sobota, 29 listopada 2014

Frakcja Armii Czerwonej (RAF) - ciekawa audycja w Polskim Radiu

Ulrike Meinhof - żródło
Kolejna bardzo ciekawa audycja dotycząca niedawnej jeszcze historii.
Jeszcze 30, 40 lat temu o Ulrike Meinhof przywódczyni niemieckiej organizacji terrorystycznej Frakcja Armii Czerwonej mówili wszyscy.

Po latach genezę powstania tej organizacji przypomina   prof. Rafał Habielski

Więcej TUTAJ

"Baby pruskie" pochodzące z okolic Susza

Spacerując w Gdańsku nad Motławą, możemy obejrzeć dwa niezwykłe kamienie, przypominające kształtem jakieś postacie.
Są to "baby pruskie"

Pierwsza z nich pochodzi z pogranicza Nipkowa i Susza a druga z granicy pomiędzy Suszem, Różnowem i Bronowem.




Stanisław Sosabowski – „Droga wiodła ugorem. Wspomnienia” – recenzja

Krzysztof Kloc 
Książka generała Stanisława Sosabowskiego została przyjęta bardzo ciepło na rynku wydawniczym i doczekała się już pozytywnych wzmianek i omówień. Wspomnienia generała, wznowione przez krakowskie Wydawnictwo Literackie, to jednak nie tylko barwna niekiedy gawęda o życiu Sosabowskiego, ale też ważny dokument, głównie dla dziejów sprawy polskiej podczas II wojny światowej.

Autor: Stanisław Sosabowski
Tytuł: Droga wiodła ugorem. Wspomnienia
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-08-05465-9
Format: 216×156 mm
Oprawa: twarda
Stron: 432
Cena: 44,90 zł

Ocena naszego recenzenta: 7/10
(jak oceniamy?)
Inne recenzje książek historycznych
Biografia Stanisława Sosabowskiego jest jednym z wielu jakże podobnych do siebie życiorysów owego „najszczęśliwszego pokolenia”, jak to określił swego czasu Henryk Wereszycki – ludzi, którzy nie tylko walczyli o niepodległą Polskę, ale także doczekali Drugiej Rzeczypospolitej i uczestniczyli w jej życiu państwowo-publicznym. Sosabowski urodził się w Stanisławowie, od najmłodszych lat brał udział w tajnych kołach samokształceniowych, później związał się z młodzieżowymi organizacjami niepodległościowymi, by w końcu trafić w szeregi tajnej Armii Polskiej, a następnie jawnych już Drużyn Strzeleckich. W czasie Wielkiej Wojny służył w wojsku monarchii habsburskiej, w wolnej Polsce zaś zasilił szeregi polskiej armii, w której zrobił, może nie zawrotną, ale karierę – dosłużył się stopnia pułkownika, a w czasie kampanii polskiej 1939 roku dowodził słynnym 21. Pułkiem Piechoty „Dzieci Warszawy”.
W początkach okupacji Sosabowski zaangażował się w działalność konspiracyjną, czego owocem była jego misja do Rumunii, a następnie – już na polecenie gen. Władysława Sikorskiego – podróż do Francji, w której późniejszy generał, zgodnie ze swymi kompetencjami, zajął się pracą organizacyjną polskiego wojska. Czytelnik śledzi zatem losy Sosabowskiego, które łączą się nierozerwalnie z węzłowymi problemami polskiej historii pierwszej połowy XX wieku. Sosabowski jest jednak moim zdaniem nader oszczędny w dzieleniu się z czytelnikiem różnego rodzaju zakulisowymi sprawami i ciekawostkami, w których niewątpliwie, z racji swej biografii, musiał uczestniczyć, które musiał widzieć lub chociaż o nich słyszeć. Tymczasem cały ten okres potraktowany został przezeń raczej oszczędnie.
Sosabowskiego zresztą specjalnie nie ukrywa, że najważniejszym dla niego wydarzeniem w jego życiu zawodowym była działalność na polu formowania Samodzielnej Brygady Spadochronowej, jej dowództwo i późniejsze losy jako jednostki, która pierwsza „najkrótszą drogą” dotrzeć miała do Polski. Zapiski generała dotyczące tego czasu są bardzo emocjonalne, niepozbawione patosu, zahaczające o pewnego rodzaju rozliczenie brygady zarówno z jej historią, jak i ludźmi, którzy mieli wpływ na jej dzieje i postrzeganie po zakończeniu wojny. Rozrachunki, które prowadzi generał, szczególnie w kontekście operacji Market-Garden, są z gruntu natury prywatnej, a jednocześnie są one tym, czego czytelnik zazwyczaj domaga się od autora wspomnień – zakulisowym poglądem na bądź co bądź jedną z bardziej rozpalających emocje spraw związanych z Polskimi Siłami Zbrojnymi na Zachodzie. Nie miejsce ani czas, aby przytaczać tutaj całe wywody Sosabowskiego, w których kreśli on historię owej słynnej operacji, konflikty i zatargi z Brytyjczykami, nieporozumienia z polskimi władzami etc. Zresztą generał zaopatrzył swą książkę w załączniki, w których umieścił kilka ciekawych dokumentów naświetlających te sprawy, które są przecież już dziś dość dobrze zbadane.
Dla mnie najważniejszym motywem tej książki, i pod tym kątem po jej przeczytaniu na nią spoglądam, jest kwestia sprawy polskiej podczas drugiej wojny światowej, której losy Brygady są tylko małym wycinkiem. Daje on jednak możliwość refleksji natury ogólnej, choć nie wiem, czy takie było zamierzenie Sosabowskiego. Chyba jednak nie, w czasie lektury bowiem, szczególnie ostatnich częściach książki, miałem nieodparte wrażenie pewnego rodzaju megalomanii Sosabowskiego w kontekście zasług Brygady, a w szczególności swoich własnych, choć wielokrotnie na łamach swych wspomnień generał, co również znamienne, od takiej postawy się odcinał. Niemniej jest rzeczą symptomatyczną postawa Sosabowskiego i jego żołnierzy, którzy do ostatnich dni wierzyli – bądź wierzyć chcieli – że ich Brygada tak jak to było planowane, będzie przeznaczona do działań operacyjnych na terenie Polski. Postępowanie Brytyjczyków, odbierane często przez generała na płaszczyźnie pewnej prywaty, wynikało właśnie z rzeczy wręcz odwrotnej: sprawa polska dla Zachodu była już wówczas – jeszcze przed Jałtą – przegrana, a mrzonki polskiego generała zupełnie nierealne.
Czy Sosabowski nie zdawał sobie z tego sprawy? Nie mam pojęcia; wiem jednak, że zachowanie generała w stosunkach z aliantami – pełne godności, poczucia polskiej racji stanu, niezależne i suwerenne – było wyrzutem sumienia nie tylko dla brytyjskich gospodarzy, u których przyszło żyć Sosabowskiemu po zakończeniu wojny (o czym zresztą szeroko opowiada), ale również dla licznych polskich dostojników wojskowych. Książka zatem przybiera w pewnym momencie, choć nie w sposób bezpośredni, postać zapisu historii zdrady Polski i Polaków podczas ostatniej wojny światowej. W tym kontekście jest to książka smutna, ale również staje się pod wieloma względami lekturą obowiązkową.
Redakcja i korekta: Agnieszka Leszkowicz

