie Leningrad - aktualnie Petersburg. Nowa edycja zbiega się w czasie z przypadającą w tym roku 70-tą rocznicą przerwania blokady Leningradu przez wojska radzieckie.

„Księga blokady” została sporządzona przez dwóch autorów. Jest to nieżyjący już prozaik białoruski Aleś Adamowicz, który w czasie wojny walczył w oddziałach partyzanckich na Białorusi, oraz jego wybitny kolega rosyjski Daniił Granin, który w czasie wojny walczył w jednostkach pancernych. Na przełomie lat 70-tych i 80-tych Adamowicz i Granin przeprowadzili rozmowy z ponad 200 mieszkańcami Leningradu, którzy przeżyli blokadę. Te opowiadania składają się na treść podstawową książki. Zresztą, Daniił Granin, który pochodził z Petersburga, z własnego doświadczenia wiedział, czym była okrutna blokada, która spowodowała masową zagładę ludności cywilnej. O tym i o pracy nad „Księgą blokady” pisarz opowiedział w wywiadzie dla "Głosu Rosji":
Źródło: Głos Rosji.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Włoska masoneria a złoto Jugosławii

Włoska masoneria a złoto Jugosławii

Redakcja internetowa
14.01.2013, 19:16
14 stycznia 1953 roku marszałek Tito został prezydentem Jugosławii. Jednak dotychczas wielu historyków sugeruje, że budował on socjalizm w Jugosławii na podstawie złota należącego do królewskiej dynastii Karadziordziewiciów. Wybitny działacz Międzynarodówki Komunistycznej Maurice Thorez i lider Związku Radzieckiego Józef Stalin przekazali do dyspozycji marszałka olbrzymi majątek rodem z dawnej Jugosławii. Gdy pieniądze się skończyły, Jugosławia rozpadła się na części.

Początki tajemniczej historii rezerw złota Królestwa Jugosławii sięgają wiosny 1941 roku, kiedy samoloty Luftwaffe codziennie zrzucały na Belgrad tysiące bomb lotniczych. Dla wszystkich nie ulegało wątpliwości, że już wkrótce Hitler okupuje kraj. Król Jugosławii Piotr Karadziordziewić razem ze swym nowym rządem podjął wówczas decyzję wywiezienia ze stolicy wszystkich państwowych zasobów złota najpierw do Czarnogóry, a potem do Egiptu.
Źródło: Głos Rosji.

W Dolinie Królów odnaleziono grobowiec sprzed 3000 lat

W Dolinie Królów odnaleziono grobowiec sprzed 3000 lat

Redakcja internetowa
11.01.2013, 11:43
W egipskim mieście Luxor, w Dolinie Królów, grupa włoskich archeologów odnalazła grobowce sprzed 3000 lat.
W egipskim mieście Luxor, w Dolinie Królów, grupa włoskich archeologów odnalazła grobowce sprzed 3000 lat. Odkrycia dokonano podczas pracy wykopaliskowych w miejscu, gdzie znajdowała się nie zachowany do naszych czasów grobowiec faraona Amenhotepa II, który rządził w latach 1427-1401 p.n.e.W grobowcu zostały odnalezione pozostałości drewnianych sarkofagów i ludzkich kości, a także urny – specjalne naczynia przeznaczone do przechowywania organów wewnętrznych, ozdobione wizerunkami czterech synów staroegipskiego boga Horusa.
Źródło: Głos Rosji.

środa, 9 stycznia 2013

Strach w dawnej Polsce - Zły wzrok i zdejmowanie uroków

Strach w dawnej Polsce - Zły wzrok i zdejmowanie uroków

Autorem artykułu jest Mila Kos

źródło: Wikimedia

Demony i upiory stały się reliktami w kręgu dawnych, ludowych wierzeń Polaków. Postanowiłam przypomnieć o nich, a może zaciekawić wyglądem słowiańskich czarów i wierzeń. 

