środa, 28 sierpnia 2013

Słynni polscy kierowcy - Jan Ripper

13 lipca 1903 roku, 110 lat temu, w Krakowie urodził się Jan Ripper – jeden z najlepszych polskich kierowców okresu międzywojennego.

Jan Ripper pochodził z rodziny o automobilowych tradycjach, gdyż jego ojciec Wilhelm był jednym z pionierów sportu samochodowego na ziemiach polskich. 18-letni Ripper junior, zwany powszechnie przez swoich kibiców „Jasiem”, rozpoczął karierę od startów w wyścigach motocyklowych. W 1926 r. przesiadł się z dwóch na cztery kółka. Samochodowym debiutem był wyścig pod Lwowem, a pojazdem, jakiego wówczas dosiadał, była Tatra.
W sezonie 1927 Tatra zastąpiona została przez sportową Lancię Lambdę. W tym też czasie przyszły pierwsze sukcesy: trzecie miejsce w Rajdzie Automobilklubu Polski, drugie miejsce w klasie sportowej do 3000 cm3 podczas wyścigu lwowskiego, zwycięstwo w Górskim Rajdzie Samochodowym rozgrywanym na trasie Kraków – Nowy Sącz – Kraków. Start w rozgrywanym wówczas po raz pierwszy Tatrzańskim Wyścigu Górskim przyniósł mu czwarte miejsce w „generalce” i drugie w klasie.
Sezon 1928 Wilhelm i Jan Ripperowie rozpoczęli wspólnym udziałem w Rajdzie Monte Carlo. Start ten jednak zakończył się niepowodzeniem. Z powodu kłopotów technicznych z samochodem załoga Krakowskiego Klubu Automobilowego przekroczyła dopuszczalny limit spóźnień. Sukcesem za to zakończył się start Jana Rippera w wyścigu górskim na Kocierzy. Zwycięstwo w kategorii sportowej i trzecie miejsce w klasyfikacji generalnej było już ostatnim liczącym się wynikiem osiągniętym za kierownicą Lancii. Od następnego startu, a był nim rozgrywany po raz drugi Wyścig Tatrzański, Ripper zaczął używać wymarzonego Bugatti T37A, które udało się zdobyć dzięki sporej pomocy finansowej ze strony licznych kibiców i przyjaciół. Tatrzański Wyścig Górski był wówczas jedną z rund Mistrzostw Polski w Jeździe Automobilowej. Nie było w tym czasie, tak jak obecnie, odrębnych mistrzostw w poszczególnych dyscyplinach sportu samochodowego. Ówczesne Mistrzostwa Polski składały się zarówno z rajdów jak i wyścigów płaskich oraz górskich. Debiut Rippera za kierownicą Bugatti zakończył się jego niespodziewanym zwycięstwem, a w pokonanym polu został główny faworyt Wyścigu Tatrzańskiego, jak i całych mistrzostw - Henryk Liefeld startujący Austro-Daimlerem. Rok ten przyniósł Ripperowi także dwa sukcesy międzynarodowe. Oba osiągnięte w wyścigach górskich. Były nimi drugie miejsce w zawodach Ecce Homo w czechosłowackim Sternberku oraz trzecia pozycja w węgierskim Schwabenbergu. W tym ostatnim polski kierowca wygrał także klasę do 1500 cm3. Te sukcesy zaczęły mu przynosić szczególne uznanie jako specjalisty od wyścigów górskich.
Opinię tę potwierdził Ripper w kolejnym sezonie wygrywając dwa najważniejsze krajowe wyścigi górskie: wyścig na Krzyżowej i Wyścig Tatrzański. Obie te imprezy były rundami Mistrzostw Polski. Jednak, jak już wspominałem, aby marzyć o tytule mistrzowskim trzeba było być dobrym nie tylko na górskich trasach. Oprócz nich do mistrzostw zaliczane były dwa wyścigi płaskie: łódzki i lwowski (w obu Ripper był drugi), oraz Międzynarodowy Rajd AP, w którym wystartował wyjątkowo Tatrą i w którym zajął dopiero 12. miejsce. W sumie jednak dwa zwycięstwa i dwa drugie miejsca wystarczyły, aby zapewnić Janowi Ripperowi tytuł Mistrza Polski na sezon 1929.
W roku 1930 utworzono „Elitę Polskich Jeźdźców Automobilowych” – organizację zrzeszającą najlepszych polskich kierowców. Aby znaleźć się w tym gronie należało spełnić ściśle określone warunki. W gronie siedmiu pierwszych członków Elity znalazł się też Jan Ripper. Sezon zaś krakowski kierowca rozpoczął zimowym startem w wyścigu na śnieżno-lodowym torze w Zakopanem. Trasa wykorzystywała część zakopiańskiego stadionu, a jej obwód miał ok. 900 m długości. Ripper uzyskał tam najlepszy czas zawodów. Kolejnym potwierdzeniem pozycji Rippera jako mistrza jazdy górskiej, było zwycięstwo w wyścigu pod Ojcowem oraz drugie miejsce w Wyścigu Tatrzańskim. Obie te imprezy zaliczano do Mistrzostw Polski, a Wyścig Tatrzański był także, po raz pierwszy, eliminacją Górskich Mistrzostw Europy. Jedynym, który w tych zawodach zdołał pokonać Rippera, był słynny Hans Stuck. Gorsze wyniki w pozostałych rundach krajowego czempionatu (7. miejsce w wyścigu łódzkim i nieukończenie Rajdu AP) spowodowały jednak, że obrońca tytułu mistrzowskiego sklasyfikowany został tym razem dopiero na trzeciej pozycji. Trzecim miejscem skończył się także udział w rozgrywanym po raz pierwszy wyścigu ulicznym o Nagrodę Miasta Lwowa.
W sezonie 1931 Bugatti Rippera zaczęło już wykazywać objawy wyeksploatowania i coraz częściej ulegało różnym usterkom. Coraz trudniej też było o dobre miejsca. Kolejna edycja Wyścigu Tatrzańskiego zakończyła się dopiero szóstą pozycją w kategorii wyścigowej. Zwycięzcą tych zawodów został wówczas wielki Rudolf Caracciola. Zwycięstwo w tzw. Rajdzie Pętlicowym odniósł Ripper za kierownicą samochodu Praga Oświęcim, a pierwsze miejsce w wyścigu płaskim w Jastrzębiej Górze zdobył jadąc Tatrą. W Grand Prix Lwowa wystartował natomiast Bugatti pożyczonym od Edwarda Zawidowskiego. Niestety, start ten zakończył się wypadkiem i nieukończeniem zawodów.
W okresie tym coraz bardziej zaczął dawać się we znaki kryzys gospodarczy, który boleśnie odbił się na polskim sporcie samochodowym. Odwoływano kolejne zawody. W roku 1931 odbyły się tylko dwie rundy Mistrzostw Polski, w związku z czym nie przyznano nikomu tytułu mistrzowskiego. Mistrzostwa te nie zostały już nigdy reaktywowane. W 1931 po raz ostatni odbył się Wyścig Tatrzański, a w 1933 – Grand Prix Lwowa. W latach 1931-36 nie organizowano także Rajdu AP. Sytuacja ta zmusiła wszystkich naszych zawodników, w tym także Rippera, do znacznego ograniczenia ilości startów. Jednocześnie coraz bardziej już leciwe Bugatti z coraz większym trudem podejmowało walkę z nowszymi samochodami. Do niezbyt licznych sukcesów w tym okresie należały: zwycięstwo w zimowym wyścigu w Zakopanem w 1932, czwarte (i drugie w klasie 1500) miejsce w GP Lwowa 1932 i największy sukces – zwycięstwo w renomowanym wyścigu górskim Semmering w Austrii, w klasie 1500.
Począwszy od roku 1937 sytuacja w kraju zaczęła się poprawiać, coraz wyraźniejsze było ożywienie gospodarcze i tym samym atmosfera do rozgrywania zawodów samochodowych była coraz lepsza. Ripper w wyścigach górskich nadal jeszcze startował swoją „Bugattką”, zajmując m. in. dwukrotnie drugie miejsce w wyścigu pod Ojcowem w latach 1937 i 1938, za każdym razem przegrywając z Czechem Bruno Sojką. W rajdach jednak używał już samochodów innych marek. Wiele sukcesów w krajowych zawodach odniósł jeżdżąc Polskim Fiatem, zwyciężył nim m. in. w klasie I w Rajdzie AP 1938. W 1939 roku startował także Lancią Aprilią i nadal miał apetyt na sukcesy. Niestety, wybuch wojny zniweczył te plany i przerwał jego karierę.
Po wojnie nadal startował w zawodach, lecz coraz trudniej było mu rywalizować z najlepszymi, a i samochody, którymi startował, nie były godne jego talentu. Poza tym czasy te nie były zbyt sprzyjające dla rozwoju sportu samochodowego.
W roku 1947 startował znów na Bugatti, o którym jeden ze sprawozdawców napisał, że był to „wóz zebrany z kawałków”. Tym właśnie pojazdem wywalczył czwarte miejsce w klasie w Międzynarodowym Rajdzie AP – pierwszym po reaktywacji imprezy. Tą „Bugattką” startował Ripper w różnego rodzaj rajdach i wyścigach jeszcze w roku 1952.
W 1957 startował w wyścigach SAM-em z silnikiem Lancii o pojemności 1492 cm3 skonstruowanym przez Rudolfa Wrocławskiego w Automobilklubie Śląskim, który specjalizował się wówczas w tego typu konstrukcjach i gdzie Ripperowi powierzono kierowanie ośrodkiem przygotowującym te „bolidy”. W pierwszej eliminacji WSMP w Warszawie niestrudzony „Jaś” prowadził zdecydowanie wyścig do momentu, gdy awaria i pożar maszyny pozbawiły go szans na sukces. Podczas drugiej eliminacji w Gdyni Ripper i jego SAM-Lancia zgłoszeni byli w dwóch klasach: do i powyżej 1600 cm3. W tej pierwszej ponownie usterka pozbawia go prowadzenia i spycha na trzecie miejsce. W drugiej urwany korbowód zmusza do wycofania się z walki. Po tych niepowodzeniach Ripper nie pokazał się już więcej na torze wyścigowym, a Automobilklub Śląski zerwał z nim współpracę.
Startował jeszcze nadal sporadycznie w innych imprezach zadziwiając często swym kunsztem jazdy. Tak było na przykład w 1962 roku, kiedy to na pożyczonym, przestarzałym już BMW 328 zajął piąte miejsce w wyścigu górskim w Ojcowie oraz w 1976 roku, kiedy to wygrał Rajd Żubrów na Polskim Fiacie 125p. Wyczyn ten powtórzył rok później, kiedy to pilotował go jego syn – Jan Ripper junior. Miał wówczas 74 lata!
Jan Ripper na BMW 328 podczas wyścigu w Ojcowie w 1962 r.
Na zdjęciu: Jan Ripper na BMW 328 podczas wyścigu w Ojcowie w 1962 r.
W latach powojennych Ripper przeprowadził się do Zakopanego, gdzie prowadził warsztat samochodowy. Zmarł 24 maja 1987 roku. Pochowany został na Nowym Cmentarzu w Zakopanem.
Warto dziś, w czasach Kubicy i Hołowczyca, pamiętać także nazwiska tych, którzy tworzyli historię polskiego sportu samochodowego na początku ubiegłego wieku. Jan Ripper był wśród nich jednym z najwybitniejszych.