Doktorant w Instytucie Historii Uniwersytetu Pedagogicznego im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie, gdzie pod okiem prof. dra hab. Mariusza Wołosa przygotowuje biografię ambasadora Michała Sokolnickiego. Interesuje się historią społeczną i polityczną Drugiej Rzeczypospolitej ze szczególnym uwzględnieniem polityki historycznej Polski Odrodzonej, biografistyką tego okresu, a także dziejami międzywojennego Krakowa. Publikował m.in. w „Niepodległości”, „Pro Fide Rege et Lege” oraz w krakowskim „Konspekcie”.
Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.
UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod zdjęciami, lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org


żródło

15 potraw staropolskich, które warto przypomnieć

Paweł Rzewuski 
Co druga polska potrawa opatrzona jest przymiotnikiem „staropolska”. Mamy więc przyprawy do mięsa, chleby, gulasze, bigosy i pierogi. Pytanie brzmi: ile z tego wszystkiego jest staropolskie?


Compendium ferculorum albo zebranie potraw Stanisława CzernieckiegoNa początku warto ustalić, co znaczy sam termin „staropolski”. Zazwyczaj rozumie się pod tym pojęciem różne aspekty polskiej kultury, które nie są już obecne w czasach współczesnych lub funkcjonują jako relikty. Zwyczajowo uważa się, że staropolszczyzna to polska kultura do rozbiorów, zaś wiek XIX jest już zupełnie inną sprawą. Tymczasem niemalże sto procent potraw, które szumnie określa się jako „staropolskie”, pochodzi z czasów Marii Ochorowicz, czyli schyłku wieku XIX.
Nie ma w tym nic dziwnego – prawdziwa kuchnia staropolska dla większości ludzi byłaby raczej niestrawna, a przynajmniej niesmaczna. Pierwsza zachowana książka kucharska pt.Compendium Ferculorum albo zebranie potraw wyszła w 1682 roku spod pióra Stanisława Czarnieckiego, kuchmistrza wojewody Aleksandra Michała Lubomirskiego, czyli magnata, co ma szalenie istotnie znaczenie. Nie jest ona bowiem dla polskiej kultury kulinarnej typowa.
W wieku XVII (nawet jeżeli zawęzimy nasze spojrzenie do szlachty) królowały staropolskie kasze gryczane i staropolskie kasze jaglane, staropolskie chleby żytnie oraz staropolska kapusta i groch. Mięsa i różnego rodzaju wykwintne potrawy należały raczej do rzadkości, co było w dużej mierze wynikiem zawieruchy drugiej połowy XVII wieku i zniszczenia kraju – stół ojca pana Kmicica był nieporównywalnie bogatszy niż pułkownika Andrzeja. Na zamożniejszych dworach było jednak jak dawniej, pojawiały się też nowe przysmaki, takie jak kawa, czekolada czy też herbata.
Uczta wydana przez Jana III Sobieskiego 6 lipca 1684. Być może jednym z kuchmistrzów przygotowujących potrawy był Stanisław Czerniecki.
Przyjrzyjmy się zatem wybranym potrawom staropolskim z magnackiego stołu, o których większość szlachty mogła co najwyżej pomarzyć. Zapraszamy zatem do staropolskiego stołu (wyjaśnienie terminów nieznanych, za wydaniem Compendium... z Muzeum Pałacu w Wilanowie, na końcu tekstu).

Rosół polski

Faktycznie, klasyczny niedzielny rosół ma swoje korzenie w czasach zamierzchłych:
Sposób polskiego rosołu gotowania taki. Weź materyją mięśną wołową albo cielącą, jarząbka albo kuropatwę, gołąbie i cokolwiek mieśniego jest, co może do rosołu gotowano i zwierzyny wszystkie. Wympocz, wysoluj pięknie i ułóż w garnku, ociągnej. Ten zaś rosół w którymeś ociągał kiedy się postoi, przecedz przez sito i wlej w tę materyją mięsną, włóż pietruszki, masłam przysól, odszymuj. A gdy dowre, daj gorąco na stół.
Trzeba też wiedzieć, że na każdy rosół co potrzeba, żeby wodą albo wiatrem nie śmierdział, to jest pietruszki albo kopru, cebulę albo czosnku, kwiatu muszkatowego albo rozmarynu, albo całkiem pieprzu, według smaku albo upodobania, limona tez i rozmaryn żadnego nie oszpeci rosołu.

Potrawa czarno gotowana z juszycą

Skoro jesteśmy przy zupach nie mogło zabraknąć czarnej polewki, którą podano między innymi Jackowi Soplicy. Jest to jedna z nielicznych potraw uważanych za staropolskie i będących taką faktycznie:
Gąskę młodą albo zajączka albo cokolwiek młodego bijesz, spuść juszycę tak; weźmiej octu dobrego, zgrzej, juszycę albo krew tę, co żywego bijesz, spuść na ten ocet, a mieszaj, też zaś materyję mięsną porąbawszy albo rozebrawszy, dowarz i odbierz, wlej tę krew z octem, którą juszycą zowiesz, a warz, usmaż cebulę w maśle, przebij przez sito chleba żytniego trochę. Przydaj octu, słodkości, pieprzu, imbieru, cynamonu, goździków, soku wiśniowego. Przywarz soli nie przyjmując daj lubo gorąco, lubo na zimno.