   ZŁY WZROK

Jak pisałam w poprzednim artykule, czarownice jak i niektóre zwykłe osoby miały tak zwany zły wzrok. Osoba taka, patrząc na człowieka lub zwierzę, rzucała jakby urok. Ludzie oprzyroczeni (pod wpływem złego uroku) momentalnie zaczynali źle się czuć - miewali zawroty głowy, tracili orientację w terenie, pocili się. Zdarzało się nawet, że tracili przytomność. Ochroną przed złym wzrokiem dla małych dzieci miała być czerwona wstążeczka, która miała zwracać uwagę i przyciągać zły wzrok na siebie, nie na dziecko. Czar złych oczu działał również na zwierzęta, na przykład kury czy konie, jak opisuje informatorka:
  Po wizycie jednej z sąsiadek, młode kurczaki z kwoką zaczęły się dziobać. Nie zwyczajnie - aż do krwi. Gdyby sytuacja potrwała dłużej, na pewno zadziobałyby się na śmierć. Nie można było ich nijak uspokoić. Konie natomiast pociły się i nie chciały się ruszać. Niektóre aż się przewracały. Z pysków leciała im piana. Na szczęście starsi ludzie już w czasach mojego dzieciństwa uczyli, jak ściągać uroki. Po odprawieniu odpowiednich czynności, zachowanie zwierząt jak i złe samopoczucie człowieka od razu wracało do normy.
Sposoby ścigania uroków były trzy, oddzielne dla ludzi, dla zwierząt gospodarczych i dla koni. Ciekawostką jest, że jedyne zwierzę domowe, na które nie działa urok złych oczu, to koza.
Z ludzi urok ściąga się za pomocą białej chusteczki bądź noszonej skarpety lub spoconej koszuli. Na jeden z tych trzech przedmiotów należy napluć, potem splunąć na ziemię i przecierać twarz trzy razy od czoła do szyi, nie w innym kierunku. Potem tkaninę należy strząsnąć tak, jakby zrzucając z niej kurz.
Do ściągania uroku ze zwierząt gospodarczych należało użyć pomyj, w których namaczano miotłę z witek brzozy. Należało skropić pomyjami zwierzęta trzy razy.

Po skropieniu pomyjami kur, były one nie do poznania. Młode kurczęta zrobiły się bardzo mokre, szare, a ich dzioby były zakrzywione tak jak dzioby wron. Były wycieńczone i padły na ziemię. Po kilku godzinach jednak wróciły do swojej poprzedniej postaci.
            Aby zdjąć urok z koni, gospodarz musiał wyciągnąć z buta onucę – była to szmatka, którą owijało się skarpetę, aby noga nie pociła się latem, a zimą dawała ciepło. Należało zrobić z onucą tak, jak przy oprzyroczeniu człowieka, tylko na koniu. Po obrzędzie zwierzę wracało do siebie.
--- Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

ORP Piorun kontra pancernik Bismarck

ORP Piorun kontra pancernik Bismarck

Autorem artykułu jest Krzysztof Dmowski

ORP Piorun (źródło: Wikimedia)
Można powiedzieć, że atak polskiego niszczyciela na niemiecki pancernik był zupełnie pozbawiony sensu i o ten temat dziś wykłócają się internauci. Jednak to ORP Piorun pierwszy namierzył niemiecki pancernik i oddał do niego salwę, sam nie dając się trafić, a to już wielka sztuka.