Artelis.pl serwis z artykułami do przedruku.

czwartek, 15 sierpnia 2013

Dlaczego dominikanie pojawili się w Polsce?

W 1220 roku w Rzymie, doszło do spotkania biskupa krakowskiego Iwo Odrowąża, ze św. Dominikiem Guzmanem. Uwagę twórcy Zakonu Kaznodziejskiego przykuło dwóch duchownych, którzy towarzyszyli polskiemu hierarsze. Byli to św. Jacek Odrowąż i bł. Czesław. Niebawem młodzieńcy zostali uczniami Dominika, aby po kilku latach przenieść idee dominikańską nad Wisłę, a później także na Ruś i nad Wełtawę.

Na przełomie XII i XIII wieku wygasać zaczął konflikt pomiędzy papiestwem i cesarstwem o dominację nad światem chrześcijańskim. Choć wydawało się, że Kościół wyszedł z tego sporu zwycięsko, to problemy wewnątrz jego struktury nie pozwalały na poczucie pełnego tryumfu. W Europie co pewien czas rodziły się nowe grupy heretyckie, które zwracały uwagę na nadmierne zeświecczenie Kościoła i szukały form religijności, które miały być odpowiedzią na mniej lub bardziej słuszne zarzuty wobec duchowieństwa katolickiego. Choć papiestwo starało się zwalczać te wspólnoty z pełną bezwzględnością, nie oznaczało to, że nie dostrzega problemów przez nie podnoszonych, zwłaszcza, że w życiu Kościoła pojawiły się postacie, które nie kwestionując autorytetu papieża, często zgadzały się z krytycznymi diagnozami. Wśród nich zwłaszcza dwie wprowadziły działalność Kościoła rzymskiego na zupełnie nowe tory.

Duch reform

W roku 1208, wstrząśnięty słowami Ewangelii nawołującymi do ubogiego życia, swoją misję
Św. Dominik Guzman
rozpoczął św. Franciszek z Asyżu. Kilka lat wcześniej, po podróży po ogarniętym rewoltą katarską terenie południowej Francji, w głowie hiszpańskiego prezbitera Dominika Guzmana, narodziła się idea stworzenia wspólnoty zakonnej, której głównym działaniem miałoby być głoszenie Słowa Bożego i jego zgłębianie. O ile pierwszy z wymienionych świętych zwracał uwagę na nadmierne bogactwo Kościoła, które czynić miało z niego strukturę głęboko świecką i oddalać od celów dla których został powołany, o tyle drugi dostrzegał słabość intelektualną duchowieństwa.
Uważał to zresztą za główną przyczynę atrakcyjności grup heretyckich, które zazwyczaj doskonale znały Pismo i łatwo porywały tłumy efektownym kaznodziejstwem. Tych dwóch miało wkrótce zrewolucjonizować Kościół dając mu dwie wspólnoty – franciszkańską i dominikańską – które do dziś dnia kształtują świadomość religijną wielu milionów katolików. Dante Alighieri pisał po latach:


Dwóch wojowników, co czynem i słowy
Skupili znowu lud zbłąkany z drogi.
Franciszek z Dominikiem spotkali się podobno raz, w 1215 roku w czasie Soboru Laterańskiego IV. Legenda mówi, że wymienić się mieli prezentami. Dominik otrzymać miał od Franciszka sznur od habitu, Franciszek zaś od Dominika różaniec. Mityczna przyjaźń pomiędzy zakonnikami podkreślana jest we współczesnej tradycji głoszenia przez franciszkanów kazań w kościołach dominikańskich w dniu św. Dominika, ojców Zakonu Kaznodziejskiego w kościołach franciszkańskich we wspomnienie św. Franciszka. W momencie spotkania Franciszek miał już swoją wspólnotę zakonną, której reguła zatwierdzona została w 1209 roku. Dominik czekał zaś na decyzję Rzymu, który choć jego działalność wspierał, to wobec oporów ze strony biskupów diecezjalnych wstrzymywał decyzję o powołaniu nowego zakonu.

