niedziela, 26 października 2014

Dlaczego zginął Ernst Röhm?

Ernst Rohm z Hitlerem - źródło
Ernst Röhm 
(ur w 1887 r. w Monachium) - był tym człowiekiem, który tak naprawdę stworzył "Hitlera".
Początkowo, nie miał o nim wielkiego zdania, choć doceniał jego zdolności krasomówcze. Planował wykorzystać Adolfa Hitlera jako mówcę i propagatora, który do DAP (a potem NSDAP) ściągnie wielu nowych członków.
Jak to zwykle bywa, sprawa wymknęła się spod kontroli i Hitler uzyskał (prawie) absolutną władzę w partii.

Dlaczego prawie?
Röhm w 1921 założył Oddział Szturmowy (SA).
Była to dobrze zorganizowana organizacja paramilitarna, mająca w swoim szeregu prawdziwych zabijaków, nieraz dawnych kryminalistów - od początku wykazująca się dużą niezależnością od Hitlera i NSDAP.
Okazało się, że Adolf Hitler aby uzyskać władzę absolutną musi "coś" zrobić z SA i samym Ernstem Röhmem.

O tym więcej TUTAJ

niedziela, 19 października 2014

30 lat temu zamordowano ks. Jerzego Popiełuszkę

Rafał Łatka 
19 października 1984 r. został bestialsko zamordowany ks. Jerzy Popiełuszko. Zabito go za jego działalność i pogląd na ówczesną sytuację polityczną. Kolejna rocznica jego śmierci przypomina o zbrodniczej stronie systemu komunistycznego w Polsce.
Ks. Popiełuszko, obecnie błogosławiony Kościoła katolickiego, był kapelanem „Solidarności” i najbardziej znanym z księży prowadzących msze za ojczyznę. Przez komunistów oceniany był jako ich nieprzejednany przeciwnik, a jego kazania w kościele św. Stanisława Kostki regularnie gromadziły rzesze wiernych. W sprawie prowadzonej przez niego „działalności antypaństwowej” w powiązaniu z tajną „Solidarnością” i Radiem Wolna Europa władze wielokrotnie interweniowały w Episkopacie, po raz ostatni w maju 1984 r. Prymas Józef Glemp zastanawiał się wówczas, czy nie wysłać ks. Popiełuszki na studia do Rzymu i złożył mu nawet taką propozycję, którą jednak sam zainteresowany odrzucił.
ks. Jerzy PopiełuszkoKs. Popiełuszko został porwany 19 października, gdy wracał z nabożeństwa w Bydgoszczy. Wspólnie ze swoim kierowcą zostali zatrzymani na drodze, a następnie skrępowani przez trzech funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Przed śmiercią ks. Jerzy był bity i torturowany. Sam fakt porwania i późniejszego zabójstwa wyszedł na jaw dzięki Waldemarowi Chrostowskiemu, kierowcy ks. Popiełuszki, któremu udało się uciec z rąk funkcjonariusz SB. Przez 11 dni, aż do 30 października, kiedy to odnaleziono ciało ks. Jerzego, w całym kraju odbywały się czuwania i modlitwy za jego bezpieczny powrót. W wielu miejscach pojawiały się transparenty z hasłami skierowanymi pod adresem władz, wzywającymi by te „oddały ks. Popiełuszkę”. Pomimo kilkudniowego oczekiwania, wiadomość o jego morderstwie stała się dla wielu szokiem. Pogrzeb zamordowanego, który odbył się 3 listopada w Warszawie, stał się wielką manifestacją – szacuje się, że wzięło w nim udział ok. 600 tys. osób.
Proces morderców ks. Popiełuszki był zupełnie bezprecedensowy w dziejach komunistycznego systemu. Po raz pierwszy sądzono bowiem funkcjonariuszy tajnej policji, której celem było zwalczanie wszelkich inicjatyw mogących zaszkodzić władzy komunistów. Zabójcy ks. Jerzego zostali skazani na kary długoletniego więzienia: Grzegorz Piotrowski na 25 lat, jego przełożony Adam Pietruszka (wiceszef Departamentu IV MSW zajmującego się zwalczaniem Kościoła) również na 25 lat, Leszek Pękala na 15 lat i Waldemar Chmielewski na 14. Wszyscy opuścili więzienie przedterminowo, jako ostatni, po odbyciu 16 lat kary, zwolniony został Piotrowski (w 2001 r.).
Dodać trzeba również, że w czasie procesu prowadzona była intensywna kampania antykościelna. SB śledziła wszelkie reakcje społeczne na przebieg procesu, a zeznania świadków były tak wyreżyserowane, by wzbudzić niechęć do Kościoła.

Co wiemy, a co pozostaje nieodkryte?

Znana jest tożsamość samych zabójców, podobnie jak przebieg ich procesu, który został całkowicie zaplanowany przez komunistycznych dygnitarzy. Jak możemy przeczytać w większości publikacji dotyczących ks. Popiełuszki, dochodzenie sądowe miało zostać przeprowadzone tak, aby pokazało jedynie sam fakt uprowadzenia i morderstwa ks. Jerzego, bez odsłaniania kulis tych wydarzeń. Chodziło przede wszystkim o ukrycie rzeczywistych inspiratorów zabójstwa. Nie do końca się to jednak powiodło i wiele wskazuje na to, że mocodawcami byli esbecy usytuowani na najwyższych stanowiskach, bądź nawet osoby znajdujące się na szczytach władz PRL.
Pogrzeb ks. Jerzego Popiełuszki (Fot. Jarek Tuszynski, Wikpedia, na licencji Creative Commons 3.0.)W latach dziewięćdziesiątych sądzono byłego wiceszefa MSW i szefa SB gen. Władysława Ciastonia oraz szefa IV Departamentu MSW gen. Zenona Płatka. Proces pierwszego z nich zawieszono w roku 2000 , zaś Płatek został uniewinniony z powodu braku dowodów w roku 2002. Pion śledczy Instytutu Pamięci Narodowej prowadził dochodzenie mające zbadać, czy zabójstwem ks. Popiełuszki kierowały osoby zasiadające na najwyższych stanowiskach w PRL, ale nie znalazł na to żadnych dowodów. W 2004 r. ujawniona została notatka mjr Wiesława Górnickiego, która wskazywała, że inspiratorem porwania ks. Popiełuszki miał być członek Biura Politycznego i sekretarz KC PZPR Mirosław Milewski. Fakt ten jednak nie wyklucza udziału innych osób.