Świat najwyraźniej nie chce pamiętać o polskim wkładzie w działaniach wojennych, o ile nie w celu oskarżenia Polaków za nieudaną akcję. Istnieje zapewne powód, dla którego tak się dzieje, kiedy dominujące stacje TV publikują materiał, w którym udział Polaków jest zupełnie pomijany. Niemieccy marynarze z Bismarcka twierdzą, że polskiej jednostki bojowej wcale nie widzieli, co można nazwać zupełnym lekceważeniem. Czy można nie dostrzec kogoś, kto prowadzi ostrzał i zalicza co najmniej jedno celne trafienie? Przedstawiony przeze mnie już wcześniej Hanz Guderian również nie chwalił się tym, że na pokonanie jednego obrońcy na odcinku Wizna potrzeba było 100 Niemców na jednego Polaka, dlatego też nie powinno nikogo dziwić, że niewielka jednostka, ale wielka duchem bojowym, zaatakowała tak dużą jednostkę.
Pancernik Bismarck miał przebić się na Atlantyk, żeby niszczyć statki pływające w konwojach, które zaopatrywały Anglię. Tak wielka jednostka zaopatrzona w przeszło siedemdziesiąt dział mogła zaważyć o przewadze Niemiec nad Anglią. Zatopienie Bismarcka stało się priorytetem dla floty aliantów.
Bismarck bez problemu pokonał w starciu flagowy okręt marynarki angielskiej, krążownik HMS Hood. Natomiast to zdarzenie zrodziło pragnienie zemsty i jeszcze bardziej zmobilizowało aliancką flotę.
Wśród okrętów ścigających Bismarcka w nocy 26 maja 1941, był ORP Piorun, który jako pierwszy nawiązał z nim kontakt wzrokowy. Wzajemny ostrzał trwał pomiędzy 22.37 a 23.50, Bismarck przez godzinę strzelał do statku, którego nie widział? ORP Piorun co najmniej raz trafił niemiecki pancernik, a potem musiał wycofać się wyłącznie z powodu braku paliwa.
ORP Piorun posiadał działa 120mm, co nie mogło wyrządzić Bismarckowi większych szkód. Natomiast Bismarck dysponował działami kalibru 380mm.
HMS Sheffield 26 maja 1941 podczas akcji przeciwko Bismarckowi stał się celem omyłkowego nalotu brytyjskich samolotów zrzucających torpedy, wysłanych z lotniskowca Ark Royal, lecz torpedy, które uderzyły w burty HMS Sheffield, nie wybuchły z powodu wadliwych głowic. HMS Sheffield również starł się z Bismarckiem i nie zaliczył trafienia, a odłamki pocisków z Bismarcka raniły kilku marynarzy i uszkodziły radar, po czym statek wycofał się.
Historycy twierdzą, że Niemcy pomijają „epizod” wymiany ognia z ORP Piorun, ponieważ nie został on ani razu trafiony. Informacje o podjęciu ostrzału Bismarcka przez ORP Piorun podaje  Jerzy Pertek ,,Morze w Ogniu”, na potwierdzenie umieszcza cytat z dziennika okrętowego ORP Piorun. Ten sam autor ponownie wraca do wymiany ognia przez ORP Piorun z Bismarckiem w książce „Wielkie dni małej floty”.
Dawid i Goliat?
Uzbrojenie Bismarcka składało się z 8 dział 380mm, 12 dział 150mm, 16 dział 105mm, 16 dział 37mm, 20 dział 20mm.
Uzbrojenie ORP Piorun było o wiele uboższe 6 dział 120mm, 1 działo 102mm, 4 działka 40mm, 2 działka 20mm, 5 wyrzutni torped 533mm, 6 dwóch rodzajów zrzutni bomb głębiowych.
Można zakładać, że udział Polaków często pomija się dlatego, że wielu nie potrafi uwierzyć w to, że państwo bez żadnych morskich tradycji z niczego zbudowało wielką flotę handlową. Polscy marynarze z floty handlowej, nie żołnierze, na oczach królewskiej marynarki zestrzeliwali samoloty, co nie udawało się towarzyszącym im przedstawicielom Royal Navy — czego nie ukrywa w swoich książkach Karol Olgierd Borchardt. W czasie działań wojennych osiągnięcia Polaków były chwałą, zaś po zakończeniu wojny ci sami Polacy stali się „persona non grata” (osoba niemile widziana), tylko dlatego, że okazali się lepsi w starciu z wrogiem.