Świeży powiew znad Wisły

 
Św. Dominik w czasie modlitwy

 Być może świadkami tego spotkania byli także polscy biskupi, którzy przybyli na wspomniany sobór. Z Polski na spotkanie wzgórzu laterańskim wyruszyła szeroka delegacja na czele z arcybiskupem gnieźnieńskim Henrykiem Kietliczem i biskupem krakowskim mistrzem Wincentym zwanym Kadłubkiem. Kadłubkowi towarzyszył kanclerz księcia Leszka Białego, Iwo Odrowąż. Rodzimy episkopat reprezentowały więc postacie nietuzinkowe, wpisujące się w reformatorski model jaki Kościołowi narzucał papież Innocenty III. Szczególnie silne związki łączyły biskupa Rzymu z prymasem Polski. Nikt nie krył poparcia jakie papież udzielał Kietliczowi w sporach z książętami piastowskimi i w walce o niezależność Kościoła. Arcybiskup odwdzięczał się papieżowi konsekwentnym wprowadzaniem radykalnych jak na tamte czasy reform – wprowadzeniem celibatu dla niższego i wyższego duchowieństwa, niezależnym od władzy świeckiej wyborem biskupów przez kapituły, czy wyjęciem duchownych spod władzy świeckiej. Za czasów Kietlicza episkopat uzurpował sobie również prawo do bycia swoistym spoiwem łączącym polskie ziemie trawione rozbiciem dzielnicowym. W związku z tym rosła rola władzy duchownej, co także wpisywało się w nurt reprezentowany przez Innocentego III. Linia Kietlicza wiązała się z procesem zbliżania się polskiego episkopatu do Stolicy Apostolskiej, czego konsekwencją były nie tylko reformy wewnątrzkościelne, ale przede wszystkim poparcie dla polityki prowadzonej przez Rzym.
Prawdopodobnie z inicjatywy Kietlicza, biskupem krakowskim został mistrz Wincenty zwany Kadłubkiem. Wielki polski duchowny i historyk, wyróżniał się na tle ówczesnej polskiej elity wykształceniem i ogładą. Zamiłowanie do pióra, łączył z pasją przekazywania wiedzy i rozpowszechnianiem zachodnich wzorców kulturowych, tak bardzo widocznych w jego twórczości i historiografii. Z pewnością za jego pośrednictwem dochodziły do Polski wiadomości o przemianach w myśleniu o Kościele i jego misji, a zwłaszcza o coraz silniejszej modzie na życie zakonne uchodzące za źródło odrodzenia duchowego. Sam Wincenty pod koniec życia przeniósł się zresztą do klasztoru cysterskiego w Jędrzejowie, uciekając od świata pełnego intryg i fałszu. Tymi fascynacjami mistrz Wincenty zarażał swoich uczniów i współpracowników. Wśród nich znalazł się także Iwo Odrowąż, kanclerz Leszka Białego, który choć nie nosił tytułu magistra, nie ustępował zapewne Wincentemu szeroką wiedzą i kulturą umysłową. Jego skuteczność działalność dyplomatyczna, prowadzona zarówno w imieniu księcia krakowskiego, jak i polskiego Kościoła, świadczyć może o głębokich wpływach Iwa w zachodnioeuropejskich kręgach kościelnych i politycznych. Znajomości te mógł zdobyć jeszcze w czasie podróży edukacyjnej, w czasie której odwiedził Rzym, Vicenzę i Paryż, uchodzące w tym okresie nie tylko za stolice nauki, ale także główne ośrodki nowoczesnej myśli religijnej. Historycy piszą o Iwie, jako o osobie znanej ze stanowczości. Podejmował decyzje konkretne i bez zbędnej zwłoki. Różniło go to niewątpliwie od delikatnego i raczej refleksyjnego charakteru mistrza Wincentego.
Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy polska delegacja miała szansę spotkać się osobiście ze św. Dominikiem i Franciszkiem. Z pewnością była ku temu szansa. Pośrednikiem w takim spotkaniu mógł być kard. Hugolin z Segni (późniejszy papież Grzegorz IX), bliski znajomy Iwa Odrowąża, a także przyjaciel i protektor zarówno Franciszka jak i Dominika. Być może to on przedstawił Polakom tych dwóch „rewolucjonistów”, którzy trzęśli posadami Kościoła.
Jeśli jednak Polacy nie spotkali w Rzymie osobiście św. Dominika i św. Franciszka, to na pewno musieli słyszeć o ich działalności. Duch reform był już silny, a problem walki z herezjami i naprawy Kościoła należały do głównych zadań spotkania biskupów. Siłą rzeczy nurty myślowe reprezentowane przez Guzmana i „Biedaczynę z Asyżu” pojawiały się w dyskusjach soborowych, zwłaszcza, że pokaźna część obrad dotyczyła powstawania nowych zakonów, w tym projektu św. Dominika. Być może już wtedy pomysł ten zaciekawił Iwo Odrowąża, o czym świadczyć będą mogły przyszłe wydarzenia.

Marzenie Iwa Odrowąża

W rok po zakończeniu Soboru zmarł papież Innocenty III. Jego następcą został kard. Camerario, który przyjął imię Honoriusz. Zmiana na tronie piotrowym nie zakłóciła jednak starań Dominika o zatwierdzenie Zakonu Kaznodziejskiego. Pewnym problemem był uchwalony na Soborze zakaz tworzenia nowych reguł zakonnych. Św. Dominik postanowił więc stworzyć nową rodzinę zakonną wokół istniejącej już Reguły św. Augustyna. 22 grudnia 1216 roku papież Honoriusz III zatwierdził zakon dominikański, a dwa lata później, w specjalnej bulli rozesłanej do biskupów świata, zachęcał do jego wspierania.
 