Pamiętajmy

Jerzy Popiełuszko nie był jednym księdzem, który zginął w latach osiemdziesiątych w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach. Podobny los spotkał innych duchownych: Stanisława Suchowolca, Stefana Niedzielaka i Sylwestra Zycha. Wszyscy wymienieni zostali zamordowani w 1989 r. (ks. Suchowolec i ks. Niedzielak w styczniu, natomiast ks. Sylwester Zych w lipcu), wszyscy byli też związani z opozycją demokratyczną i wspierali działaczy niepodległościowych. Przed śmiercią byli też wielokrotnie zastraszani przez esbeków. Dziś należy wciąż pamiętać o tragicznej ofierze ks. Popiełuszki i innych duchownych. Szczególnie, że zginęli oni na walcząc o wolną Polskę.
Pierwszy pomnik postawiony ks. Popiełuszce w Bydgoszczy, odsłonięty 19 października 1985 r.
Kolejna rocznica zabójstwa kapelana ,,Solidarności” pozwala nam przypomnieć o zbrodniczej stronie funkcjonowania systemu komunistycznego w Polsce. Przypomina także o innych ofiarach PRL: partyzantach podziemia niepodległościowego, osobach represjonowanych w czasach stalinowskich, po Czerwcu 1956, Grudniu 1970 czy w stanie wojennym. Jest to tym bardziej istotne, że większość osób odpowiedzialnych za te zbrodnie pozostała bezkarna.
Redakcja: Michał Przeperski
Tekst pierwotnie opublikowany 19 października 2011
Magister politologii, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego, doktorant w Instytucie Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ na kierunku nauki o polityce. Specjalizuje się w historii XX wieku (szczególnie historii PRL-u) i historii doktryn politycznych (ze szczególnym uwzględnieniem historii ruchu narodowego w Polsce). Pisze pracę doktorską na temat Kościoła katolickiego w PRL-u w latach 1980–1989.
Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.
UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod zdjęciami, lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org

źródło

Wojna w Afganistanie (1839-42): brytyjska klęska w Kabulu

Tomasz Kruk 
Pierwsza interwencja Brytyjczyków w Afganistanie w latach 1839-1842 miała być błyskawiczną kampanią kolonialną. Szybko okazał się jednak być jedną z największych porażek armii Albionu w całej jej historii. Jak do tego doszło?

Pierwsza część tekstu: Wojna w Afganistanie (1839-42): Droga do Kabulu

William MacnaghtenZaledwie po kilku dniach jakie upłynęły od zdobycia Kabulu, Brytyjczycy rozpoczęli budowę nowego ładu politycznego. Miał on opierać się na trzech zasadniczych filarach. Pierwszym był zainstalowany w stolicy Afganistanu „własny”, czyli satelicki rządu z Szują Szachem na czele. Był to konieczny zabieg polityczny ponieważ pasztunowie (najliczniejsza grupa etniczna zamieszkująca południowy Afganistan) nigdy nie uznaliby sformalizowanej władzy Anglików. Natomiast przyjmowanie łapówek i kolaborowanie z najeźdźcą wcale nie przeszkadzało pasztuńskim przywódcom. Kolejnym filarem angielskiej władzy były środki finansowe za pomocą których kupowali oni sobie względny spokój. W „kraju pasztunów” było to niezbędne. Liczne góry odcinające od siebie poszczególne części Afganistanu sprawiały, że rozciągnięte linie zaopatrzeniowe agresora były łatwym celem dla górskich plemion. Dyskretnie rozdysponowany bakszysz pozwalał zatem uniknąć wielu nieczoekiwanych nieprzyjemności. Ostatni filar „oświeconej władzy” stanowiły podatki. Władcy mórz chcąc płacić górskim watażkom trybut oraz „żyć na poziomie” wprowadzili rygorystyczny system opodatkowania. Był on zresztą bardzo podobny do tego, który funkcjonował w ich koloniach np. w Indiach.

Cisza przed burzą

Zwycięska Armia Indusu została ulokowana poza stolicą. Z jednej strony chodziło o utrzymanie szacunku dla nowego reżimu. Z drugiej strony, wpłynęła na to też nadmierna pewność siebie brytyjskiego sztabu. Utrzymywał on, że wojna jest już wygrana, a pacyfikacja nieskorych do posłuszeństwa niedobitków armii Dosta Mohammada to tylko kwestia czasu. Z takiego założenia wychodzili wodzowie armii generał Willoughby Cotton (następca generała Keane) oraz William Macnaghten (najwyższy dowódca polityczny afgańskiej wyprawy). Szukając miejsca na obóz obaj panowie wykazali się wyjątkową niekompetencją. Ich wybór padł na miejsce oddalone 1,5 kilometra od miasta (obecnie w tym miejscu znajduje się główne lądowisko w Kabulu). Dodatkowo, składy z żywnością mieściły się poza terenem obozowiska oddalone aż o 300 metrów. W pobliżu brakowało ujęć wody, zaś żołnierze musieli korzystać z rzeki przepływającej przez aglomerację miejską. Takie położenie taboru sprawiało, że Anglicy nie mogli szybko zareagować w razie zamieszek w centrum Kabulu ani skutecznie bronić się w czasie dłuższego oblężenia. Położenie „sherpurskiego jeża” (tak nazwano obóz) jak miało się wkrótce okazać stanowiło pierwszy gwóźdź do trumny dla okupantów.
Jednak latem 1839 roku nikt jeszcze nie spodziewał się, że sprawy przyjmą zły obrót. Niedługo po rozłożeniu się wojsk brytyjskich, do Sherpuru przybyły rodziny żołnierzy. Wyspiarscy notable (tacy jak Aleksander Burnes) rozłożyli się wraz ze swymi haremami w stolicy. Od początku swego pobytu Anglicy prowadzili wystawny i pełen zbytku tryb życia. Powszednie stały się bale, koncerty, zawody w krykieta czy wyścigi konne. Zimą 1839/1840 do rozrywek doszła również jazda na łyżwach. Dla Afgańczyków był to nieznany dotąd i dziwny sport.
W takiej atmosferze koszty życia stale rosły, zaś środkami finansowymi się nie troszczono. W końcu jak głosi brytyjskie przysłowie „dżentelmeni o pieniądzach nie rozmawiają”. O wszystkie przyziemne sprawy miała się przecież zatroszczyć ujarzmiona ludność. Atmosfera tamtych dni przypominała błogi spokój panujący zazwyczaj przed potężną nawałnicą. W takim właśnie duchu powszechnego samozadowolenia generał Cotton witał swojego zmiennika. Miał wówczas stwierdzić:Nie będzie pan miał tu nic do roboty. Tu jest zupełnie spokojnie.