Być może dane o uzbrojeniu nie są w stu procentach poprawne, bo jest problem z dotarciem do sprawdzonego źródła.
---

Krzysztof Dmowski
http://www.kdpowiesci.republika.pl/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Strach w dawnej Polsce - Czarownice

Strach w dawnej Polsce - Czarownice

Autorem artykułu jest Mila Kos

źródło: Wikimedia
Kiedyś starsi przekazywali wnukom dreszczowe opowieści, zasłyszane jeszcze od swoich dziadków. Dziś istoty demoniczne są reliktami ludowych wierzeń Polaków. Postanowiłam przypomnieć o upiorach i ich mocach, by ocalić je od zapomnienia, a może zaciekawić nimi scenarzystów polskich horrorów :)
  CZAROWNICE

Za czarownice uchodziły w szczególności kobiety powszechnie nielubiane, skąpe, nieżyczliwe, zawistne, złośliwe, wyjątkowo nietowarzyskie. Wystarczyło bliżej nieskonkretyzowane posądzenie, by do końca życia uchodzić za czarownicę. Bywało również tak, że o czary posądzano gospodynię, której krowa dawała więcej mleka niż u sąsiadek. Uważano, że czarownica to kochanka diabła i na jego mocy czyni swe czary czy rzuca uroki.

Czarownicę najłatwiej rozpoznać po zaczerwienionych, tak zwanych bystrych oczach. Działania Wiedźm szły w różnych kierunkach. Były to czary mające na celu szkodzić zwierzętom gospodarczym, by zbierać ich pożytki, tj. mleko lub jaja.
Czarownica potrafiła również wpływać na pogodę. Miała moc przyzywania nieurodzaju, ściągania deszczu czy utrzymywania suszy. Jej czary mogły ściągnąć na mieszkańców wioski plagi myszy lub robactwa. Co ciekawe, wiedźmom owe niedogodności nie szkodziły. Czarownica miała moc szkodzenia zdrowiu nielubianych osób, powodowała śmiertelne choroby, a nawet doprowadzała swe ofiary do śmierci w sposób podstępny i chytry.
Co więcej, czarownica mogła za pomocą diabelskiej magii panować nad uczuciami ludzi. Mogła skierować uczucia osoby w odpowiednim kierunku lub odebrać powodzenie w miłości. Była w stanie spowodować bezpłodność i impotencję, potrafiła też „odebrać szczęście”. Oczywiście, istniała ochrona przed urokami rzucanymi przez wiedźmy, ale o tym w kolejnym rozdziale.
Czarownice posługiwały się ziołami. Robienie naparów, suszy, palenie odpowiednich mieszanek ziół, miły być niezawodne w czarach, które dotyczyły uczuć i zdrowia innych. Każde, najbardziej pospolite zioła, zebrane i ususzone w odpowiednim czasie, miały właściwości magiczne. Tak na przykład zwykła bazylia ma energię męską. Używana była w rytuałach przyciągających dobrobyt. Rozsypanie jej wokół ukochanego zapewnia jego wierność. Jako kadzidło palona jest dla oczyszczania przestrzeni przed rytuałem, dla ochrony przed nieproszonymi energiami i istotami. Inny przykład to lebiodka, która posiada energię męską, dlatego często dodawano ją do napojów miłosnych i używano w rytuałach miłosnych. Zwykła lawenda noszona w sakiewce miała przyciągać mężczyzn, a kadzidło z niej zrobione pobudzało zdolność jasnowidzenia i gwarantowało duchowy rozwój.
Bylica estragon miała odstraszać węże. Inny przykład to piołun. Używany w kadzidłach wspomagających wróżenie i jasnowidzenie. Używany był w rytuałach inicjacji i w testach na odwagę i wytrzymałość. Ma powinowactwo ze światem zmarłych, podawany umierającym umożliwia im odejście i odnalezienie spokoju. Znosi trujące działanie szczwołu plamistego (cykuty) oraz muchomora czerwonego. Każde z ziół ma swoją magiczną energię, dlatego tak często wykorzystywane były przez czarownice.
Sama nazwa „wiedźma” etymologicznie mówi „ta, która ma wiedzę”. Ludzie bali się tej tajemnej wiedzy, dlatego unikali czarownic jak ognia.
Czarownica mogła przekazać swoją moc jedynie wnuczce, nigdy córce, a więc co drugie pokolenie. Jedna z informatorek tak opisuje rytuał:
 Kiedy byłam małą dziewczynką, przyszła do mnie koleżanka, bardzo płakała. Zapytałam, co się stało. Ta zaczęła opowiadać, że dostała pierwszy okres i bardzo się przestraszyła (kiedyś nie rozmawiano o takich sprawach z rodzicami) a że nie miała matki, poszła pożalić się i zapytać babci, co się z nią dzieje. Babcia natomiast, zamiast wytłumaczyć jej, że to normalne, uderzyła ją trzy razy otwartą dłonią w twarz tak mocno, że dziewczyna aż przewróciła się. Nie wiedząc, o co chodzi, zapłakana przybiegła wyżalić się koleżance. Po latach, ta sama kobieta, wspominając ze mną całą sytuację, wyznała, że tylko w ten sposób babcia mogła przekazać jej coś w rodzaju umiejętności, które towarzyszą jej do teraz, jednak więcej na ten temat nie chciała mówić.

--- Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Strach w dawnej Polsce - Utopce

Strach w dawnej Polsce - Utopce

Autorem artykułu jest Mila Kos


Utopiec (źródło: encyklopediafantastyki.pl)
Wiara w istoty demoniczne zaniknęła już prawie zupełnie. Dziś są one reliktami ludowych wierzeń Polaków. Postanowiłam przybliżyć ich sylwetki i moce, by ochronić upiory polskie od zapomnienia i zaciekawić nimi scenarzystów polskich horrorów :)

 UTOPCE
Utopce — były to demony wodne, zamieszkujące otchłanie rzek. Były wyjątkowo złe i złośliwe. Starały się topić kąpiących ludzi, wciągać osoby zbliżające się do brzegu rzeki, a ich ofiary stawały się na nowo utopcami. Topielcem stawały się osoby, które popełniły samobójstwo właśnie przez skoczenie do wody.  Utopce atakowały szczególnie w określonych porach – zabronione były kąpiele w rzece w niedzielę do południa – kiedy to w kościele odprawiało się nabożeństwo, a także przed 24 czerwca (przed nocą świętojańską), gdyż wtedy dopiero woda stawała się poświęcona i mniej groźna. Nie wolno też było kąpać się przed burzą ani zaraz po niej, gdyż moc topielców w tym czasie gwałtownie powiększała się.
Utopce zachowywały wygląd człowieka w momencie jego śmierci, jednak na skutek ciągłego przebywania w rzece ociekały one wodą, a we włosy miały wplecione wodorosty. Utopcem w wierzeniach ludzi był najczęściej mężczyzna, prawie nagi, o sinym, a nawet zielonym zabarwieniu ciała i nieproporcjonalnie małej głowie. Mogły także przybierać postacie zwierząt – szczególnie szczurów wodnych.
            Topielec atakujący ludzi w wodzie posiadał nieograniczoną siłę, do tego stopnia, że był w stanie utopić nawet duże zwierzę – jak krowę czy konia – a topienie człowieka było dla niego błahostką. Obrona przed topielcem w wodzie była prawie niemożliwa. Mogła ona jedynie rozwścieczyć wodnego upiora tak, że ratujących go ludzi również wciągał w wodne wiry.  
            Pytając informatorów o te wodne demony, jeden z nich opowiedział mi taką historię:
            Za wsią płynie rzeka Prosna. Ja i mój brat, jako młodzi chłopcy poszliśmy nad nią po trawę na łąkę. Był późny, letni wieczór, jednak nie było aż tak ciemno, by nic nie widzieć. W pewnym momencie usłyszeliśmy plusk wody w rzece, jakby kąpiących się ludzi. Jednak, zważając na późną porę, było to niemożliwe. Postanowiliśmy pójść to sprawdzić. Podeszliśmy do brzegu rzeki. Coś z niej wyszło. Z sylwetki jakby dorosły mężczyzna, ociekający wodą, jednak głowę miał małego dziecka. Kiedy spostrzegł, że obserwujemy go, rozpędził się i wskoczył na powrót do rzeki. Woda rozlała się nawet po brzegach w ten sposób, jakby coś o wielkim ciężarze wpadło do niej. Staliśmy jeszcze przez chwilę, obserwując wodę. Nic z niej nie wyszło. Na środku pojawił się tylko wir. Przerażeni wróciliśmy do domu. Opowiedzieliśmy o całej sytuacji rodzicom, zaś oni powiedzieli nam, że widzieliśmy utopca. Niejeden już widział go w godzinach nocnych na kamieniu przy rzece. Podobno jeszcze przed wojną młody chłopak, zdradzony przez dziewczynę, popełnił tam samobójstwo. Przywiązując do szyi kamień, rzucił się do wody. Od tamtego czasu w wodzie zginęło wiele młodych panien, jeszcze nie mężatek, a pierwszą z nich okazała się być dziewczyna, która go zdradziła. Utopiła się w rzece trzy dni przed swoim ślubem. Okoliczni mieszkańcy powiadali, że to właśnie ten chłopak mścił się za krzywdę, jakiej doznał za życia, nie potrafiąc zaznać spokoju duszy.
             Obroną przed topielcem miało być jedynie przeżegnanie się przed wejściem do wody. Chronić miał również krzyżyk zawieszony na szyi.
---