Potrawka z pistacjami

Skoro zjedliśmy zupę czas zacząć insze potrawy. Na przykład potrawkę:
Weź kapłona albo gołębi, ochędoż, a nie płocz, rozbierz, włóż w rynkę, przydaj masła dorego, cebule, pietruszki drobno, rosołu trochę warzy nakrywszy. Weź jadręk pistacjami, pięknych niemało, włóż w tę potrawę, przydaj pieprzu, i kwiatu, warz nakrywszy. A gdy dowiera, daj gorące na stół.
Kapłon, czyli wykastrowany kogut – przysmak dawnej kuchni polskiej – przygotowany do pieczenia (fot. Sasheena, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0).

Kapłon octem nalany żywcem

Nie tylko kuchnia francuska znała potrawy, od których włos jeży się wszystkim obrońcom zwierząt, czy nawet ludziom o mniejszej dozie wrażliwości na cierpienie:
Weź kapłona żywego, nalej mu lejkiem w gardło octu winnego a zawiąż i zawieś na godzin pięć. Oskub pięknie, ochędoż, upiecz zwyczajnie albo nagotuj jak chcesz.

Bigosek z jarząbka

Bigos jaki znamy dzisiaj ma tylko trochę wspólnego z tym, co jadali nasi antenaci. Bigosem nazywano kiedyś każdą potrawę która była drobno posiekana. Z zasady były one znacznie rzadsze niż dzisiejszy przysmak:
Uwarz albo upiecz jarząbka, obierz mięso osobno, skrajaj bardzo drobno, wlej trochę rosołu, masła młodego, kminu tartego. Przywarz, a daj ciepło. Możesz też kwiatu przydać i wcisnąć cytrynę.

Comber jeleni

Jednak nie samym ptactwem szlachcic żyje! Czas więc przygotować upolowanego niedawno jelenia:
Weź comber jeleni, danieli, bawoli, wołowy, sarni, wieprza dzikiego, którego według deskrypcyjej wzwyż mianowanej masz uyciąć, a ochędożywszy namocz w occie dobrym, przysypawszy ten ocet soli, majeronu, kolendry, a mocz to godziny cztery czy pięć. Weźmij potym słoniny, nakrajaj długo i przez mięsiste, a chudsze miejsca prześpikuj uwiń w płótno, warz w tym occie w którymeś moczył, zasoliwszy dobrze. A gdy uwrem wyłóż na misę, potrzesnąwszy różnym kwieciem daj na zimno.

Ozorki karpiowe

Na tym skończymy przygodę z królestwem zwierząt lądowych i przeniesiemy się do rzek, stawów i mórz. Dziś niektórzy jadają ozorki wołowe albo cielęce – Pan Lubomirski jadał karpiowe, choć w tym wypadku chodziło po prostu o mięso z pyska ryby:
Powybierawszy ozorki karpiom, włóż w rynkę masła dobrego, cebulę, siekanej pieczonej, ociągnij to w maśle, wlej trochę wody, soli, limoną usiekają drobno, pieprzu i gałki. Przeważ a daj na stół.
Karp - król polskich ryb, przyrządzany przez dawnych kucharzy na wiele sposobów (fot. Dezidor, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution 3.0 Unported).

Bigosek z ryb jakich chcesz

Podaliśmy przepis na bigos z jarząbka – teraz czas na bigos z ryby:
Rybę weźmij jaką chcesz, oczesz, upiecz pięknie, podrap, kości wyrzuć, limonę drobniusieńko usiekaj i w talarki wkrajaj, oliwek nawyłupuj, wlej oliwy, wina, octu, cukru, pieprzu, cynamonu. Przywarz, a daj a możesz i na zimno dać, nie przewarzając.

Karp bez kości

Oczywiście nie może zabraknąć absolutnej klasyki polskich stołów, czyli karpia bez ości:
Weź karpia dobrego, zdejmij skórę z niego tak ostrożnie, żebyś dziury nie uczynił, głowę usmaż, a to mięso z karpa odjąwszy i od kości, i usiekaj drobno surowo, drugiego karpia do tego przyłożywszy. Usmaż te siekaninę w maśle albo oliwie, przydawszy do tego bardzo drobno siekanej pieczonej albo smażonej.
Daj rożenków drobnych, cukru, pieprzu, soli, cynamonu i trochę tartego chleba, zmieszawszy to wszystko nałóż tę skórę karpiową, miej brytfannę glinianą, wlej oliwy albo masła, żeby zamókł ten karp, włóż w brytfannę karpia nałożonego i głowę przyłóż i figatellami z tejże materyjej robionego obłóż. Ociągaj wywracając a gdy się ociągnie, wlej wina, octu winnego, limonią, cukru, cynamonu i pieprzu. Przywarz a daj całkiem na misę.

Jesiotr

Rzecz jasna nie tylko karpie królowały na staropolskich stołach. Znaleźć można tam było również przepisy na innego popularnego mieszkańca polskich wód, czyli jesiotra:
Weżmij kilka dzwonów jesiotra, ociągnij w oliwie albo w maśle. Usmaż cebule i pietruszki drobno krojoanej w maśle albo w oliwie, złóż to społem, daj wina, różenków obojga, słodkości, pieprzu, imbieru, cynamonu, masła albo oliwy, szafranu. Przyważ a daj na stół.

Z raków bigoskiem ryby bez botwiny

Ryby to nie jedyni mieszkańcy polskich wód. Tradycja jedzenia raków sięga dawnych czasów:
Bigosek z raków wyłupanych miej, szczupaka oczeasnego zrysuj i we dzwonka skrajaj, włóż w rynkę, cebulę i pietruszkę drobno zasól, wody wlej a warz. A gdy odważysz bigosek, daj masła, pieprzu, kwiatu, a przywarzywszy daj na stół. Możesz cytrynę wycisnąć albo octu winnego kieliszek wlać.

Bobrowy ogony

Compendium co prawda pojawiły się ślimaki, jednak książka Czarnieckiego obfitowała w znacznie ciekawsza propozycje – na przykład bobrowe ogony:
Odważywszy ogon bobrowy, który jeżeli chcesz, możesz w sztuki porabać, który w occie i soli odważysz. Uwierć czosnku jako masło, octu winnego, oliwy albo masła. Przywarz, polej a daj na stół.
Czy kuchnia staropolska miała smak słodko-gorzki niczym migdały? (fot. Danielle Keller, domena publiczna).