Rebelia jednego człowieka

Jednak wraz z upływem roku 1840 sytuacja pomiędzy panującą władzą a zwykłymi Afgańczykami stale się zaostrzała. Ucisk fiskalny sprawiał, że coraz więcej rolników, nie mogących wypłacić stosownych należności, popadało w skrajną biedę. Szuja Szach bardzo szybko stał się znienawidzonym tyranem utożsamiającym zależność afgańskiego królestwa od brytyjskiego najeźdźcy. Nie dochodziło jednak do prób wzniecenia powstania czy jakiejś innej formy oporu. Wynikało to z wielkiego wrażenia jakie na zwykłych afgańcach wywarły zwycięstwa Armii Indusu. Z tym stanem rzeczy postanowił skończyć jeden z najwybitniejszych afgańskich dowódców i polityków – Akbar Chan.
Akbar ChanBył on młodszym synem legalnego króla Afganistanu zaś po klęsce swojego ojca w pierwszej fazie wojny z „czerwonymi kurtkami” przejął inicjatywę polityczną. Od samego początku starał się doprowadzić do ogólnego powstania na ziemiach okupowanych, które miało być wsparte przez regularne wojska pod jego dowództwem. Będąc trzeźwo myślącym politykiem Akbar wiedział, że do takiej insurekcji potrzeba czasu oraz dogodnej sytuacji. Na początek postanowił złamać mit według którego armia brytyjska była niezwyciężona. W tym celu zjednał sobie mułłów. Głosili od tego czasu antyangielskie i zarazem religijne mowy nawołujące do świętej wojny w imieniu Allaha o wyzwolenie spod innowierczych rządów. Muzułmańscy duchowni ogłosili również proklamację obwieszczającą, że każdy pasztun zaopatrujący wroga w żywność, ubrania i broń nie jest godny miana prawdziwego muzułmanina. Wśród zwykłych Afgańczyków wywarło to piorunujące wrażenie. Zaczął się wśród nich rozwijać bierny sprzeciw wobec władz. Następnym posunięciem królewskiego syna była znaczna rozbudowa armii na północy emiratu. Wykorzystał do tego umowy z carską Rosją na sprzedaż broni do Afganistanu. Nade wszystko Akbar Chan chciał jednak wykorzystać rok 1840 na przygotowania i „urabianie gruntu” pod przyszłą ofensywę.
W tym samym czasie stronę afgańską osłabiło jednak pewne symboliczne wydarzenie. Mianowicie 23 listopada 1840 roku brytyjskiemu oddziałowi kawalerii działającemu daleko za liniami nieprzyjaciela udało się pojmać grupkę jeźdźców. Byłoby to pewnie typowe wydarzenie charakterystyczne dla każdego konfliktu gdyby jednym z zatrzymanych nie był Dost Mohammad Chan. Po zatrzymaniu został on przetransportowany do stolicy, ponieważ żołnierze rozpoznali w nim kogoś ważnego) i tam zidentyfikowany. Złapany władca został z rozkazu lorda Aucklanda odesłany do Indii gdzie następne dwa lata. miał przebywać w „gubernatorskiej gościnie”. Po tym przypadkowym sukcesie (lokalny angielski wywiad nie miał z nim nic wspólnego) najeźdźcy uwierzyli w swoje ostateczne zwycięstwo popadając w bezmiar rozrywek i wystawnego życia. Paradoksalnie zdarzenie to wsparło wysiłki Akbara (ówcześnie jedynego przywódcy „Wolnego Afganistanu”) ponieważ uśpiło brytyjską czujność.
Starania młodego księcia zostały również wsparte przez niezależny od niego czynnik obiektywny. W sierpniu 1841 roku premierem Wielkiej Brytanii został Robert Peel. Nie miałoby to może większego znaczenia dla „afgańskiej zawieruchy” gdyby nie polityka finansowa nowego gabinetu. Mierząc się ze znacznym deficytem budżetowym oraz narastającą recesją gospodarczą, Peel postanowił znacznie ukrócić wydatki państwa. Na liście niepotrzebnych inwestycji jedno z pierwszych miejsc zajmowała właśnie afgańska interwencja kompanii wschodnioindyjskiej. W krótkim czasie doprowadziła ona do ruiny finanse spółki będącej jedną z głównych finansowych tętnic brytyjskiego skarbu. Z tego właśnie powodu szef rządu Jej Królewskiej Mości nakazał ukrócenie dostaw pieniężnych dla ekspedycji. To z kolei zmusiło gen. Macnaghtena pod koniec miesiąca do zmniejszenia o połowę wartości trybutu wypłacanego afgańskim koczownikom. Wściekli górscy watażkowie w odwecie odcięli im drogi zaopatrzenia idącego w karawanach z Indii. Odtąd lądowa łączność brytyjskiego korpusu ze światem była możliwa jedynie przez niegościnne pustynie południowego Afganistanu. Był to wyjątkowy prezent dla Akbara.
Szuja Szach w swoim pałacu
Jakby tego było mało, również zdolność bojowa Armii Indusu została znacznie osłabiona. Było to konsekwencją kolejnej już zmiany jej zwierzchnika. Na początku 1841 roku nowym głównodowodzącym w Kabulu został generał-major William Elphistone. Pomimo swojego bogatego doświadczenia wojennego (walczył on jeszcze pod komendą księcia Wellingtona przeciwko Francuzom na półwyspie Iberyjskim i pod Waterloo) nie nadawał się na swoje stanowisko. Na niekorzyść Elphistone’a przemawiało przede wszystkim sztywne trzymanie się zasad konwencjonalnej wojny, w sytuacji gdy powinien raczej przygotować się na konflikt partyzancki. Ale sytuację wyraźnie pogarszał również fakt, iż był on niedomagającym i cierpiącym na podagrę, nietrzymanie moczu i wzdęcia sześćdziesięcioletnim starcem. Z tego właśnie powodu więcej czasu spędzał w wojskowym lazarecie niż w armijnej bazie. Najlepiej tą kandydaturę skomentował generał William Nott (dowódca kandaharskiego garnizonu) stwierdzając, że Elphistone jest najmniej kompetentnym żołnierzem spośród oficerów w odpowiednim stopniu.
Wszystkie te wydarzenia, w połączeniu z polityką prowadzoną przez Akbara Chana doprowadziły do poprawienia się losu „afgańskich buntowników”. Z dnia na dzień sytuacja okupanta oraz ustanowionego przez niego rządu zaczęła się pogarszać. W październiku 1841 roku żaden Anglik a tym bardziej podkomendny Szuji Szacha nie mógł czuć się bezpiecznie na ulicach Kabulu. Brakowało tylko jednej małej iskierki, która podpaliłaby lont powstania.

Powstanie Listopadowe

Aleksander BurnesImpulsem, który zapoczątkował rewolucję był atak tłumu stolicy na posiadłość zajmowaną przez Aleksandra Burnesa. Doszło do tego 2 listopada 1841 roku. W ten sposób kabulska ulica dała upust swemu niezadowoleniu wynikającemu z rządów brytyjskich mocodawców. Po otoczeniu domu i zabiciu ochroniarzy Anglika miejski motłoch zaczął domagać się jego głowy. Afgańczycy byli przekonani, że główną odpowiedzialność za brytyjską inwazję na ich kraj ponosi właśnie Burnes. Zdołał on wymknąć się obławie, jednak na ulicach miasta został rozpoznany i dosłownie rozszarpany. Zbuntowany plebs nie przepuścił nawet dziewczętom z haremu winowajcy – wszystkie wymordowano.
Zamieszki rozszerzały się po stolicy niczym cholera po ciele zarażonego. Nie pomogła nawet interwencja zawodowych żołnierzy, wysłanych do opanowania sytuacji przez samego Szuję Szacha. Po krótkiej walce zostali oni zmuszeni do ucieczki z powodu przewagi liczebnej napierającego tłumu. W wyniku tej potyczki rebelianci faktycznie zyskali władzę nad miastem, zaś lojaliści zostali zepchnięci do cytadeli Bala Hissar (głównej kabulskiej twierdzy), która stała się ich ostatnim bastionem. Spodziewanych efektów nie przyniosła również spóźniona reakcja „czerwonych kurtek”. Na wieść o nadciągających Brytyjczykach zbuntowani mieszkańcy po prostu rozpierzchli się wśród niezliczonych miejskich uliczek. Przerażony wizją walki z niewidocznym i dobrze przygotowanym do walki nieprzyjacielem, Elphistone nakazał wycofanie wojsk z aglomeracji. Był to fatalny błąd. W przyszłości miał on zaowocować klęską Anglików nie tylko w tej bitwie, ale i w całej wojnie.
Akbar Chan nie zwlekał. Błyskawicznie wyraził swoją aprobatę dla powstania. Wiedział, że aby stać się głównym przywódcą buntu oraz móc rozdawać karty w powojennej grze politycznej musi trzymać rękę na pulsie. Z tego powodu już w kilka dni po rozpoczęciu „afgańskiej guerrilli” rozpoczął on żmudny proces korumpowania wodzów powstania. Tych zaś, których nie udało mu się przekupić zastępował własnymi ludźmi stusując przy tym metody średniowiecznych Asasynów. W taki właśnie sposób stopniowo stał się liderem wszystkich Pasztunów walczących z Brytyjczykami i ich poplecznikami. Ukoronowaniem jego starań było faktyczne przejęcie władzy nad siłami oblegającymi Sherpur. Nastapiło to pod koniec listopada 1841 r., gdy przybył on do stolicy wraz z sześcioma tysiącami zaciężnych wojowników.