Artykuł pochodzi z serwisu
www.Artelis.pl

czwartek, 3 stycznia 2013

Krwawa komedia i saskie delicje

Krwawa komedia i saskie delicje

Autorem artykułu jest clivie
Aleksander Mienszykow (źródło:Wikimedia)

„Przyjemnie było patrzeć, jak regularnie walczono z obydwu stron i oglądać nad wyraz miły widok: całe pole bitwy usłane martwymi ciałami” .
Tak napisał o bitwie pod Kaliszem dowódca wojsk rosyjskich, książę Mienszykow w raporcie dla cara Piotra I.
Dzisiaj łatwo jest stanąć przed tłumem i obrzucić przeciwnika politycznego epitetami "zdrajcy" czy "kolaboranta". Łatwo uznać siebie samego za "prawdziwego" Polaka-patriotę, a niewygodnego konkurenta do władzy nazwać sprzedawczykiem - sługusem obcych mocarstw.
Dziś takie wystąpienia nie grożą utratą życia, zdrowia ani nawet majątku. Bywały jednak czasy, gdy Polacy stawali na przeciw siebie z bronią i walczyli ze sobą bez skrupułów, na śmierć i życie.
Kto w czasach saskich był "patriotą", kto "zdrajcą", to i dzisiaj stwierdzić trudno.
29 października 1706 roku na polach pomiędzy Kościelną Wsią a Dobrzecem (dziś jest to dzielnica Kalisza) odbyła się jedna z największych bitew  tzw. III wojny północnej, w której o hegemonię we wschodniej Europie Szwecja walczyła z koalicją sasko-rosyjsko-duńską. Po stronie Szwecji stanęła część polskiej magnaterii, niezadowolona w rządów króla z saskiej dynastii Wettin. Po stronie saskiej - regularne polskie wojska. O bitwie czytamy w czasopiśmie "Przyjaciel Ludu" z 1835 roku:
"Roku 1706 w miesiącu Październiku, stał się Kalisz historycznie sławnym, przez bitwę, która w jego okolicach, to jest na lewym brzegu Prosny, między wsiami Biskupice i Kościelna Wieś, zaszła. Ta bitwa, w której wyższość sił Augustowi II zwycięztwo nad Szwedami zapewniła, to miała szczególnego, że ją zwycięzca mimowolnie staczał. Bo już był wszedł w układy z Karolem XII, już był się zgodził na uciążliwe warunki, i podpisany przez siebie traktat już przy sobie nosił: kiedy zniewolony przytomnością wojska rossyjskiego, i w obawie, by tajemne jego negocyacye nie były Menżykowowi [Mienszykowowi] zdradzone, musiał, acz niechętnie, jeszcze raz rozpocząć kroki nieprzyjacielskie; za co później od króla Szwedzkiego jeszcze twardszymi warunkami został obarczony".
Dziwna była ta podkaliska bitwa. Tak naprawdę nie powinno do niej dojść, bo miesiąc wcześniej śmiertelni wrogowie zawarli układ pokojowy. Król szwedzki Karol XII narzucił Augustowi II - królowi Saksonii i Polski - upokarzający traktat, w którym August - w zamian za pokój w Saksonii - zrzekł się polskiego tronu i zgodził wypłacić odszkodowania wojenne. W październiku 1706 powinien już więc Wettin bawić się na swoim dworze w Dreźnie, dopieszczać liczne kochanki i cieszyć, że Szwedzi rabują w tym czasie inne kraje. Tyle, że o tajnym pokoju nie wiedzieli nic sojusznicy:
Rosjanie i Polacy pozostający w służbie (jak im się wydawało) legalnego króla. Dla własnego bezpieczeństwa August wolał tej nowiny nie upowszechniać i stoczyć bitwę z prawie 3-krotnie słabszym liczebnie przeciwnikiem.