Polewka migdałowa

Po przegryzieniu ostatniego kęsa bobrowego ogona i popiciem go kielichem węgrzyna, czas zabrać się za rzeczy innego rodzaju, czyli słodkości:
Oparzone migały pokrajaj i uwierć w donicy, rozpuść wodą włóż cukru, rożenków drobnych, przywarz. Miej ryz osobno warzony ładź na półmiski a zalewaj polewką.

Jajecznica z winem

Czasem zamiast migdałów człowiek po niełatwej nocy ma ochotę zjeść jajecznicę. Wtedy może czekać go odpowiednie śniadanie:
Masła w rynce rozpuść, jajec rozbij z winem i cukrem i cynamonem, ubij to społem a wlej na gorące masło, usmażywszy daj z rynką a nie mieszaj.

Ciasto na post opłatczane

Czasami zaś chociaż noc był ciężka, wypadał post, a przecież i wtedy warto było zjeść coś innego:
Weźmij opłatków pokrajaj w kwadrat jak wielkie chcesz sztuczki, rozrób mąki wodą i drożdżami, a poczekaj, aż pocznie robić, przydaj szafranu. Weźm i konfektu, jakiego chcesz, składaj po dwa opłatki, a w śrzodek kładź konfektu, a kraje maczaj w tym cieście zrabiony puszczaj na gorącą oliwę albo olej. Smaż a pocukrowawszy daj na stół.
Przytoczone powyżej przepisy wymagają pewnego komentarza. Po pierwsze, tak jak pisałem na początku, potrawy te gościły na stołach magnatów i co bogatszych szlachciców. U większości herbowych pojawiały się przy świętach i różnego rodzaju okazjach jak wesela, pogrzeby czy chrzciny.
Uczta u Wierzynka (aut. Bronisław Abramowicz, 1876, domena publiczna).
Po drugie, ilość przypraw, które Czarniecki sypał do swoich potraw, teraz zabiłaby przeciętnego Polaka. Powody takiego stanu był dwa: po pierwsze mięso nie zawsze było wzorem świeżości i bywało nieco zaśmierdłe. Przyprawy były też jednym z atrybutów bogactwa i trzeba było je sprowadzać z daleka. Zastaw się, przypraw mięsiwo i pokaż się przed sąsiadem, że comber jeleni pływa w gałce muszkatołowej – tak można streścić filozofię szlacheckiego gotowania.
A oto obiecany słownik, który pomoże w czytaniu przepisów:
Donicagliniana naczynie do ucierania
Figatellepulpety z różnego rodzaju mięs
Juszycakrew lub krew z octem
Konfektowoce, ziele albo płatki róż smażone w miodzie lub w cukrze, a następnie zaprawione słodkim sokiem.
Kwiatgałka muszkatułowa
Ochędożyćoprawić
Rynkanaczynie o płaskim danie, służące do smażenia, podobne do rondla
Zrysowaćoprawić z łusek ryby

Student filozofii i historii Uniwersytetu Warszawskiego. Zainteresowania badawcze historyczne: teoria literatury, historia Polski i Rosji w pierwszej połowie XX w., historia Rzeczpospolitej Obojga Narodów, systemy państw totalitarnych i historia filozofii. Zainteresowania badawcze filozoficzne: bioetyka psychopatologii, filozofia umysłu, neurologia, tożsamość osobowa w czasie, ontologia Internetu. Wielki fan twórczości Bacha oraz wielbiciel Kaczmarskiego i Iron Maiden.
Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.
UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod zdjęciami, lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org


źródło


niedziela, 23 listopada 2014

I śmiesznie i straszno: 10 przypadków z życia codziennego pod okupacją

Paweł Rzewuski 
Warszawa z okresu II wojny światowej kojarzy się jako miejsce ponure i niebezpieczne: z jednej strony ciągłe łapanki i terror okupanta, z drugiej żołnierze podziemia, walka o wolność i zamachy na Niemców. Obok tego żyli jednak zwykli ludzie, którzy niczym Leon Kuraś z Polskich dróg chcieli po prostu przetrwać wojnę. Niejednokrotnie zaś było wręcz groteskowo.

Żółwie

Wojna niesie za sobą poważne problemy z aprowizacją. Potrawy, które jeszcze wczoraj były codziennością, w warunkach wojennych stają się rarytasem. Nic dziwnego, że trzeba było szukać różnego rodzaju zamienników. I tak oto w Warszawie pojawiły się... żółwie.
Mężczyzna czytający afisze na warszawskiej ulicy, 1940 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa, sygn. 2-223-3, domena publiczna).
Sprowadzili je Niemcy z Włoch i Grecji chcąc załagodzić problemy z dostępnością jedzenia. Sprzedawano je w wózkach po 25 lub 50 złotych za sztukę. Ludzie zaś kupowali i jedli, gdyż przepis na zupę żółwiową znany był już przed wojną. Jadł pewnie i Wiech, bo opisał tę sytuację wCafe pod Minogą, a także mazowiecki etnograf Adam Chętnik.

Kawiarnia przez aktorki prowadzona

Wojna przyniosła również pauperyzację całej rzeszy ludzi. Wśród nich byli także inteligenci, między innymi aktorzy. Ci ostatni, o ile nie chcieli pracować dla okupanta, musieli znaleźć prace w innym miejscu. Nałkowska zmuszona byłą prowadzić trafikę (sklep z wyrobami tytoniowymi), co nie za bardzo jej wychodziło, bowiem nie wczuła się w brutalne prawa rządzące rynkiem.
Riksze przed kawiarnią Adria, 1940 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa, aut. Bilażewski-Bil Mieczysław, sygn. 2-7983, domena publiczna).
Zdecydowanie lepiej powodziło się restauracji „U aktorek” na ulicy Mazowieckiej (wcześniej na rogu alei Jerozolimskiej i Piusa XI), prowadzonej przez przedwojenne aktorki, które nie chciały grać w niemieckich produkcjach. Pod kierownictwem Zelwerowiczowej w lokalu pracowały między innymi Mieczysława Ćwiklińska, Zofia Lindorfówna czy Janina Romanówna, występował zaś w niej między innymi Jerzy Warnecki.

Kawa u Polaków

Aprowizacja stanowiła nie lada problem – całe szczęście Warszawa była stolicą czarnego handlu. Niezwykłe świadectwo o faktycznym wymiarze kantów jakie miały miejsce w okupowanej Warszawy dał niemiecki urzędnik dr. Blaschka w swoim Sprawozdaniu z podróży służbowej do Generalnego Gubernatorstwa w dniach 21-26 sierpnia 1942 roku.
Kawiarnia i fryzjer na ul. Złotej 8, 1940 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa, aut. Bilażewski-Bil Mieczysław, sygn. 2-6284, domena publiczna).
Opisał on m.in., że w polskich restauracjach można dostać prawdziwe mięso i prawdziwą kawę, i to pochodzącą z niemieckich przydziałów dla rannych żołnierzy, która w magiczny sposób znajdywała się na składzie polskich restauratorów.

Wagony ze zbożem

Nie był to jednak koniec rewelacji. Wiadomo, że w czasie wojny problem jest nie tylko zdobycie jedzenia, ale również innych dóbr, w tym między innymi węgla. I dlatego trzeba było starać się o pozyskanie tego jakże potrzebnego surowca wszystkimi możliwymi drogami. Węgiel zaś najłatwiej kraść z wagonów stojących na bocznicy. Podobno w niełatwych latach wojny procederem tym zajmował się sam Łukasz Siemiątkowski, słynny Tata Tasiemka, trudno jednak jednoznacznie stwierdzić na ile jest to prawda.
Warszawski bazar, 1941 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa, aut. Krystyna Chruścielska, sygn. 2-7234, domena publiczna).
Kradziono jednak nie tylko węgiel, ale też inne dobra, na przykład... pszenice. Niekiedy zaś, chciałoby się powiedzieć, z opakowaniem. Niemiec Blaschka pisał:
Na pewnym dworcu skradziono 16 wagonów pszenicy i kiedy ją sprzedano, usiłowano także zarobić na sprzedaży wagonów. Sprawa ta ujawniła się tylko dlatego, że nagle na czarnym rynku oferowano wagony kolejowe.

Niemcy kupują na czarnym rynku

To, że incydentalnie zdarzały się wypadki, w których Niemcy chodzili na niemiecką kawę do polskiej restauracji (bo w lokalu „Nur für Deutsche” jej nie było) to jedno. Ale niemieckie urzędy zaopatrujące się na czarnym rynku? To już sprawa innego kalibru. Nieoceniony Blaschka i taką sytuację znalazł i opisał:
Pewnego dnia państwowemu Urzędowi Gospodarki Benzyną zaoferowano kupno 5 000 litrów benzyny z handlu pokątnego [najpewniej niemieckiej – P.Rz]. Ten urząd państwowy zbadał cenę, uznał ja za wygórowaną i odmówił z tego powodu kupna. Nie wiadomo jednak, czy w związku z tym podjęto jakieś kroki. Powstaje pytanie, jaką opinią cieszą się niemieckie władze u Polaków, jeżeli pokątni handlarze uważają za stosowne zaoferować swój towar najpierw właściwej w danej branży urzędowej komórce.
Handlarki na Kercelaku, 1944 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa, aut. Greiff, sygn. 2-7238, domena publiczna).
W tym wypadku jak widać transakcja nie doszło do skutku, ale wiadomo o dwóch wypadkach w których Niemcy kupili od żydowskiego kupca z getta produkty strategiczne w rozwoju gospodarki: w pierwszym zakupiono dzięki czarnemu rynkowi dużą partię konwi do mleka, w drugim zaś koniczynę siewną, dzięki czemu wykonano plan zasiewu.

Broń

Dwa były bazary Warszawy: Kercelego i Różyca. Na obu, niczym do niedawna na Stadionie Dziesięciolecia, można było kupić wszystko, przy czym pod terminem „wszystko” naprawdę kryje się każdy z możliwych towarów. Na placu Kercelego bardzo chętnie handlowano bronią, a robili to sami Niemcy. Co więcej, broń tę kupowali zazwyczaj członkowie Polskiego Państwa Podziemnego. Żołnierze Hitlera pozbywali się broni głownie ze względów finansowych, informując, że stracili ją w bliżej nieokreślonych okolicznościach. Szczególnie chętnie uzbrojenia pozbywali się żołnierze węgierscy, którzy gdyby tylko mogli sprzedaliby na czarnym rynku czołg.
Warszawski Kercelak, 1944 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa, aut. Greiff, sygn. 2-7238, domena publiczna).
Dokładnie procedurę handlu bronią opisał Wiech w Cafe pod Minogą, kiedy to jeden z jego bohaterów jechał na Kercelaka aby tam zaopatrzyć się w rury, czyli odpowiednią broń. Ten rodzaj handlu miał również swoje odzwierciedlenie w okupacyjnym humorze:
– Rury rury – krzyczy sprzedawca.
Podchodzi do niego klient.
– Poproszę kolanko.
Sprzedawca odkrywa poły płaszcza i ukazuje komplet pistoletów.
– Panie, przecież to broń? – krzyczy przerażony przyjezdny – Niemcy, aresztują, tragedia!
– A pan kochany z Krakowa?

Fałszerz z getta

Trudno w to uwierzyć, ale w początkowym okresie okupacji niemieckiej centrum fałszerstwa mieściło się w getcie żydowskim. I wcale nie chodzi o rzeczy tak oczywiste jak lewe paszporty czy świadectwa chrztu. Dosyć często po prostu fałszowano pieniądze.
Popisy akrobatów na ul. Szpitalnej, 1942 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa, aut. Bilażewski-Bil Mieczysław, sygn. 2-10572, domena publiczna).
W literaturze możemy znaleźć ślady dwóch takich procederów. Pierwszy zanotował Franciszek Wyszyński, warszawskim emeryt, który jakoby spotkał się z sytuacją, że Żydzi biją złote dolary i ruble. Drugi jest lepiej udokumentowany. Jak podają autorzy Przestępczości Żydów w Warszawie 1939-1942, na jesieni 1941 roku złapano w getcie szajkę fałszerzy złotówek. Wpadli w wyniku donosu poszkodowanej Polki, która chciała w getcie sprzedać masło i wydano jej resztę w postaci trafnych 50 złotówek. Śledztwo wykazało, że w procederze brało udział przynajmniej 5 osób. Dokładna skala jest jednak nieznana.

Napady

Ogólnie rzecz ujmując przestępczość w okupacyjnej Warszawie jest do tej pory karta niejasną. Trudno osądzić, które z napadów, rabunków i zabójstw było dokonane przez polskie podziemie w ramach walki z okupantem, a które były po prostu aktami kryminalnymi.
Niemiecki wartownik przed bramą Cytadeli, 1940 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa, sygn. 2-8982, domena publiczna).
Problem mieli też okupanci. Kiedy Armia Krajowa napadła na konwój z pieniędzmi w ramach Akcji Góral, władze niemieckie nie zarządziły akcji odwetowej, bowiem nie były początkowo w stanie stwierdzić, czy po prostu nie doszło do zwykłego napadu. Wystarczy zresztą spojrzeć na statystki: od sierpnia roku 1942 do maja 1944 roku samych napadów było blisko 1300, kradzieży zaś blisko 25 tysięcy.

Alkoholizm

O ile w dwudziestoleciu międzywojennym problem alkoholu stanowił olbrzymia plagę, o tyle podczas II wojny światowej przybrał wręcz niewyobrażalne rozmiary. Wojna odcisnęła swoje piętno na wszystkich i wszyscy chcieli zapomnieć o swoich przeżyciach. Najprostszym i najskuteczniejszym sposobem był alkohol.
W warszawskiej gospodzie, 1940 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa, sygn. 2-10564, domena publiczna).
Pijaństwo rozprzestrzeniało się nie tylko wśród robotników, ale również pośród inteligencji. Szczególnie wielkie spustoszenie wyrządził wśród młodych ludzi. Starczy chociażby wskazać młodego i zdolnego literata Tadeusza Borowskiego i jego częste zaglądanie do kieliszka.

Tombakowa młodzież

W Warszawie można też było spotkać dosyć często przedstawicieli tak zwanej „tombakowej młodzieży”. Ci entuzjaści jazzu nosili się zazwyczaj w podobny sposób jak to czynili francuscy „zazous”. Paradowali więc w długich, sięgających niemalże do kolan marynarkach i wąskich spodniach. Praktyki noszenia się w ten sposób potępił gadzinowy „Nowy Kurier Warszawski” w artykule zatytułowanym właśnie Tombakowa młodzież.
Plaża przy moście średnicowym, 1941 r. (fot. ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego, Wydawnictwo Prasowe Kraków-Warszawa, sygn. 2-6292, domena publiczna).
Niewiele wiadomo na ich temat. Tomasz Szarota w swojej fundamentalnej pracy o codzienności okupowanej Warszawy poświęcił im zaledwie jeden akapit. Zgodnie z niektórymi przekazami jedną z ich rozrywek miało być... pozdrawianie Niemców wyszukanym niemieckim, tak, by nie wiedzieli oni czy robi się z nich żart czy traktuje poważnie. Trudno jednak dziś stwierdzić ile w tym prawdy, a ile mitu.
Student filozofii i historii Uniwersytetu Warszawskiego. Zainteresowania badawcze historyczne: teoria literatury, historia Polski i Rosji w pierwszej połowie XX w., historia Rzeczpospolitej Obojga Narodów, systemy państw totalitarnych i historia filozofii. Zainteresowania badawcze filozoficzne: bioetyka psychopatologii, filozofia umysłu, neurologia, tożsamość osobowa w czasie, ontologia Internetu. Wielki fan twórczości Bacha oraz wielbiciel Kaczmarskiego i Iron Maiden.
Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.
UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod zdjęciami, lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org


źródło

Wielka Schizma Zachodnia, czyli jak papieże podzielili Europę

Marcin Sałański 
5 listopada 1414 r. rozpoczął się sobór w Konstancji, który miał zakończyć Wielką Schizmę Zachodnią. We wszystkich krajach wstrząsnęła ona świadomością religijną ówczesnych chrześcijan. Niekiedy w historiografii jej znaczenie było wyolbrzymiane, ale nie da się dziś zaprzeczyć, że schizma w znacznym stopniu położyła fundamenty pod powstanie kościołów narodowych…
U podstaw schizmy bez wątpienia legły próby powrotu awiniońskich papieży do Rzymu. Próby takie już na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XIV w. podejmował papież Urban V, dla którego przebywanie na terenie Francji, coraz częściej nękanej przez rosnącą liczbę maruderów po pokoju w Bretigny, było bardzo uciążliwe. Próby te jednak nie przyniosły oczekiwanych skutków. W połowie lat siedemdzisiątych XIV w. kolejną próbę podjął Grzegorz XI. Zachęcany do czynu m.in. przez św. Katarzynę ze Sieny, podejmował on zarówno finansowe, jak i dyplomatyczne działania przybliżającego jego powrót do Wiecznego Miasta. Powróciwszy w końcu w 1377 r. do Rzymu papież liczył, że tym samym dojdzie do porozumienia ze swoimi włoskimi poddanymi.
Papież Grzegorz IX
Gdy w roku 1378, po ponad 60 latach tzw. niewoli awiniońskiej, papież Grzegorz zmarł, odbywające się, już w Rzymie, konklawe na samym początku zakłóciły zamieszki. Obradowano bowiem pod naciskiem tłumu, który domagał się wyboru, jeśli nie Rzymianina, to chociaż Włocha. Tak też się stało i nowym papieżem został Urban VI. Ze względu jednak na jego niezrównoważony i gwałtowny charakter szybko popadł on w konflikt z francuskimi kardynałami. Nowy papież nie myślał dzielić się z kardynałami ani władzą, ani pieniędzmi, jak to miało miejsce w czasie rezydowania papieży w Awinionie. Część z kardynałów, głównie Francuzi, rychło uciekła z Rzymu i w pół roku później w Anagni obrali papieżem Roberta z Genewy, który przybrał imię Klemensa VII. Rozpoczęła się schizma.
Wielka Schizma w Europie

Niewola awiniońska jako preludium schizmy

Wydarzenia roku 1378 nie były niczym nowym, podobnie jak sama schizma trwająca do 1417 r. Już we wcześniejszych czasach władcy – głównie cesarze – w rywalizacji z papiestwem powoływali wiernych sobie antypapieży. Dla zagadnienia wielkiej schizmy ważne jest zrozumienie, że była ona efektem kryzysu w samym Kościele katolickim. Jego wyrazem była także tzw. niewola awiniońska trwająca od 1309 do 1378 r. W tym czasie papieże przebywali głównie w Awinionie, na lewym brzegu Rodanu, który formalnie należał do wasali i sojuszników papiestwa, królów Neapolu. Sytuacja taka nie była normalna. Papież był bowiem biskupem Rzymu i wikariuszem Chrystusa i jako taki powinien przebywać przy grobie św. Piotra. Z tego powodu papieży awiniońskich bardzo często krytykowano w tym okresie, choć słyszalne były także głosy usprawiedliwiające ich obecność w południowej Francji.
Jak jednak doszło to takiej sytuacji? Badacze podają kilka powiązanych ze sobą powodów. W samej Italii nie było w tym okresie bezpiecznie. O ile na północy rządzili gibelinowie, o tyle w samym Rzymie władza municypalna składała się głównie z członków opozycji antypapieskiej. Nad Rodanem papież mógł zaś czuć się bezpiecznie, szczególnie, że niedaleko znajdowało się Królestwo Francji, rządzone przez przychylnego mu króla francuskiego. Niebagatelne znaczenie miał też fakt, że w początkach XIV w. ogromne znaczenie w łonie Kościoła uzyskał francuski kler. Znamienne, że wszyscy awiniońscy papieże byli Francuzami, pochodzącymi z południa Francji – począwszy od Klemensa V, a na Grzegorzu XI kończąc. Pewne znaczenie miał też fakt, iż bliskie położenie Francji, sprzyjało prowadzeniu polityki zagranicznej, jako że to własnie tam w tym okresie biło serce europejskiej polityki. Interesującym argument stanowi też fakt, iż Awinion mógł stanowić prawdziwe centrum chrześcijańskiej ekumeny, jako że znajdował się w równych odległościach od Edynburga, Krakowa czy Lizbony.
Pałac papieski w Avignonie (fot. Jean-Marc Rosier; Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0.)
Skutki tzw. niewoli awiniońskiej były jednak dla papiestwa opłakane. Rozrost aparatu biurokratycznego i otaczanie się papieży ogromnym przepychem prowadziło do ostrej krytyki papiestwa. W społeczeństwie coraz częściej dostrzegano, że papiestwo skupia się na inkasowaniu pieniędzy, a nie na rzeczywistym odgrywaniu ważnej roli w ekonomii zbawienia. Moralna krytyka rozwijała się i niebawem papiestwo stało się obiektem ataków ze strony ówczesnych myślicieli, którzy zaczęli podważać cały dotychczasowy system. Marsyliusz z Padwy czy Wilhelm Ockham zaczęli dowodzić wyższości soboru nad papieżem. W takim układzie sił – ideę tę przyjęto nazywać koncyliaryzmem – rola papieża miała być głównie honorowa. Wraz z narastającą krytyką kwestia powrotu do Rzymu musiała zatem powrócić i nie powinny nas dziwić próby podejmowane przez ostatnich awiniońskich papieży. Kryzys w łonie Kościoła był jednak na tyle zaawansowany, że elekcja zarówno Urbana VI, jak i Klemensa VII była dość normalnym następstwem nienormalnej sytuacji jaka trwała ponad 60 lat.

Między Rzymem a Awinionem

Wielka schizma w alegoriiSam papież Urban VI w opinii francuskich kardynałów, ale i nie tylko, był niegodny pełnienia swej funkcji. Z jednej strony podkreślano, że wybrano go w niesprzyjających warunkach, co samo w sobie powinno uczynić wybór nieważnym, a z drugiej strony, jego działania były sprzeczne z ich interesami. Urban ani myślał jednak o zrezygnowaniu z godności i utrzymał swoją pozycje we Włoszech. Ponadto powołał on całe nowe kolegium kardynalskie, pozbawiając zbuntowanych kardynałów władzy. Po udanej obronie Rzymu przez, wiernego Urbanowi, Alberto di Barbiano, Francuskim duchownym nie pozostało nic jak udać się do Awinionu, gdzie na ich szczęście, obrany Klemens VII uzyskał jednak poparcie króla Francji. Decyzja monarchy stała się zatem swoistą kropką nad i w procesie narastającej schizmy. Podział papiestwa na dwie obediencje rychło podzielił całą Europę. Awiniońskiego papieża zaczęły popierać głównie Francja, królestwa hiszpańskie, Neapol, Szkocja. Rzymskiego papieża popierali zaś władcy Polski, Węgier, Anglii, Niemiec oraz całe Włochy i Sycylia. Przez najbliższe dekady jednak nie można było mówić o jakiejkolwiek polityce papieży. Papiestwo skupiło się tylko na wzajemnym szkodzeniu.
Można zadać pytanie: dlaczego schizma była tak trwała? Skoro władca Francji do niej doprowadził, to czemu właściwie inny władca nie chciał jej przeciwdziałać? Wydaje się, że lata niewoli awiniońskiej przyzwyczaiły ówczesnych Europejczyków do myślenia o papiestwie jako o biurze do rozdzielania beneficjów i pobierania opłat. Uznano wobec tego, że sam podział nie szkodzi kwestiom duchownym, a sprzyjać może tym finansowym. Czemu bowiem nie miały działać dwa takie biura?
Sam Klemens VII, wspierany przez Karola VI, chciał jednak zbrojnie zakończyć schizmę. Jednak Karol VI niebawem zachorował, a Francja pogrążyła się w kryzysie dynastycznym, pogłębianym, trwającą wojną stuletnią. Oczywiście jeszcze w XIV w. francuscy myśliciele zaczęli krytykować schizmę zarówno ze względów moralnych, jak i ekonomicznych. Sami następcy Urbana i Klemensa chcieli zwalczać skutki schizmy, jak i ją samą. W latach 1394, 1404 czy 1406 podczas elekcji papieskich, czy to w Awinionie, czy Rzymie, spisywano elekcyjne kapitulacje, zmuszające papieży do podjęcia działań mających na celu zjednoczenie kościoła i w przypadku prośby ze strony kardynałów na niezwłoczną abdykację. Nie przynosiły one jednak skutku. Paryscy teolodzy zaczęli głosić pogląd, że jedynie jednoczesna abdykacja papież awiniońskiego i rzymskiego może zakończyć schizmę. Dyskusje nad takim pomysłem trwały dekady i znalazły swój finał dopiero w 1409 r., podczas soboru zwołanego z inicjatywy francuskiej.
Ucieczka papieża Jana XXIII

Sobory w Pizie i Konstancji

Sobór w Pizie złożył z urzędu ówczesnych papieży Benedykta XIII oraz Grzegorza XII, a na ich miejsce powołał Aleksandra V, a po jego śmierci – Jana XXIII. Ten ostatni jednak nie uzyskał szerszego uznania, a jego poprzednicy nie zamierzali łatwo ustąpić, co tylko pogłębiło schizmę. Stan rzeczy miały zmienić dopiero lata 1414-1417.
Za namową Jana XXIII Zygmunt Luksemburczyk zwołał do Konstancji sobór, którego celem było zakończenie schizmy i reforma papiestwa. Udało się zrealizować tylko pierwsze z zadań. Sobór jednomyślnie opowiedział się za rezygnacją całej trójki. Grzegorz XII dobrowolnie ogłosił swoją abdykację 4 lipca 1415 roku, po tym jak sobór nadał mu tytuł kardynała-biskupa św. Kościoła Rzymskiego i dożywotniego legata w Ankonie oraz uznał legalność linii papieskiej wywodzącej się od Urbana VI. Jan XXIII liczył, że sobór opowie się za legalnością jego wyboru, ale szybko się okazało, że dojdzie do nowej elekcji i to na warunkach na które się nie zgadzał. Na soborze w Konstancji głosowano bowiem wedle podziału na nacje. Jan XXIII odmówił zatem w pewnym momencie złożenia rezygnacji i próbował uciec z Konstancji, ale ostatecznie został złapany i uwięziony, a sobór 29 maja 1415 ogłosił jego depozycję. Benedykt XIII najdłużej odmawiał rezygnacji, uparcie obstając przy legalności swojego wyboru, ale ostatecznie 26 lipca 1417 ogłoszono jego detronizację, co umożliwiło przystąpienie do wyboru nowego papieża. Papieżem wybrano wtedy kardynała Ottona Colonnę, który przyjął imię Marcina V.

Rozwój koncyliaryzmu i reforma papiestwa

Pałac papieski w Avignonie
Bezpośrednim następstwem wielkiej schizmy było postawienie pod znakiem zapytania stosunku samego papieża do soboru – co unaoczniło się już w 1409 r. Rozważania nad tym jaka instytucja była w stanie obalić papieży i wybrać nowych implikowała tezę o wyższości soboru nad wikariuszem Chrystusa. Sobór w Konstancji był krokiem milowym w rozwoju tzw. koncyliaryzmu, bowiem w latach 1414-1418 to sobór sprawował rzeczywistą władzę. Instytucja ta była mocno demokratyczna, a obradujący jednomyślnie uznali, że postanowieniom soboru muszą być posłuszni wszyscy, nawet papieże. W Konstancji postanowiono, że sobory powinny odbywać się cyklicznie. Spór między zwolennikami koncyliaryzmu, a silnej władzy papieskiej pozostawał jednak tylko kwestią czasu.
Do konfliktu doszło za pontyfikatu następcy papieża Marcina, Eugeniusza IV (1431-1447). Odbywający się od 1431 r. sobór w Bazylei zaczął z roku na rok uchwalać coraz bardziej radykalne uchwały m.in. postanowił, że papież to tylko urzędnik, który może być po prostu odwołany uchwałą soboru. Spór narastał, a niektórzy obradujący wybrali nawet własnego papieża. Eugeniusz, obawiając się skutków całego zamieszania, przeniósł sobór najpierw do Ferrary, a potem, w 1439 r., do Pizy. Niebawem papieżowi udało się przegłosować uchwałę na mocy której sobór w Bazylei uznano za nielegalny. Papież zaakceptował uchwały z Ferrary i Pizy, co pozwoliło mu na odbudowę roli i pozycji papiestwa.
Mimo, ż koncyliaryści przegrali, to schizma bardzo mocno podważyła autorytet papieski. Papieże drugiej połowy XV w. nie mieli łatwego zadania, bowiem nieufność wobec ich godności nadal była duża. Walki w łonie Stolicy Apostolskiej oraz coraz bardziej uporczywe sprzedawanie odpustów dolewało oliwy do ognia. Polityka finansowa papieży sprzyjała rozwojowi samego Państwa Kościelnego, co natomiast nie sprzyjało odbudowie moralnej. Papiestwo stało się jedną z monarchii europejskich, gdzie pierwsze skrzypce grały przepych, przekupstwo, walki stronnictw. Papiestwo schyłku średniowiecza to papiestwo słynące z luksusu i rosnącego nepotyzmu. Kuriozalne w tym kontekście jest, że np. papież Innocenty VIII (1484-1492) chwalił się publicznie swoimi synami i córkami. Z roku na rok stosunek do papiestwa i jego moralności pogarszał się, dając kolejne argumenty do dyskusji ludziom, którzy w niedalekiej przyszłości, jednym gestem mieli podważyć cały dotychczasowy porządek. Już niebawem na drzwiach katedry w Wittenberdze miały się pojawić bluźniercze postulaty Lutra...

Bibliografia:

  • Marian Banaszak, Historia Kościoła Katolickiego, t. 2: Średniowiecze, Warszawa 1987.
  • Paul Johnson, Historia chrześcijaństwa, tłum. L. Engelking i in., Gdańsk 1995.
  • Ks. Bolesław Kumor, Historia Kościoła, t. 3-4, Lublin 2001.
  • Roman Michałowski, Historia powszechna. Średniowiecze, Warszawa 2009.
Redakcja: Michał Przeperski
Tekst pierwotnie opublikowano 20.09.2013
Historyk, doktorant w Zakładzie Historii Średniowiecznej Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Współpracował m.in. z portalem Historia i Media, Wydawnictwem Bellona i Muzeum Niepodległości w Warszawie. Był również członkiem redakcji kwartalnika „Teka Historyka”. Interesuje się historią średniowiecza, popularyzacją historii i rekonstrukcją historyczną.
Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.
UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod zdjęciami, lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org

źródło