Ku zagładzie Armii Indusu

Położenie Armii Indusu było fatalne jeszcze na długo przed przybyciem Akbara. W dzień po wycofaniu się Anglików ze stolicy partyzanci rozpoczęli oblężenie ich podmiejskiego obozowiska. Już w czasie pierwszych walk obrońcy zostali odcięci od składów zaopatrzenia co spowodowało znaczne obniżenie racji żywnościowych (początkowo tylko dla żołnierzy hinduskich). Bardzo szybko zaczęły się też kurczyć zapasy amunicji. Skłoniło to gen. Elphistone’a do wystosowania w dniu 6 listopada pisemnego oświadczenia do gen. Macnaghtena. Miało ono nakłonić „brytyjskiego politruka” do rozpoczęcia rokowań z wrogiem. Ten jednak wolał prowadzić potajemne negocjaje z powstańczymi hersztami licząc na to, że przynajmniej część z nich uda mu się odciągnąć od insurekcji.
Dost Mohammad ChanOśmieleni bezczynnością nieprzyjaciela Afgańczycy zaczęli poczynać sobie coraz odważniej. Dniami i nocami bez przerwy prowadzili zaciekłe szturmy brytyjskich pozycji. Natarcia prowadzili według ujednoliconego systemu taktycznego. Polegał on na zsynchronizowanych ze sobą uderzeniach piechoty i kawalerii. Najpierw do ataku ruszali jeźdźcy za, którymi na grzbietach końskich siedzieli piechurzy z naładowanymi muszkietami. Gdy jazda znalazła się w bezpośredniej bliskości nieprzyjaciela wysadzała ów desant w następnej kolejności atakując najsłabsze pozycje przeciwnika. W tym czasie piechurzy ustawiając swoją broń palną na stojakach oddawali salwy. Po wykonaniu zadania strzelcy pod osłoną kawalerii wycofywali się na bezpieczne tyły gdzie mogli w spokoju przeładować samopały. „Synowie Albionu” z największym trudem odpierali atak za atakiem, głównie dzięki bateriom dział dobrze ulokowanych na pobliskich wzgórzach. Jednak już w połowie listopada utracili oni te stanowiska, w wyniku niespodziewanego nocnego ataku nieprzyjaciela. Próba ich odbicia podjęta 23 listopada nie powiodła się. Co gorsza, w międzyczasie padła też wioska Bimaru zaopatrująca Sherpur w żywność. Od tego momentu w angielskim taborze rozpoczął się nieznośny głód. Aby wyżywić siebie i swoje rodziny żołnierze musieli zabić większość zwierząt pociągowych, natomiast kawalerzyści w celu utrzymania przy życiu swych rumaków byli skazani na śmiałe wypady po paszę za linię wroga. Na początku grudnia sytuację skomplikowały dodatkowo pierwsze opady śniegu.
William ElphinstoneZ powodu tragicznego położenia armii, przerażony wizją jej zagłady, gen William Macnaghten rozpoczął pertraktacje. 23 grudnia udało mu się wreszcie doprowadzić do spotkania z Akbarem Chanem. Nigdy jednak z niego nie powrócił. Zamordowano go, wraz z całą brytyjską delegacją, z pistoletu który był darem dla Akbara. Powodem były wcześniejsze konszachty Anglika z plemiennymi wodzami z, których afgański książę bardzo dobrze zdawał sobie sprawę. Ciało nieszczęśnika zostało poćwiartowane, a następnie wystawione na widok publiczny.
Gen. Elphistone, chcący już tylko zgody na bezpieczny odwrót do Indii, nie wiedział co począć. W tym momencie w sukurs przyszedł mu Eldred Pottinger. Obrońca Heratu był jednym z oficerów w sztabie armii; znalazł się tam po barwnej przygodzie w Kohistanie gdzie był komisarzem politycznym. Po wybuchu powstania wycofał się jednak do Czarikaru (miasto w środkowym Afganistanie) gdzie wraz z oddziałem złożonym głównie z Gurkhów udało mu się wytrzymać czternastodniowe oblężenie. Tam został również poważnie ranny w nogę i ku swojej ropaczy ewakuowany przez swych podkomendnych do stolicy. Zaraz po przybyciu został mianowany na miejscu wyższym sztabowcem. Po fiasku pierwszych rozmów pokojowych zgodził się zostać nowym emisariuszem Armii Indusu. Dzięki wielkiemu poważaniu oraz szacunkowi jakim dażyli go Pasztunowie nie tylko powrócił do obozu cały i zdrów, ale też zdołał zawrzeć rozejm. Wkrótce miało się okazać, że w swych skutkach był on jeszcze bardziej zgubny niż klęska Brytyjczyków w bitwie o Kabul…

Bibliografia:

  • Marek Czarkowski, Gdy wszyscy umrą… dostęp (06. 08. 2014);
  • Archibald Forbes, The Afghan Wars, Londyn 2005;
  • Fortescue J. , History of the British Army, tom XII, wyd. Navam and Military Press, Londyn 2004;
  • John Mackenzie, BritishBattles.com./dostęp (06.08.2014);
  • MacMunn G. ,_Afghanistan from Darius to Amanullah_, London 1971;
  • Petrus J., Afganistan-Zarys dziejów, wyd. Wiedza Powszechna, Warszawa 1987
  • Reisner L., Afganistan, wyd. Książka, Warszawa 1999;
  • Wolanowski L. , Miało się ku wojnie, „Miesięcznik Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach” nr. 8 (97), maj 2002 (dostęp 19.03.2014).
Student II roku historii na Uniwersytecie Jagiellońskim. Interesuje się głównie działaniami zbrojnymi, a także militariami okresu II wojny światowej oraz konfliktów najnowszych.
Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.
UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod zdjęciami, lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org

źródło

środa, 15 października 2014

Ziemia Malborska - zręby zapomnianej tożsamości. Konferencja naukowa w Malborku 23 października 2014


Bardzo ciekawie zapowiada się kolejna konferencja naukowa poświęcona Ziemi Malborskiej. Przybliżone zostaną uczestnikom spotkania takie postacie jak wojewoda malborski Jakub Wejher czy etnograf Ks. Władysław Łęga.
Początek 10:00 w ośrodku konferencyjnym Karwan

wtorek, 14 października 2014

Rocznica powstania UPA dzięki dekretowi Poroszenki oficjalnie świętem państwowym na Ukrainie

Kolonia Lipniki (gm. Berezne, pow. Kostopol). Zwłoki zamordowanych Polaków podczas napadu UPA na kolonię 26 marca 1943 r. Fot. Sarnowski. źródło

Dzień Obrońcy Ojczyzny obchodzony dotąd na Ukrainie 23 lutego, będzie od teraz obchodzony  14 października, a więc w rocznicę powstania zbrodniczej Ukraińskiej Powstańczej Armii.