Dalej "Przyjaciel Ludu" tak opisuje przebieg walki:
"Szwedzi pod dowództwem generała Mardenfeldta, zasłonieni bagniskami, samem miastem i wozami, stali za pagórkiem: prawem ich skrzydłem dowodził Potocki, wojewoda Kijowski, lewem Xiążę Sapieha, a środkiem Mardenfeldt. Z drugiej strony sam król August II dowodził lewem skrzydłem, prawem xiążę Mężyków [Mienszykow], a środkiem generał Brand. Bitwa zaczęła się o 3-ciej godzinie po południu z taką natarczywością, że lewe skrzydło Szwedzkie wkrótce przełamane poszło w rozsypkę, chroniąc się do obwarowanego wozami obozu: reszta atoli Szwedów broniła się walecznie aż do godziny 6-tej. Król (August II) sam kilka razy uderzał na czele swej kawaleryi: lecz zawsze ze stratą cofać się musiał, ponieważ piechota Szwedzka stała jak mur i celnie strzelała. Szwedzi przypisują przegraną zmienności wojsk polskich, z nimi połączonych, a które w czasie bitwy do Augusta przeszły: a tak zostało się tylko na placu 4000 Szwedów, którzy przeciwko poczwórnej sile, aż do ciemnej nocy mężnie sie bronili, nieraz nawet ze stratą nieprzyjaciela, i kilka dział mu zabrali; atoli w ciemności zbyt daleko zapuściwszy się, podzieleni na małe oddziały, od przeważnej liczby nieprzyjaciół otoczeni, poddać się musieli. Znaczną zatem ponieśli klęskę. Sam Mardenfeldt, półkownicy Muller i Horn z wielu officerami dostali się w niewolą; artylerya, chorągwie, i wszystkie bagaże zdobyte. Miasto samo wiele wtedy ucierpiało: część znaczna Kalisza wraz z kościołem św. Mikołaja spłonęła."
O kaliskiej "bitwie narodów" pisał też w swoich pamiętnikach Krzysztof Zawisza - wojewoda miński:
"August 29 października atakował Mardefelta pod Kaliszem, zuchwale cały dzień i całą noc w szyku czekającego. Miał August Moskwy z Mężykowem  16000: wszystko jazdy, Sasów 6000, koronnego wojska z dywizyą Szmigielskiego i Rybińskiego 10000, Kozaków i Kałmuków 6000. Razem 38000. Z Mardefeltem generałem szwedzkim było 4000 szwedów, koronnej milicyi 6000, Litewskiej 3000. Razem 13000.  Długo się bili i w ciągłym ogniu trwali. Wreszcie przemogła liczba. Jazda tak szwedzka jako polska uszła. Piechoty na placu legły. Generała wzięto, także przy nim pułkowników: Horna, Marszalla, Millera i innych; wojewodę kijowskiego Potockiego wzięto, który mógłby się schronić, ale żony i dzieci które były w Kaliszu odstępować i porzucić nie chciał. A tak zwycięztwo pierwsze przy Auguście. Saskie duchy podnieśli głowy."
Bitwa była też to dziwna z innego powodu. Przez kilka popołudniowych godzin modercze walki toczyło w pobliżu Kalisza ok. 50000 ludzi, prawdopodobnie ok. 5000 zginęło, miasto Kalisz zostało złupione i częściowo spalone, ale pamięć o tym fakcie jakby gdzieś przepadła w mrokach dziejów. Dopiero kilka lat temu zaczęto interesować się przebiegiem i skutkami bitwy oraz badać teren pobojowiska. Okazało się, że kopiec, w którym pochowano zabitych, był od dawna rozgrzebywany przez poszukiwaczy skarbów i podorywany przez rolników, a szczątki poległych roznoszone po polach przez psy...