Pieczęć Iwo Odrowąża

Papieskie błogosławieństwo dla wspólnoty św. Dominika nie było jednak niezbędne, aby jej idee spodobały się nad Wisłą. Już w 1216 o powstaniu zakonu dowiedział się zapewne Iwo Odrowąż, który wraz z polską delegacją, udał się do Rzymu, aby złożyć akt posłuszeństwa i wierności nowemu następcy św. Piotra. Prosto z Rzymu Iwo wyruszył do Francji, po drodze widząc jak dominikańska rodzina rozwija się i kwitnie. Być może wtedy narodziła się w jego głowie myśl, aby braci kaznodziei sprowadzić na polskie ziemie. Fascynacja intelektualnym rytem nowego zakonu, który ponad wszystko stawiał głoszenie Ewangelii, była u Iwa aż nadto wyraźna. Nie można się temu dziwić. Charyzmat dominikański musiał być szalenie bliski atmosferze panującej w środowisku duchowieństwa krakowskiego, kierowanemu przez mistrza Wincentego.
Czas Kadłubka na biskupim tronie jednak mijał. Zmęczony pełnieniem powierzonej mu godności, w 1217 roku złożył rezygnację i udał się do cysterskiego klasztoru w Jędrzejowie gdzie zmarł w 1223. Naturalnym następcą Wincentego stał się Iwo Odrowąż. Dla kanclerza Leszka Białego objęcie administracji diecezją krakowską było nie tylko wyróżnieniem, ale także dawało szerokie możliwości realizacji wizji Kościoła, jaka narodziła się w jego głowie w czasie rozlicznych podróży. Jej sednem było wprowadzanie do polskiej rzeczywistości zachodnich idei i pomysłów reformatorskich. Sprowadzenie Zakonu Kaznodziejskiego było jednym z elementów, które zdaniem Iwa przybliżał lokalną wspólnotę do zachodniego ideału.
Na kolejny wyjazd do Rzymu nowy biskup krakowski nie musiał długo czekać. W marcu 1219 roku zmarł arcybiskup gnieźnieński Henryk Kietlicz. Iwo stał się bardzo poważnym kandydatem do objęcia godności prymasowskiej. Jego kandydatura cieszyła się szczególnym poparciem Stolicy Apostolskiej. Duchowny znany w Rzymie ze swojego szerokiego wykształcenia, zaznajomiony z rzymskimi elitami i gorąco wspierający obóz reformatorski wydawał się być idealny do objęcia sterów w polskim Kościele. Inaczej patrzył na to Iwo, dla którego archidiecezja gnieźnieńska była obca zarówno pod kątem duszpasterskim jak i politycznym. Dużo pewniej czuł się w środowisku krakowskim, gdzie cieszył się niekłamanym autorytetem. W Gnieźnie spodziewał się problemów z porozumieniem z konfliktowym Władysławem Laskonogim i braku przychylności wielkopolskiego możnowładztwa. Nie były to obawy nieuzasadnione. Dlatego też Odrowąż nie zwlekał. Postanowił wyjechać do Rzymu, aby tam osobiście błagać papieża o pozostawienie go w Krakowie.

Cud i powołanie

Nad Tybrem Iwo Odrowąż pojawił się najpewniej na początku roku 1220. Pierwsze kroki skierował do wspomnianego już kard. Hugolina. Obok sprawy potencjalnego objęcia arcybiskupstwa gnieźnieńskiego, wyjawił przyjacielowi jeszcze jedno pragnienie: chęć sprowadzenia do Krakowa Zakonu Kaznodziejskiego. W tym samym czasie w Rzymie przebywał św. Dominik. Była to doskonała okazja, aby poprosić go o rozszerzenie misji na tereny Europy Środkowo-Wschodniej.
Do spotkania doszło w Środę Popielcową, podczas przejmowania przez zgromadzenie żeńskie zakonu dominikanów klasztoru wraz z kościołem św. Sykstusa. Iwo udał się na to spotkanie wraz z dwoma towarzyszącymi mu młodzieńcami – Jackiem i Czesławem. Pierwszy był kanonikiem kapituły krakowskiej, drugi kanonikiem i kustoszem kolegiaty sandomierskiej. Obydwoje związani byli z biskupem krakowskim więzami rodzinnymi, pochodząc ze znanego na Śląsku rodu Odrowążów. Być może dzięki poparciu Iwa, zdobyli doskonałe wykształcenie studiując we Włoszech i Francji. Niebawem mieli być przez swego krewniaka postawieni przed zupełnie nowym wyzwaniem.

 
Św. Jacek Odrowąż

  Jak mówi legenda w czasie uroczystej Mszy w kościele św. Sykstusa odprawianej przez św. Dominika – której świadkami była delegacja na czele z Iwem – Guzman dokonać miał niezwykłego cudu – wskrzeszenia nastoletniego chłopca, który zmarł w wyniku upadku z konia. Jak pisze lektor Stanisław – twórca żywota św. Jacka – czyn ten tak zachwycić miał towarzyszy Iwa Odrowąża, że natychmiast zapragnęli przystąpić do braci kaznodziejów. Choć cudownego powołania nie można wykluczyć, to równie bliska może być nieco bardziej przyziemna interpretacja. Prawdopodobnie biskup krakowski zabrał ze sobą Jacka i Czesława, aby włączyć ich do grona uczniów św. Dominika, a następnie za ich pośrednictwem sprowadzić dominikanów na polskie ziemie. Zgadzało się to zresztą z wizją samego Guzmana, który na tereny misyjne wysłał ludzi dobrze znających lokalne obyczaje i język. Domniemywać można, że założyciel zakonu osobiście poprosił Iwa o duchownych, których mógłby przygotować do roli wędrownych kaznodziejów. Jacek i Czesław nadawali się do tego doskonale. Świetnie wykształceni, związani z bogatym rodem możnowładczym i mający kontakty w Małopolsce i na Śląsku idealnie mogli wywiązać się z misji krzewienia idei dominikańskiej w krajach słowiańskich. Marzenia biskupa krakowskiego współgrały zresztą z pragnieniami św. Dominika. Nie ukrywał on, że rozszerzenie misji dominikańskiej na tereny graniczące z pogańskimi Prusami, Litwą, czy prawosławną Rusią, było dopełnieniem celów dla jakich powstawał zakon i znacznym poszerzeniem jego działalności. Dla Polaków była to szansa przeszczepienia nad Wisłę jednej z najbardziej nowatorskich inicjatyw w Kościele, a tym samym podkreślenie swojego poparcia dla reform laterańskich i przemian po okresie walki o „Dominium Mundi”. Nie można też wykluczyć, że chęć sprowadzenia dominikanów wynikała także z chęci podkreślenia związków z Rzymem i miała charakter nie tylko religijny, ale polityczny.
Czesław i Jacek prawdopodobnie zostali obłóczeni jeszcze w 1220, albo na początku 1221 roku. Najpewniej odbyli studia na półrocznym nowicjacie, a następnie udali się do klasztoru św. Mikołaja w Bolonii, gdzie pogłębiali swoją wiedzę i uczyli się dominikańskiego życia. Nie przebywali tam jednak długo. Już pod koniec 1221 roku, albo na początku 1222, Czesław wraz z Jackiem ruszyli do Polski, aby tam rozpocząć swoją misję. Nad Wisłę powrócił tylko Jacek. Czesław zatrzymał się w Pradze, gdzie z poparciem miejscowego biskupa Andrzeja zaczął tworzyć wspólnotę braci kaznodziejów.
1 listopada 1222 roku Jacek, wraz ze skromnym orszakiem, dotarł do bram Krakowa. Jak zostanie zanotowane w Katalogu biskupów krakowskich:
Przyjął ich tenże Iwo, z wielkim szacunkiem i radością i pomieścił we własnej kurii biskupiej, poczem dał im i ich zakonowi kościół drewniany św. Trójcy.
Tak rozpoczęła się historia Zakonu Kaznodziejskiego na polskich ziemiach. Niebawem „psy pańskie” zawędrują znad Wisły na Pomorze, Ruś, Litwę, a także do Czech i na Węgry. Pod koniec XIII wieku na ziemiach polskich ufundowane zostaną aż 33 klasztory dominikańskie. Iwo Odrowąż, po śmierci w 1229 roku, pochowany zostanie w kościele św. Trójcy i przez długi czas czczony przez mieszkańców Krakowa jako błogosławiony (pomimo braku formalnej beatyfikacji). Błogosławionym zostanie Czesław Odrowąż, a jego kult rozwijać się będzie głównie na terenie Śląska i Czech. Do grona świętych włączony zaś zostanie Jacek. 400 lat po jego śmierci Bernini umieści jego kamienną figurę na kolumnadzie okalającej Plac św. Piotra w Rzymie. Św. Jacek włączony zostanie tym samym do grona 140 największych świętych Kościoła.

Wybrana bibliografia:

  • Marian Kanior OSB, Jacek. Święty dominikanin, Oficyna Artystyczna Astraia, Kraków 2007;
  • Jerzy Kłoczowski, Polska Prowincja Dominikańska w średniowieczu i Rzeczpospolitej Obojga (Wielu) Narodów. Studia nad historią dominikanów w Polsce, t. V, W drodze, Poznań 2008;
  • Tenże, Św. Jacek, [w:] Hagiografia polska, red. R. Gustaw, Poznań 1971, s. 432-448;
  • Tenże, Bł. Czesław, [w:] Hagiografia polska, red. R. Gustaw, Poznań 1971, s. 282-287;
  • Jacek Woroniecki OP, Św. Jacek Odrowąż i sprowadzenie Zakonu Kaznodziejskiego do Polski, Wydawnictwo Esprit, Kraków-Katowice 2007;
  • Marie-Henri Vicaire OP, Dominik i jego bracia kaznodzieje, W drodze, Poznań 1985;
  • Zofia Kozłowska, Założenie klasztoru OO. Dominikanów w Krakowie, „Rocznik krakowski”, t. XX, Kraków 1926;
  • Święty Jacek Odrowąż. Studia i źródła, red. Maciej Zdanek, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2007.

Sebastian Adamkiewicz:
Członek redakcji portalu „Histmag.org”, magister historii, doktorant w Katedrze Historii Nowożytnej na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Łódzkiego. Zajmuje się badaniem dziejów staropolskiego parlamentaryzmu oraz kultury i życia elit politycznych w XVI wieku. Interesuje się również zagadnieniami związanymi z dydaktyką historii, miejscem „przeszłości” w życiu społecznym, kulturze i polityce oraz dziejami propagandy. Miłośnik literatury faktu, podróży i dobrego dominikańskiego kaznodziejstwa.
[ więcej o autorze ]

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.
UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod zdjęciami, lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org
 
 
 

Naziści odchodzą wprost do piekła

Naziści odchodzą wprost do piekła

Nikita Sorokin
14.08.2013, 20:43
Na początku tygodnia zbrodniarz nazistowski László Csizsik-Csatáry spokojnie skonał w setnym roku życia w Budapeszcie.
Na początku tygodnia zbrodniarz nazistowski László Csizsik-Csatáry spokojnie skonał w setnym roku życia w Budapeszcie. Dosłownie w tymże dniu Centrum Simona Wiesenthala, które zajmuje się poszukiwaniami byłych oprawców faszystowskich, wpisał na swoją czarną listę nazwisko Michaiła Gorszkowa, sędziwego, lecz nadal żyjącego mieszkańca Estonii. Ani ten pierwszy, ani drugi nie ponieśli odpowiedniej kary za popełnione przez nich nieludzko okrutne zbrodnie, dzięki nader wyrywkowemu podejściu ze strony zachodniego wymiaru sprawiedliwości do spraw sprawiedliwości historycznej. 

László Csizsik-Csatáry i Michaił Gorszkow należą do dość obszernego grona byłych nazistów, którzy potrafili aż do późnej starości unikać kary. Większość z nich znalazła komfortowy i przytulny azyl w Europie, która, jak wiadomo, poniosła wielkie straty w trakcie II wojny światowej, rozpętanej przez Niemcy faszystowskie w 1939 roku.
Źródło: Głos Rosji.

środa, 14 sierpnia 2013

Muzułmański atak w Londynie - Max Kolonko

Wiem, że jest to blog o historii, jednak ta historia zdarzyła się naprawdę.
Barbarzyńca (bo inaczej nie można nazwać tego człowieka?) najpierw odcina głowę żołnierzowi i z krwią na rękach, z nożem w ręku udziela wywiadu do kamery!
Warto posłuchać komentarza Maxa Kolonko

sobota, 3 sierpnia 2013

Walki nad jeziorem Chasan. Preludium II wojny światowej

W Azji Wschodniej II wojna światowa zaczęła się najpóźniej w 1937 r. Jednym z jej etapów były mało znane walki nad jeziorem Chasan, podczas których w lecie 1938 r. Armia Czerwona zmierzyła się japońską Armią Kwantuńską. Nie pozostały one bez znaczenia dla przebiegu całego globalnego konfliktu.
 
Komodor Matthew Perry (fot. Mathew Brady, domena publiczna)
Na początku XVII wieku Japonia zdecydowała się na świadomą izolację od świata, uznając ją za najlepszy sposób na zachowanie swojej subcywilizacji. Japończycy byli w tym tak konsekwentni, że nie mieli nawet dyplomatycznych stosunków z Chinami, jednakże w połowie XIX wieku nacisk mocarstw zachodnich sprawił, że utrzymanie tej polityki stało się niemożliwe. W 1854 roku amerykański komandor Perry zmusił Japonię do podpisania traktatu zawierającego m.in. zgodę na otwarcie dla handlu dwóch japońskich portów, utworzenie amerykańskiego konsulatu i automatycznego rozciągnięcia na USA wszelkich przywilejów, które byłyby przyznane w umowach innym państwom.
Wkrótce potem inne mocarstwa Zachodu, Anglia, Francja i Rosja, wymogły na Japonii podpisanie podobnych niekorzystnych traktatów. Japonii zaczął grozić los Chin, upokarzanych i zmuszanych systematycznie do zawierania coraz bardziej nierównoprawnych umów. Żeby tego uniknąć, Japończycy zdecydowali się na dokonanie przyspieszonych radykalnych reform, dzięki którym zupełności odmienili swoje państwo. Ten proces, rozpoczęty w 1868 roku przez obalenie szogunatu rodu Tokugawa, został nazwany epoką Meiji (Oświecenie). Nie tylko uchronił Japonię przed stoczeniem się do roli kraju podporządkowanego, ale uczynił ją na tyle silną, że zaczęła wypowiadać uprzednio zawarte traktaty. Wkrótce też poczuła się na tyle potężna, że zdecydowała się na ekspansję wzorem mocarstw europejskich.

Ćwierć wieku po rozpoczęciu reform Japończycy dokonali inwazji w Korei, narzucili tam projapoński rząd, a następnie zaatakowali osłabione Chiny i bez większego trudu pokonali tego kolosa w wojnie (1894–1895). Faktycznym celem ataku było jednak opanowanie Korei, kraju podporządkowanego dotychczas Chinom. Oba państwa walczyły o półwysep już w VII, a następnie w XVI wieku, kiedy to słynny japoński wódz Toyotomi Hideyoshi dokonał inwazji i zajął Seul oraz Pjongjang. W Kraju Wschodzącego Słońca uważano, że nie można dopuścić, aby ktokolwiek inny zdominował Koreę, ponieważ byłby to jak sztylet wymierzony w serce Japonii. Poza tym kontrola nad tym krajem była niezmiernie potrzebna ze względu na konieczny dla Japonii import surowców.
W traktacie z Shimonoseki (1895) Japonia uzyskała od Chin Tajwan, Peskadory oraz półwysep Liaotung (z Portem Artura), jednakże nacisk Rosji, Niemiec i Francji zmusił ją do rezygnacji z tej ostatniej zdobyczy. Potwierdzono niepodległość Korei.
Japońska wersja traktatu z Shimonoseki (fot. World Imaging, na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported)

Rosja wkracza do gry

Losy Rosji w ostatnich dziesięcioleciach były podobne do losów Japonii. W tym samym czasie, kiedy amerykański komandor Percy zmusił Japonię do otwarcia granic, Rosja doznała upokarzającej porażki w wojnie krymskiej (1853–1856) i również zdecydowała się na reformy. Nie były one jednak tak głębokie, jak w Kraju Kwitnącej Wiśni, a poza tym w lach 90. nie tylko zostały wstrzymane ale wręcz cofnięte (kontrreformy Aleksandra III). Niemniej Rosja zaczęła nadrabiać swoje ekonomiczne zacofanie i szukać nowych pól do ekspansji. W 1896 roku Rosjanie uzyskali od władz chińskich zgodę na budowę przez Mandżurię kolei wschodniochińskiej, która miała być przedłużeniem kolei transsyberyjskiej, a następnie udało im się wydzierżawić na 25 lat półwysep Liaotung wraz z Portem Artura, gdzie skoncentrowano rosyjską flotę. W międzyczasie Chiny i Rosja podpisały traktat przeciwjapoński.
Rosja kontynuowała dalej swoją ekspansję, wprowadzając swoje wojska do Mandżurii, a także do Korei, gdzie uprzednio uzyskała koncesje gospodarcze. Ta polityka natrafiła na zdecydowany opór Japonii. Dla Tokio usadowienie się Rosjan w Mandżurii było trudne do zniesienia, a ich wejście do Korei stanowiło już wyzwanie. Japończycy zaproponowali podział stref wpływu: sami kontrolować mieli Koreę, a swoim rywalom oddawali Mandżurię. W Petersburgu zlekceważono wschodzące mocarstwo i odrzucono ten układ. W efekcie Japonia zdecydowała się na rozwiązanie militarne.
W lutym 1904 roku Japończycy niespodziewanie zaatakowali flotę rosyjską w Porcie Artura. Trwająca ponad rok wojna była pasmem rosyjskich klęsk na lądzie i morzu. Zawarty w Portsmouth traktat pokojowy (zachodnie mocarstwa znowu zmusiły Japonię do ograniczenia apetytu na zdobycze terytorialne) umocnił pozycję cesarstwa. Rosja zrzekła się m.in. Portu Artura, oddała Japonii południowy Sachalin i wycofała się z południowej Mandżurii. Pośrednim skutkiem tej wojny było narzucenie Korei protektoratu, a po kilku latach włączenie jej do Japonii (1910).
Ekspansja Japońska na przełomie XIX i XX wieku. Najciemniejszym kolorem zaznaczono Cesarstwo Mandżukuo (rys. Emok, na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported)

Japonia i Związek Sowiecki

W czasie I wojny światowej Japonia opowiedziała się po stronie aliantów i zagarnęła posiadłości Niemiec na Pacyfiku. W latach 1918–1922 wmieszała się w wewnętrzne sprawy Rosji, wraz z innymi interwentami okupując rosyjski Daleki Wschód. Szereg sukcesów umocnił w te siły, które domagały się dalszej ekspansji. W 1931 roku Japończycy zdecydowali się ponownie zaatakować Chiny i oderwać od nich niezmiernie bogatą w surowce Mandżurię. Tak jak w poprzedniej wojnie bez trudu pobili chińskie armie i zepchnęli je aż pod Pekin. Na terenach Mandżurii utworzyli zupełnie marionetkowe państwo Mandżukuo, najpierw jako republikę, a potem jako cesarstwo. Sama Mandżuria miała stać się kolonią zasiedlaną przez Japończyków: zamierzano przesiedlić tam co najmniej kilkanaście milionów mieszkańców Nipponu. Aneksja Mandżurii, stała w sprzeczności z interesami Związku Sowieckiego, który jako spadkobierca Rosji posiadał tam swoje wpływy.
Relacje japońsko-sowieckie znacznie się pogorszyły, kiedy Japończycy rozpoczęli w 1937 roku nową wojnę z Chinami, atakując tym razem samo serce Kraju Smoka. Zdobyli Szanghaj oraz Nankin i posuwali się dalej w głąb kontynentu. Ta wojna, którą Japończycy prowadzili z okrucieństwem budzącym grozę nawet w Azji Wschodniej, gdzie konflikty zazwyczaj były brutalne, stanowiła coraz większe zagrożenie nie tylko dla interesów, ale i terytoriów Związku Sowieckiego. W żaden sposób nie życzył on sobie istnienia w tym rejonie świata niezmiernie silnego i bezwzględnego przeciwnika.

 
Patrol sowieckich pograniczników w rejonie jeziora Chasan, 1938 rok (fot. Wiktor Antonowicz Tiomin, domena publiczna) 

Konflikt między oboma państwami zaczął narastać, choć początkowo nie wykraczał poza graniczne incydenty. Wynikały one głównie z tego, że granica w wielu miejscach nie była dokładnie wytyczona ani oznaczona, a mapy sporządzone w przeszłości przez oba państwa różniły się nieraz bardzo wyraźnie. Jednym z głośniejszych wydarzeń było zatopienie sowieckiej kanonierki na rzece Amur w 1937 roku. Jednak do starcia nie doprowadziły nie incydenty graniczne, ale znacznie poważniejsze powody. Były to:
  1. Japońskie plany utworzenia nowego organizmu państwowego obejmującego nie tylko Mandżurię, ale też część północnych Chin pomiędzy Wielkim Murem a Pekinem, Mongolię Wewnętrzną, gdzie Japończycy utworzyli marionetkowe mongolskie państewko, oraz tzw. Mongolię Zewnętrzną, czyli Republikę Mongolską pozostającą pod dominacją Związku Sowieckiego.
  2. Istnienie na terenach okupowanych przez Japonię komunistycznej partyzantki, zarówno nielicznej koreańskiej, jak i znacznie silniejszej chińskiej.
  3. Dostarczanie przez Związek Sowiecki sprzętu wojskowego nie tylko chińskim komunistom, ale także rządowi chińskiemu zdominowanemu przez Kuomintang.
  4. Olbrzymia ideologiczna nienawiść do komunistycznego Związku Sowieckiego ze strony militarystycznej i faszyzującej elity rządzącej Japonią.
  5. Wysiedlenie do Kazachstanu i Uzbekistanu w ramach stalinowskich czystek całej populacji emigrantów koreańskich, którzy mieszkali po sowieckiej stronie Amuru w liczbie 172 tys. Ci Koreańczycy byli w japońskim mniemaniu poddanymi cesarza Japonii.

Sowiecka prowokacja

 
Radzieccy żołnierze ustawiają flagę na wzgórzu Zaoziernaja (fot. Wiktor Antonowicz Tiomin, domena publiczna)

W lipcu 1938 roku jeden z granicznych incydentów przerodził się w poważniejsze starcia. 9 lipca wojska sowieckie zajęły wzgórze zwane Zaoziernaja, położone na zachód od jeziora Chasan. Znajduje się ono w rejonie, gdzie zbiegają się granice obecnych Chin, Korei Północnej i Rosji, w Kraju Nadmorskim, stosunkowo niedaleko od wybrzeża Morza Japońskiego. Samo miejsce konfliktu wybrano chyba nieprzypadkowo, licząc na wywołanie większego zamieszania.
Sporny obszar leżały pomiędzy jeziorem Chasan a przepływającą na zachód od niego rzeką Tiumeń. Na zachód od jeziora rozciągało się terytorium sowieckie, a na wschód od rzeki koreańskie (od 1910 roku japońskie). Między nimi znajdował się długi i wąski klin należący do cesarstwa Mandżukuo. Zajęcie wzgórza Zaoziernaja przez Sowietów naruszyło terytorium Mandżukuo, bo nawet najbardziej korzystna dla Sowietów mapa graniczna, sporządzona w 1886 roku, przyznawała im zaledwie wschodnie zbocze wzgórza. Mapa sporządzona przez Biuro Kartograficzne Armii Chińskiej w latach 1910–1915 była dla ZSRS mniej korzystna, a wykonana przez rosyjski sztab generalny wręcz oddawała jezioro Chasan Chinom.
Propozycję zajęcia wzgórza złożył jeden z nowo mianowanych dowódców, płk. Grebiennik, a po kilku dniach rozkaz taki wydał sam Michaił Frinowski, szef GUGB czyli sowieckiej bezpieki, zapewne po konsultacji z Moskwą.
Nawiasem mówiąc, w Polsce bardzo często wymienia się organizacje sowieckiej bezpieki w kolejności: Czeka, GPU, OGPU, NKWD i KGB. Nie jest to całkiem prawidłowe. W 1934 r. OGPU zostało zlikwidowane i na jego miejscu powołano GUGB (Gławnoje Uprawlenie Gosudarstwiennoj Bezopastnosti) czyli Główny Zarząd Bezpieczeństwa Państwowego. Nowość polegała na tym, że o ile poprzednie organizacje: Czeka, GPU i OGPU były organizacjami samodzielnymi z własnym komisarzem (ministrem), to GUBG zostało włączone do NKWD, czyli wg obecnego nazewnictwa stało się jednym z departamentów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Wybiegając w przyszłość, można powiedzieć, że w 1941 roku GUGB wyłączono na parę miesięcy z NKWD, potem ponownie do niego włączono, żeby w 1943 roku ponownie je wyłączyć pod nazwą NKGB, które istniało do 1946 r. Cały sowiecki terror w Polsce w latach 1944–1946, który jest znany jako terror NKWD, tak naprawdę był dziełem NKGB.

Anatomia prowokacji

 
Michaił Frinowski (fot. domena publiczna)

Pojawienie się samego szefa bezpieki na Dalekim Wschodzie nie było przypadkowe i oznaczało, że sprawa ma wymiar polityczny. Impulsem do przybycia Frinowskiego była dezercja i ucieczka do Japonii (13 czerwca 1938) nie byle jakiej postaci, bo komisarza bezpieczeństwa państwowego trzeciej rangi Gienricha Liuszkowa, szefa NKWD Kraju Dalekowschodniego. Liuszkow, dysponujący niemal nieograniczoną wiedzą na temat Armii Czerwonej na podległym mu terenie, przekazał Japończykom dane, o których mieli dotąd jedynie mgliste pojęcie. Wraz z Frinowskim i jego oprawcami nad Amurem zjawiła się druga komisja specjalna pod wodzą zaufanego człowieka Stalina, Lwa Mechlisa, szefa Zarządu Politycznego Armii Czerwonej.
Zadaniem przybyłych było m.in. doprowadzenie do końca czystki w Armii Czerwonej, która trwała już od roku. Jej ukoronowaniem miało być aresztowanie najważniejszej postaci wśród tamtejszych sowieckich dowódców, marszałka Wasilija Bluchera. Czystka ta miała formę straszliwej rzezi, w trakcie, której zamordowano w Sowietach ok. 85% najwyższej kadry dowódczej, począwszy od stopnia marszałka aż do dowódców korpusów, wliczając w to również komisarzy armii i korpusów. Stracono też ok. 70% pozostałej wyższej kadry dowódczej (dowódców i komisarzy dywizji i brygad oraz pułkowników). Zgładzono także ok. 40 tys. niższych stopniem oficerów. Czystki dotknęły również sowieckich sił zbrojnych na Dalekim Wschodzie, tzw. OKWDA (Osobnaja Krasnoznamionnaja Dalniewostocznaja Armija), w tym 110 ze 137 wyższych oficerów. Łącznie od stycznia 1937 do sierpnia 1938 roku zwolniono tam z wojska 4702 oficerów, z czego 1122 aresztowano.
Drugim celem Frinowskiego było rozpoczęcie lokalnych walk z Japończykami. Nie wiadomo dokładnie, jaki cel stawiał sobie Stalin. Obok pokazania Japończykom, iż Związek Sowiecki nie będzie się bezczynnie przyglądał budowaniu imperium japońskiego na kontynencie, dyktator z Kremla zamierzał być może zademonstrować militarną siłę Sowietów. Wobec zbliżającego się konfliktu w Europie, miało to zniechęcić Tokio do ataku na sowieckie terytoria i w ten sposób zabezpieczyć tyły komunistycznego imperium na czas generalnej rozprawy na Starym Kontynencie. Z tego względu ani protest władz Mandżukuo, ani też starania ambasadora japońskiego w Moskwie Mamoru Shigemitsu, który próbował zażegnać konflikt dyplomatycznie, nie mogły przynieść rozwiązania.

Porównanie sił

Od czasu zajęcia Mandżurii przez Japończyków Sowieci bardzo poważnie traktowali płynące z tej strony zagrożenie i zaczęli systematycznie zwiększać swoje siły zbrojne w Azji Wschodniej. Liczba stacjonujących tam dywizji wzrosła z 8 do 20, a liczba samolotów z 200 do 1200. Atak na Chiny wykonany przez Japonię w 1937 roku spowodował dalsze wzmocnienie Armii Czerwonej w tym rejonie, której stan wyniósł ostatecznie 24 dywizje, ponad 2,5 tysiąca czołgów i samochodów oraz do 2 tys. samolotów. W sumie ponad 400 tys. żołnierzy.
Zakamuflowane sowieckie czołgi w czasie walk nad jeziorem Chasan (fot. Wiktor Antonowicz Tiomin, domena publiczna) 

Japonia dysponowała stacjonująca w Mandżurii Armią Kwantuńską, w skład której wchodziło 200 tys. żołnierzy, 150 czołgów i 250 samolotów. Ponadto Japończycy dysponowali pewnymi siłami w sąsiedniej Korei, niemniej Sowieci posiadali dwukrotną przewagę liczebną w ludziach, ośmiokrotną w lotnictwie i kilkunastokrotną w czołgach. W ostateczności Japończycy mogliby przerzucić na północ jednostki walczące na froncie chińskim, ale oznaczałoby to załamanie się ich całej ich strategii.
Przewaga sowieckich sił zbrojnych została jednak w olbrzymim zakresie zniwelowana przez wspomniane wyżej represje, które zupełnie przetrzebiły korpus oficerski. Ciągłe oskarżenia, podejrzliwość, bezustanne aresztowania oraz pośpieszne mianowanie nowych dowódców, często nieznających ani kraju, ani jednostek, którymi mieli dowodzić, mających kwalifikacje daleko poniżej wymaganego minimum, całkowicie zdruzgotały wartość bojową i ducha Armii Czerwonej. Należy dodać, że represje te dotknęły także oficerów Floty Oceanu Spokojnego, Flotylli Amurskiej oraz Zabajkalskiego Okręgu Wojskowego.

Walki

Do tej pory, zgodnie z cesarskim rozkazem, Japończycy starali się nie odpowiadać zbrojnie na sowieckie prowokacje. Kiedy jednak Armia Czerwona zajęła następne wzgórze, Bezimiannaja, leżące już bezsprzecznie na terytorium Mandżukuo, lokalny dowódca japoński zaatakował napastników 29 lipca. W ten sposób cesarz postawiony został przed faktem dokonanym i wydał rozkaz do walki ze wsteczną datą, żeby uniknąć utraty prestiżu. Japończycy przeszli do kontrataku i w ciągu dwóch dni odbili oba wzgórza.
 
Żołnierze sowieccy w natarciu w czasie walk nad jeziorem Chasan (fot. Wiktor Antonowicz Tiomin, domena publiczna) 

Jeśli miejsce do walki zostało wybrane po to, żeby skompromitować marszałka Bluchera, to podjęto słuszną decyzję, ale jeśli rzeczywiście zamierzano dać nauczkę Japończykom, to popełniono duży błąd. Teren leżący niemal na samym skraju Związku Sowieckiego, bez dobrej komunikacji z resztą kraju, wtłoczony pomiędzy tereny zajęte przez Japończyków i ograniczony z trzeciej strony przez wybrzeże, stanowił tak naprawdę doskonałą pułapkę. Japończycy rzucili do walki 19 Koreańską Dywizję Piechoty wzmocnioną posiłkami, w sumie ok. 20 tys. żołnierzy. Sowieci mieli do dyspozycji 39 korpus strzelecki dowodzony przez komkora (komandir korpusa) Gieorgija Szterna. Jego siły składały się z dwóch dywizji strzeleckich, zmechanizowanej brygady i dwóch batalionów czołgów: w sumie sowieckie siły liczyły ok. 23 tys. żołnierzy, 600 dział, 350 czołgów oraz 200 samolotów. Armia Czerwona miała więc przewagę, ale to Japończycy mogli znacznie szybciej ściągnąć posiłki z Mandżurii i z Korei.
1 sierpnia 1938 roku sowieckie lotnictwo bezskutecznie atakowało pozycje japońskie, następnie próbowano odbić utracony teren. Wysiłki atakujących nie dały rezultatu m.in. dlatego, że marszałek Blucher był przeciwny tej całej awanturze i starał się zminimalizować jej rozmiary, interweniując w Moskwie, czym zresztą ostatecznie przypieczętował swój późniejszy los. Został on faktycznie pozbawiony wpływu na wydarzenia, a Stalin, Woroszyłow i Frinowski bezpośrednio komunikowali się z komkorem Szternem, któremu rozkazano ponownie zaatakować siłami całego korpusu.
Zgodnie z wytycznymi otrzymanymi ze stolicy, Sowieci przeprowadzili manewry oskrzydlające i wdarli się na terytorium Mnadżukuo. Dowodzący japońskimi siłami generał Suetaki wytrzymał natarcie i odparł agresorów. Pognębiona terrorem sowiecka kadra oficerska reprezentowała zastraszająco niski poziom dowodzenia. Do walki wysłano całe jednostki pancerne bez wsparcia piechoty, dodatkowo kierując je do uderzenia zaraz po przybyciu na pole walki, po wielkogodzinnej podróży w upale. Sowieci stracili w natarciu ok. 100 czołgów. Pikanterii dodaje temu fakt, że Japończycy nie dysponowali prawie w ogóle bronią przeciwpancerną, ponieważ zakazano im używać ciężkiego sprzętu i lotnictwa, a znaczna cześć czołgów została zniszczona przez butelki z benzyną. To pokazuje, na jakim poziomie stało sowieckie dowodzenie.
 
Sowieckie bombardowanie wzgórza Zaoziernaja (fot. domena publiczna) 

10 sierpnia szef sowieckiej dyplomacji Maksym Litwinow zaproponował zakończenie walk. Propozycja została przyjęta i następnego dnia starcia ustały.

Skutki

Pod względem militarnym były żadne. Sowietom nie udała się jednak próba przekonania Japonii, że nie warto zaczynać z nimi walki. Japończycy wyciągnęli wniosek, że Armia Czerwona reprezentuje po czystce znikomą wartość bojową. Z kolei w Moskwie porażka nad jeziorem Chasan stała się doskonałym pretekstem do pozbycia się marszałka Bluchera. Oskarżony o nieudolność, został pozbawiony dowództwa, a wkrótce aresztowany. Podzielił los kolegów, których sam także sądził (był członkiem składu sędziowskiego, który skazał na śmierć marszałka Tuchaczewskiego). W kolejnych czystkach głowy stracili także Frinowski i Sztern.
Opisane starcia oraz późniejsza o rok dogrywka na wzgórzach Chałchin-Goł, mimo iż użyto wówczas – szczególnie nad jeziorem Chasan – nieproporcjonalnie małych sił w stosunku do bitew na froncie japońsko-chińskim, miały olbrzymie znaczenie polityczne, ponieważ zrewidowały zasadniczo strategiczne plany Japonii i wpłynęły przez to na przebieg II wojny światowej.

***

Wydana w Moskwie ośmiotomowa Wojennaja Enciklopedija, w tomie 8, na stronach 320–321, tak opisuje bitwę nad jeziorem Chasan (w tłumaczeniu):
Jezioro Chasan leży w południowo-wschodniej części Przymorskiego Kraju Federacji Rosyjskiej, przy granicy z Chinami i Koreą. W jego rejonie w dniach 29.7–11.8.1938 sowieckie wojska rozgromiły i odrzuciły w czasie wojennego konfliktu japońskie oddziały, które wtargnęły na sowieckie terytorium.
Encyklopedia została wydana nie w Związku Sowieckim, lecz w Rosji, w 2004 roku.

Zobacz też

Bibliografia

  • Dmochowski Tadeusz, Walka polityczna o dominację w dorzeczu Amuru, Mado, Toruń 1999.
  • Drea Edward, Cesarska armia Japonii 1853–1945, Wydawnictwo UJ, Kraków 2012.
  • Materski Wojciech, Bolszewicy i samuraje: walka dyplomatyczna i zbrojna o rosyjski Daleki Wschód (1917–1925), PWN, Warszawa 1990.
  • Wojtkowiak Jakub, Stosunki radziecko-japońskie w latach 1931–1941, Wyd. Poznańskie, Poznań 2000.
Redakcja: Roman Sidorski

Wojciech Tomaszewski:
Absolwent prawa (praca magisterska na temat ideologii Mao Zedonga), historii (praca magisterska na temat wojny domowej w Rosji) oraz Zarządzania na UW. Aktualnie pisze rozprawę doktorską na WPiA UW. Jego główne zainteresowania to cywilizacja chińska i cywilizacja sowiecka. Publikuje artykuły historyczne na portalu Centrum Studiów Polska–Azja. Pasję poznawania innych cywilizacji łączy z wielokrotnymi podróżami po Europie, Afryce i Azji.
[ więcej o autorze ]
Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.
UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod zdjęciami, lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org

 Pobrano ze strony