Tak w swoim rozporządzeniu napisał Poroszenko:
"W celu uhonorowania męstwa i heroizmu obrońców niepodległości i integralności Ukrainy, wojskowych tradycji i zwycięstw ukraińskiego narodu, a także dalszej budowy mocnego patriotycznego ducha w społeczeństwie, postanawiam ustanowić na Ukrainie święto – Dzień Obrońcy Ojczyzny, który obchodzony będzie corocznie 14 października

Jakie to tradycje, jakie to męstwo widać choćby na zdjęciu powyżej.
Ustanowienie święta formacji odpowiedzialnej za męczeńską śmierć i wypędzenie wielu tysięcy Polaków z Kresów Wschodnich to policzek dla Polski, to hańba!

Może nasi politycy tak z prawa jak i z lewa powinni zrewidować swoje nastawienie do tego, co obecnie dzieje się na Ukrainie?

Szubienice, kaci i wisielcy, czyli złodziejski los w dawnej Polsce

Łukasz Truściński 
Wyobrażając sobie panoramę nowożytnego polskiego miasta, należy pamiętać nie tylko o jego basztach, murach oraz widocznych zza nich dachach kamienic i wieżach kościołów. Ważnym składnikiem tego krajobrazu była też zazwyczaj szubienica. I to bardzo często dźwigająca zwłoki skazańca.
Fresk autorstwa Pisanella w kościele pw. św. Anastazji w Weronie (1436–1438)
Być może nie wyda się nam czymś niezwykłym, że zwyczajowo miejsca wieszania skazańców znajdowały się zawsze poza obszarem właściwego miasta. W końcu kto chciałby mieć widok z okna na dyndających wisielców? Jednak taka lokalizacja nie wynikała z przyczyn estetycznych, a w każdym razie nie tylko i nie był to powód najistotniejszy. O wiele ważniejszy był fakt, że szubienicę i jej bezpośrednie otoczenie uznawano za miejsce przeklęte, do którego zwyczajny, porządny człowiek lepiej żeby się nawet nie zbliżał.
Dzisiaj wcale niełatwo nam zrozumieć, jakie były przyczyny takiego postrzegania szubienic, jednak bez wątpienia miało to silny związek z tym, że powieszenie było karą hańbiącą. W wyobrażeniu ludzi okresu staropolskiego, ale też i epok wcześniejszych, istotne było nie tylko to, czy wyrok odbierał życie, ale także w jaki sposób to czynił. Niejednokrotnie sądy miejskie łagodziły kary poprzez zamianę stryczka na... ścięcie.
Z naszej perspektywy wydaje się to niedorzeczne, jednakże w oczach ówczesnych różnica była zasadnicza. Ścięcie było karą honorową, wykonywano ją często na rynku miejskim (a więc w najbardziej prestiżowym punkcie miasta), powieszenie zaś ściągało na skazańca hańbę. Jego zwłok nie można było pochować w święconej ziemi, a co najwyżej w miejscu, w którym zginął, zatem pod szubienicą. Pogrzeb, jeśli w ogóle, nie odbywał się zresztą prędko. Częścią kary była bowiem ekspozycja wisielca aż do jego całkowitego rozkładu. Wówczas resztki zwłok zakopywano w szubienicznym cieniu. Cel tego pastwienia się nad skazańcem był dwojaki: miała być to przestroga dla wszystkich, którzy chcieliby pójść w ślady złoczyńcy, oraz kolejny etap działań mających obedrzeć go z wszelkiej czci.
Kara śmierci przez powieszenie była hańbiąca, a niesława ta rozciągała się niemal na wszystkich i wszystko, co miało lub mogło mieć z jej wykonywaniem bezpośredni kontakt. Między innymi dlatego też zawód kata uznawano za „niegodne rzemiosło”, a podmiejskie miejsca straceń cieszyły się złą sławą.
Powodowało to liczne problemy choćby przy stawianiu szubienic. Nikt nie chciał w tym uczestniczyć, obawiając się mogącego wynikać stąd ostracyzmu społecznego. W zbiorach prawa niemieckiego powszechnie używanych przez sądy od XVI wieku aż do upadku Rzeczpospolitej, a wydanych po polsku przez prawnika Bartłomieja Groickiego, poświęcony jest temu zagadnieniu oddzielny artykuł. Dowiadujemy się z niego o istnieniu zwyczaju, według którego w budowie szubienicy musieli uczestniczyć wszyscy przedstawiciele cechu ciesielskiego i murarskiego, co miało zniwelować złą sławę (skoro w pracach uczestniczyli wszyscy, to nikomu nie można nic zarzucić). Wiedziony praktycznym zmysłem prawnik humanista zalecał, aby w celu ograniczenia kosztów losowano do tej roboty kilka osób, zastrzegając przy tym, że „gdzie by jeden cieśla albo rzemieślnik po tym śmiał drugiemu przyganiać, a jego tym sromocić, ma przepaść winę grzywnę złota albo srebra” (B. Groicki, Ten Postępek wydan iest z Praw Cesarskich…).

Wisielcy, czary i strzygi

Wzgórze szubieniczne było z jednej strony miejscem objętym złą sławą, z drugiej świadectwem władzy, jaką dysponowała rada i sąd miejski. Gdy w okolicznych wsiach dochodziło do przestępstwa zagrożonego karaniem na gardle, lokalne sądy wiejskie musiały odesłać oskarżonego do miasta, gdyż same nie miały mocy wydawania takich wyroków. Zresztą w Rzeczpospolitej tylko miasta, i to nie wszystkie, zatrudniały katów. Trudno więc o bardziej czytelny znak mówiący zbliżającym się do bram miejskich, kto tu rządzi i jaką siłą dysponuje. To właśnie dlatego miejsca straceń znajdowały się na wzniesieniach, ponadto zaś często koło skrzyżowań dróg.
Fragment panoramy Warszawy z widoczną, stojącą na Pólkowie (na północ od miasta) szubienicą na czterech słupach i z czterema belkami (il. z dzieła Georga Brauna i Fransa Hogenberga Civitates Orbium Terrarum, 1617 r.)
Groza i zła sława miejsc, gdzie wieszano przestępców wynikała także z innych przyczyn. W pobliżu szubienic wykonywano inne hańbiące kary śmierci, a więc na przykład palenie na stosie, łamanie kołem czy grzebanie żywcem. Obok szubienicy często stało też drewniane koło nasadzone na pal, w które wplatano zwłoki niektórych skazańców. Jak już wspomniałem, na wzgórzu szubienicznym grzebano traconych tutaj przestępców. Lecz nie tylko – w tej nieczystej ziemi chowano i inne osoby uznawane za niegodne normalnego cmentarza, przede wszystkim samobójców i ludzi zmarłych na torturach w trakcie dochodzenia sądowego. Ponadto w niedalekim sąsiedztwie znajdowały się doły rakarskie, gdzie kat i jego pomocnicy zakopywali padlinę sprzątniętą z ulic miejskich (co leżało w zakresie katowskich obowiązków).
Wzgórze szubieniczne było spowite atmosferą niesamowitości, złowróżbnej magii. Zastosowanie fragmentów ciała wisielca oraz jego ubrań lub sznura, na którym zawisł, w działaniach magicznych poświadczone jest na ziemiach polskich już od późnego średniowiecza. Najczęściej używano wisielczych palców bądź genitaliów: wrzucenie ich do beczki z piwem czy winem miało ściągać klientów do karczmy. W źródłach znaleźć też czasem można świadectwa stosowania w Polsce jakiejś formy „dłoni chwały”, czyli dłoni obciętej wisielcowi i poddanej zabiegom magicznym czyniącym z niej niezwykły artefakt mający ułatwiać zwłaszcza okradanie domów i otwieranie zamków. Bezpośrednio pod szubienicami rosnąć miał szczególnie obdarzony magiczną mocą pokrzyk – swojski i łatwiej dostępny odpowiednik mandragory, nazywany dawniej też „wisielcem”. Współcześnie lepiej znany pod nazwą „wilcza jagoda”.
Rycina (detal) ukazująca szubienicę oraz inne konstrukcje do wymierzania kar hańbiących (Claes Janszoon Visscher, 1619 r.)
Jeśli tego wszystkiego byłoby mało, to przytoczę jeszcze ustalenia archeologów, które poświadczają w miejscach straceń pochówki określane jako „wampiryczne”: skazańców lub samobójców nie tylko grzebano na szubienicznych wzgórzach, ale także przebijano palem, przygniatano dużym głazem, obcinano głowę czy też składano do grobu twarzą do ziemi (raczej nie robiono tego wszystkiego na raz, choć czasem takie zabiegi były łączone). Wszystkie te działania miały zapobiec ewentualnemu powrotowi grzesznika z zaświatów w postaci strzygi, upiora.
Biorąc to wszystko pod uwagę, łatwo zrozumieć, że w pobliżu szubienic mało kto chciał mieszkać, a nawet unikano zbliżania się do nich bez potrzeby.

Szubienicznicy

Skoro już wiemy, jak straszną i hańbiącą była egzekucja przez powieszenie, moglibyśmy się spodziewać, że skazywano na nią złoczyńców wyjątkowo okrutnych, prawdziwych zwyrodnialców. Jak się jednak okazuje, karano w ten sposób przestępców najbardziej pospolitych – notorycznych złodziei. O ile początkujący rzezimieszek złodziejskiej profesji mógł liczyć na w miarę łagodny wyrok (chłostę, rzadziej obcięcie ucha lub dłoni), to złapany recydywista musiał pogodzić się z myślą, że zawiśnie.
Smutny koniec na szubienicy był nieodłącznym, naturalnym elementem kariery złodziejskiej. W księgach sądowych w 1581 roku jeden z przesłuchiwanych rzezimieszków stwierdza o innym: „ten kradnie dawno, bo już osiwiał, czas by mu wisieć” (cytat za M. Kamler, Złoczyńcy…). Sprawa miała się trochę inaczej, jeśli chodzi o złodziejki. Tych zwyczajowo nie karano stryczkiem, choć trudno powiedzieć, że spotykał je los łagodniejszy – ginęły poprzez utopienie.
Żebrak (Jacques Callot, 1622 r.)Historycy obliczyli, że w okresie nowożytnym ponad 60% wszystkich przebadanych wyroków sądów miejskich w sprawach kryminalnych wydano za kradzież, z czego w niemal połowie przypadków orzeczono śmierć. I choć wiemy, że skazywano na nią przede wszystkim recydywistów, to jednak nadal wydawać to się może nieadekwatne w stosunku do wagi przestępstwa. Szczególnie gdy przypomnimy sobie, że za zabójstwo, o ile nie było dokonane na tle rabunkowym bądź też w sposób podstępny (np. za pomocą trucizny), odpowiadano niejednokrotnie tylko finansowo – wypłacając główszczyznę. Gdy zaś z różnych względów postanowiono jednak zabójcę skazać na śmierć, to nie spotykała go żadna z kar hańbiących, lecz ścięcie.
Ta dysproporcja wyda się chyba jeszcze bardziej rażąca, gdy zdamy sobie sprawę, że skazańcami rzadko kiedy byli wielcy złodzieje kradnący drogocenne przedmioty. W księgach sądowych spraw kryminalnych, nazywanych wówczas księgami „czarnymi” albo „smolnymi”, najczęściej mamy do czynienia z drobnymi złodziejaszkami, którzy podwędzali niewielkie sumy, przedmioty o nieznacznej wartości czy wręcz jedzenie. A jednak, jeśli czynili swój proceder przez dłuższy czas, to nie wchodziło tu w grę to, co współcześnie nazywamy „niską szkodliwością czynu” – zostawali szubieniczkami.

Tułaczka

Kim zatem byli, jak wyglądało ich życie? Chociaż zdarzały się przypadki wyjątkowe, to jednak w zdecydowanej większości zawodowi złodzieje należeli do marginesu społecznego. Pośród prostytutek, żebraków, włóczęgów czy wędrownych muzykantów musieli czuć się najbardziej swojsko. Granice nie były ostre, chodziło przede wszystkim o przetrwanie. Jeśli mogło je zapewnić żebranie – żebrali, jeśli oszustwo – oszukiwali, a jeśli dorywcza służba u bogatego pana, to służyli. Niejednokrotnie zresztą w pewnym momencie okradali swego chlebodawcę i ruszali dalej w świat. Czasem jednak niektórzy specjalizowali się szczególnie w fachu złodziejskim i czerpali z niego swoje podstawowe dochody.
Tacy profesjonalni złodzieje nie należeli do osób osiadłych. Z ich zeznań wynika, że potrafili wielokrotnie przemierzyć cały kraj wszerz i wzdłuż. O łup było najłatwiej tam, gdzie tłoczno, a więc podczas jarmarków, odpustów czy sejmików szlacheckich – tam też dążyli. Gdy im się poszczęściło, mogli pozwolić sobie na zamieszkanie w podmiejskiej gospodzie czy karczmie. Znane są przypadki złodziei, którzy czynili z takiego przybytku bazę wypadową, skąd odbywali krótsze lub dalsze wędrówki do okolicznych wsi i miasteczek, w których dokonywali kradzieży. Karczmarz nie raz stawał się ich paserem, a rozróżnienie między zwykłą meliną i gospodą podłej konduity musiało bardziej uczciwym podróżnym sprawiać sporo trudności.
Jednak najczęstsze narracje mówią o wędrówkach z miejscowości do miejscowości, kradnięciu kur czy prostych, chłopskich ubrań w mijanych wioseczkach, rzezaniu mieszków mieszczanom, a czasem włamywaniu się do ich piwnic lub domów. Charakterystyczny jest tu przykład skazanego przez sąd w Dobczycach w 1700 roku Mikołaja Kotlarskiego:
On nie pomnąc na przykazanie Boskie, ważył się różnym ludziom tak pieniądze, jako insze fanty kraść przez lat kielkanaście, tak nocnym sposobem, jako i dniowym […] Naprzód nocnym sposobem ukradłem Niemcowi niejakiemu w Krakowie na świętej Annie ulicy w kamienicy pludry skórzane […] zaszedłem aż do Poznania miasta […] tam kłódkę do jatki ukręciszwy, ukradłem z tejże jatki łyżek srebrnych piąć i pieniędzy złotych 60 szelągami […] będąc na ten czas w Warszawie, kiedy gorzały stajnie królewskie, ukradł łyżek srebrnych siedm (Księga kryminalna miasta Dobczyc 1699 – 1737, opr. M. Mikuła).

Profesjonaliści

Pośród staropolskich złodziei zaobserwować można czasem pewną specjalizację. Jak się wydaje, najbardziej cenioną przez nich samych była grupa kieszonkowców – „wyraźników”, „rzezi mieszków”. W 1639 roku w Lublinie przesłuchiwany był niejaki Stanisław Urbański, który twierdził z pewną dumą:
W naszym cechu kościołów nie łupają, tylko mieszki rzeżą. Nawet kto się w nocy bawi, w naszym cechu nie może być […] z tymi złodziejami co komory łupają nie przestajemy i nie przypuszczamy ich do cechu swego dlatego, że my wszystko w dzień kradniemy, poczciwie, a nie w nocy jako złodzieje. Że u nas pieniądze zowią się omanem (cytat za M. Kamler, Złoczyńcy…).
Choć ten kieszonkowiec wydawał się pogardzać złodziejami specjalizującymi się we włamaniach, to jednak była to również grupa specjalistów wysokiej klasy. Umiejętność operowania wytrychem, podrobionymi kluczami, dostania się do środka budynku po drabinie przez okno bądź wyciągnięcia przez nie ubrań za pomocą „ptaszka” (jak złodzieje staropolscy nazywali kij zakończony wbitym weń zakrzywionym gwoździem) – to wszystko także należało do niezwyczajnych zdolności.
W tłumie najłatwiej dokonać kradzieży kieszonkowej lub obciąć mieszek (Hieronim Bosch, Kuglarz (detal), między 1496 a 1520 r.)
Na obecnym etapie rozpoznania tego tematu przez historyków nie można ocenić, czy rzeczywiście istniały tak silne podziały między złodziejami różnych specjalizacji. Natomiast faktem jest, że niezależnie od tego, czy byli to „wyraźnicy”, czy włamywacze, to ci najbardziej zakorzenieni w profesji złodziejskiej posługiwali się specyficznym żargonem zwanym mową wałtarską bądź waltarską.
Pierwsze zapiski poświadczające istnienie takiego tajemnego języka pochodzą już z XVI wieku. Sędziowie próbowali go poznać, dlatego też czasem dopytywali się o znaczenie różnych dziwnych słów padających w trakcie zeznań. Stąd też wiemy, że staropolscy złodzieje nazywali siebie samych „buchaczami”, „machczikami” bądź „drzemcarzami” – w przypadku tych, którzy działali nocą. Na piwo mówili „beb”, na buty – „kawięta”, na wytrych – „odkiwadło”, na kieszeń – „sięgawka”, na gospodę – „kierzychota”, na szubienicę zaś – „wieja”.

Złodziejski los

W miarę doświadczony i sprytny złodziej musiał się jawić zwykłemu mieszczaninowi jako postać dosyć niepokojąca. Różne sprawy o włamanie do zamkniętego domu lub piwnicy świadczą o tym, że przynajmniej niektórzy przestępcy potrafili wedrzeć się do najpilniej strzeżonych zakamarków. Dosyć często kończyło się to kradzieżą jakichś drobiazgów, ale czasem włamywacz mógł ograbić z majątku całego życia. Na postrzeganie złodziei wpływało także posługiwanie się dziwnym żargonem oraz wędrowny styl życia, krytykowany przez wszystkich osiadłych, porządnych obywateli niezależnie od stanu. Wszystko to razem sprawia, że możemy łatwiej zrozumieć, dlaczego złodziei tak się obawiano i z taką surowością ich karano. Nie bez znaczenia był też fakt, że procederem tym parało się naprawdę wielu.
Tu warto sobie zadać pytanie: skoro kary za kradzież był tak dotkliwe, skoro przed tak wieloma miastami stały uginające się pod skazanymi złodziejami szubienice, to dlaczego tylu ludzi podejmowało to ryzyko, i to często dla groszowych zdobyczy? Czyż surowość sędziów nie powinna skutecznie odstraszać potencjalnych amatorów cudzej własności? Przez cały okres staropolski prawo miejskie było równie bezwzględne dla łamiących siódme przykazanie, liczne źródła sądowe pokazują, że aż do rozbiorów z niezmienna ochotą skazywano w takich przypadkach na śmierć.
Przykład innej kwalifikowanej kary śmierci: łamanie na kole (Jacques Callot, Koło, 1633 r.)
Oto mamy przykład sytuacji, w której surowa kara i stosunkowo wysoki odsetek wykrywalności przestępstwa nie jest w stanie go ograniczyć. Wydaje się, że przyczyna leżała w strukturze społecznej. Niemal połowa oskarżonych o zawodowe zajmowanie się złodziejstwem to byli młodzi ludzie wywodzący się z rodzin rzemieślniczych, w dalszej kolejności osoby, które pośród swoich głównych źródeł zarobkowania wymieniały zawody takie jak sługa, wyrobnik, żołnierz najemny czy wykonawca innych prostych, nie wymagających specjalnych kwalifikacji profesji (woźnica, strażnik miejski).
Ci pierwsi, najliczniejsi, byli to zazwyczaj prawdopodobnie młodsi synowie rzemieślników. Niemający dużych szans na przejęcie warsztatów po swoich ojcach, skazani w najlepszym razie na pozostanie wiecznymi czeladnikami. W innych przypadkach, gdy mowa o włóczęgach, sługach lub żołnierzach, nierzadko mogli to być też zbiegli chłopi pańszczyźniani czy przedstawiciele biedoty miejskiej. Współcześnie użylibyśmy do ich określenia pojęcia marginesu społecznego. Wszystko to byli ludzie, którym społeczeństwo stanowe nie było w stanie zaproponować niczego lepszego niż ciężka, bardzo słabo płatna, a często też tylko dorywcza praca. Perspektywy kobiet z najbiedniejszych warstw społecznych były jeszcze gorsze. Służba albo prostytucja – poza tymi dwoma niewiele ról życiowych pozostawało im do odegrania. Nie dziwi chyba zatem, że dla niektórych o wiele atrakcyjniejsze wydawało się życie ryzykowne, ale swobodne i obiecujące przy odrobinie szczęścia wzbogacenie się – życie złodziejskie.

Bibliografia

  • Paweł Duma, Grób alienata. Pochówki dzieci nieochrzczonych, samobójców i skazańców w późnym średniowieczu i dobie wczesnonowożytnej, Avalon, Kraków 2010.
  • Bartłomiej Groicki, Ten Postępek wydan iest z Praw Cesarskich, ktory Karolus V. Cesarz kazał wydać po wszystkich swoich Państwiéch, druk Łazarz Andrysowicz, Kraków 1582 [dostępna w wersji elektronicznej: Wielkopolska Biblioteka Cyfrowa, 25 kwietnia 2014, dostęp 29 września 2014, <http://www.wbc.poznan.pl/dlibra/doccontent?id=308555>].
  • Paweł A. Jeziorski, Margines społeczny w dużych miastach Prus i Inflant w późnym średniowieczu i wczesnych czasach nowożytnych, Wydawnictwo Naukowe UMK, Toruń 2009.
  • Marcin Kamler, Złoczyńcy. Przestępczość w drugiej połowie XVI i w pierwszej połowie XVII wieku (w świetle ksiąg sądowych miejskich), Neriton, Warszawa 2010.
  • Andrzej Karpiński, Pauperes. O mieszkańcach Warszawy XVI i XVII wieku, PWN, Warszawa 1983.
  • Księga kryminalna miasta Dobczyc 1699–1737, opracował i wydał Maciej Mikuła, Wydawnictwo UJ, Kraków 2013.
  • Hanna Zaremska, Niegodne rzemiosło. Kat w społeczeństwie Polski XIV–XVI w., PWN, Warszawa 1986.
Redakcja: Roman Sidorski
Absolwent historii IH UW, wieloletni pracownik Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie, obecnie doktorant IH PAN; autor bloga historycznego "oto-panoptikum.blogspot.com"http://oto-panoptikum.blogspot.com. Interesuje go przede wszystkim historia społeczna i kulturowa okresu staropolskiego, ze szczególnym wskazaniem na mieszkańców miast, wsi oraz ludzi luźnych.
Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.
UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod zdjęciami, lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org


źródło

75 lat temu powstało Generalne Gubernatorstwo

Dominika Krawczyk 
GG – kiedyś dla Polaków ten skrót nie oznaczał internetowego komunikatora Gadu-Gadu. 12 października 1939 Adolf Hitler utworzył odrębną od III Rzeszy jednostkę administracyjną: Generalne Gubernatorstwo.
Wojsko niemieckie zaatakowało Polskę 1 września 1939 roku. Walki obronne trwały do 6 października. Terytorium polskie zostało podzielone między cztery państwa i po raz kolejny w historii przestało istnieć. Terytorium zaanektowane przez III Rzeszę podzielono na trzy okręgi włączone w jej granicę: Gdańsk-Prusy Zachodnie, Kraj Warty, Prowincja Górny Śląsk. Z czwartej części dekretem Hitlera z dnia 12 października 1939 roku utworzono Generalne Gubernatorstwo.
Mapa Generalne Gubernatorstwa z późniejszymi zmianami (aut. Lonio17, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa–na tych samych warunkach 3.0 niezlokalizowana).
Dekret wszedł w życie 26 października. Namiestnikiem został dr Frank Hans z tytułem Generalnego Gubernatora dla okupowanych polskich obszarów. Na stolicę wybrał sobie Kraków, a na siedzibę Wawel. Choć nie był zwolennikiem polityki terroru, właśnie tak dał się poznać Polakom – był odpowiedzialny między innymi za masowe zbrodnie czy represjonowanie polskich elit.
GG podzielono na cztery dystrykty: warszawski, krakowski, lubelski i radomski. Na jego terenie utrzymano polskie prawo, o ile nie było ono sprzeczne z prawem niemieckim. Generalny Gubernator mógł wydawać rozporządzenia ogłaszane w „Dzienniku rozporządzeń dla obszarów okupowanych w Polsce” i wchodzące w życie z dniem ich publikacji. Językiem urzędowym był niemiecki, polski zaś jedynie dopuszczano. Generalny Gubernator podlegał bezpośrednio Führerowi.
Generalne Gubernatorstwo, określane jako „kraj peryferyjny”, miało być obszarem na który wysiedlano Polaków z terytoriów włączonych do III Rzeszy. Stało się też terenem na którym dokonano eksterminacji ludności żydowskiej, mimo pojawiających się planów wysiedlenia jej na wschód. Od początku odbudowywano tu administrację, koszty utrzymania której ponosili mieszkańcy tego terytorium.
Defilada w Krakowie z okazji pierwszej rocznicy istnienia Generalnego Gubernatorstwa, październik 1940 r. (fot. ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 183-L16175, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Niemcy).
Polskie społeczeństwo o utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa mogło się dowiedzieć z proklamacji ogłoszonej w prasie 26 października 1939 roku. Można w niej przeczytać:
Każdy podporządkowujący się jednak sprawiedliwym zarządzeniom naszej Rzeszy, odpowiadającym w zupełności Waszym zwyczajom życiowym, spokojnie będzie mógł pracować. Zarządzenie nasze uwolni Was od wielu straszliwych braków, nad którymi cierpieć musicie dziś jeszcze w następstwie niewiarygodnej gospodarki Waszych dotychczasowych władców.
Lub też:
Oddziały armii niemieckiej przywróciły porządek na obszarach polskich. Ponowne zagrożenie pokoju europejskiego nieuzasadnionymi żądaniami tworu państwowego, który się więcej nie odnowi, powstałego ongiś z Wersalskiego Traktatu przemocy, zostało tym raz na zawsze usunięte.
Proklamację podpisał Gubernator Generalny dla zajętych obszarów polskich Frank. Nowy twór administracyjny stał się faktem.

Bibliografia:

  • Kozyra Waldemar, Okupacyjna administracja niemiecka na ziemiach Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1939-1945, „Annales Universitatis Mariae Curie-Skłodowska”, r. LX, 1, 2013, s. 35-51;
  • Proklamacja Generalnego Gubernatorstwa 26 X 1939„Generalgouvernement.pl”, dostęp: 11.10.2014;
  • Struktura administracyjna Generalnego Gubernatorstwa i dystryktu lubelskiego (organizacja i osoby odpowiedzialne)„Leksykon Lublina”, dostęp: 11.10.2014;
  • Utworzenie Generalnego Gubernatorstwa„Linia Mołotowa”, dostęp: 11.10.2014.
Redakcja: Tomasz Leszkowicz

Studentka historii na Uniwersytecie Warszawskim. Zainteresowana historią XX wieku, z której szczególnie lubi I i II wojnę światową oraz dwudziestolecie. Kocha czytać książki.
Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.
UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod zdjęciami, lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org