Korzyść z tej bitwy odnieśli tylko zwycięscy żołdacy: sascy, kozaccy, kałmuccy i ... polscy, którym przypadły w udziale łupy znalezione w szwedzkich i polskich taborach, w mieście oraz zabrane pokonanym: zarówno tym poległym, jak i żywym...
Pobitewną grabież opisał (za rzekomo naocznym świadkiem) Józef Kraszewski w "Dziejach Polski za Sasów"
"Bezbożnie obchodzili się Sasi z Polakami obdzierając ich - pisze współczesny świadek. Panu Łosiowi, sędziemu lwowskiemu, rotmistrzowi pancernej chorągwi, obnażywszy go do koszuli, gdy sygnetu kosztownego z palca dać im nie chciał, czy też nie mógł, a saski żołnierz do owej obdzierania bezbożnej dramy komenderowany, postrzegł u niego ów sygnet, chciał mu go z palcem urżnąć i już go bagnetem ciął, gdyby Łoś na jenerała Brandta nie zawołał o salwowanie...a jednak sygnet musiał dać."
XIX-wieczny historyk Kazimierz Jarachowski poświęca na opis kaliskiej "bitwy narodów" kilka stron swej pracy "Z czasów saskich spraw wewnętrznych, polityki i wojny". Nazywa to tragiczne wydarzenie "krwawą komedią" z uwagi na dwulicowe postępowanie Augusta II, który wcześniej zrezygnował z polskiego tronu wzamian za wolność Saksonii od Szwedów.
Przez cały miesiąc odgrywa król wobec najwierniejszych, najoddańszych sobie Polaków, jak prymasa Szembeka, jak brata jego podkanclerzego, oburzającej hipokryzyi komedyj. "Wolę Saxonię stracić, niźli korony odstąpić; wolałbym gdybym miał przyjść do tego nieszczęścia w jednym kącie polskim, niźli w saskich umierać delicyach — otóż słowa, jakie z ust Augustowych słyszeli jego stronnicy przez miesiąc po bitwie Kaliskiej w Warszawie. „W wilią św. Andrzeja" zakommunikował podkanclerzemu Szembekowi, iż „jego ludzie coś pomimo jego woli w Saxonii zrobili" i że dla tego nazajutrz do Saxonii wyjeżdża. Wyjechał też istotnie; w kilka dni później przeniknęła tajemnica Altranstadtu ku ogólnemu zgorszeniu do Polski...."
No właśnie, a Polska? Po tej augustowej farsie, zwróciła się znów w stronę anty-króla Leszczyńskiego i jego szwedzkiego chlebodawcy. Zupełnie niepotrzebnie, bo niespełna 3 lata po kaliskiej "bitwie narodów" potęga militarna Karola XII zostanie rozbita w pył przez Rosjan. Na tron polski wróci elektor saski. Jak w takiej politycznej kołomyji można było zachować przyzwoitość, jak rozumieć interes Rzeczypospolitej, która od dziesięcioleci pogrążała się w chaosie i rozłaziła się jak stare prześcieradło...? Kto Polak, kto wróg, kto przyjaciel? Od Sasa do Lasa...
Autorzy obelisku stojącego przed cmentarzem komunalnym w Kaliszu, chcąc upamiętnić bitwę, nie wdawali się w szczegóły. Przyznali historyczną rację Polakom stojącym po stronie króla saskiego. Na tablicy nawet nie wspomniano o tym, że wojska koronne były tylko wsparciem dla Rosjan i Niemców, ani że po stronie Szwedów również walczyli nasi rodacy. Przecież nie mniej patriotyczni i nie mniej bohaterscy...
Czyj dziadek był w Wermachcie, kto wycierał parkiety Petersburga i Moskwy, gdzie stało ZOMO? "Polska to jest dziwna kraj" - mawiał Zulu Gula.
---

Więcej na: http://to-ci-historia.blog.pl/

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl