piątek, 27 lutego 2015

Bohdan Tomaszewski in memoriam

Bohdan Tomaszewski (wikimedia)
Na naszych oczach dzieje się historia
Odszedł dziś wielki człowiek - Bohdan Tomaszewski.
Od dawna towarzyszył mi (nam) przy okazji wielkich wydarzeń sportowych. Wydawało by się, że nie mam najmniejszych szans na to, by poznać Go osobiście.
A jednak...
Około 10 lat temu miałem przyjemność porozmawiać z Wielkim Komentatorem przy okazji jego wizyty w Waplewie Wielkim.
Trwało to może kilkanaście minut, ale jego niezwykła postać zapadła mi w pamięć. Znakomity gawędziarz, człowiek wielkiej klasy!

Jest mi po prostu smutno 
Jurek

niedziela, 22 lutego 2015

Bunkier Hitlera - niezwykła historia ze Strzyżowa

foto: gmina Strzyżów
W maleńkim Strzyżowie znajduje się niezwykły obiekt militarny – tunel schronowy wraz z obiektami pomocniczymi.
Wchodził on w skład całego kompleksu schronowego Fűhrershauptguarier – Anlage Sűd. 

Tunel można zwiedzać od 1 maja do 1 października w weekendy od 10.00 do 18.00.
Obiekt można też zwiedzić wirtualnie. Poniżej odnośnik: 

Wirtualny spacer po bunkrze

A poniżej znajduje się odnośnik do opowieści członka Ak, człowieka, który ten bunkier budował. 


sobota, 14 lutego 2015

Męczennik Święty Walenty

Paweł Rzewuski 
Dzisiaj obchodzimy „Walentynki”. Świat zalany został czerwonymi serduszkami, zaś „romantyczne” piosenki wylewają się z niemal każdego radioodbiornika. Warto zastanowić się jednak kim właściwie był święty Walenty.

Święty WalentyWalenty został przez Kościół uznany za patrona: pszczelarzy, epileptyków, podróżników, narzeczonych i zakochanych. Do tego męczennika warto zwrócić się również w przypadku omdlenia, różnego rodzaju plag (w tym i trądu), oraz, co na pewno nie dziwi, nagłego przypływu miłości.
Chociaż sam fakt istnienia świętego jest raczej pewny, rodzi się dużo wątpliwości jeżeli chodzi o szczegóły jego życia. Walenty miał żyć w III wieku po Chrystusie i piastować funkcję biskupa w Terni w Umbrii, w centralnej Italii. Najprawdopodobniej został on ścięty na rozkaz cesarza Klaudiusza II Gockiego. Historycy nie są jednak pewni czy Walenty-biskup i Walenty-ofiara cesarska to jedna i ta sama osoba. Pomimo wątpliwości, zwykło się jednak przyjmować, że tak.
Istnieją trzy różne wersje historii jego męczeńskiej śmierci. Wszystkie z nich zaczynają się od przywołania przed oblicze wspomnianego cesarza rzymskiego, Klaudiusza II Gockiego. Pierwsza głosi, że Walenty starał się przekonać go do chrześcijaństwa. Jego zachowanie rozzłościło jednak władcę do tego stopnia, że postanowił on wtrącić biskupa do więzienia. W celi pilnował go strażnik imieniem Asteriusz, ojciec niewidomej córki, którą przyszły męczennik miał w cudowny sposób ozdrowić. Cud, zgodnie z legendą, otworzył także oczy Asteriusza i spowodował jego przejście na chrześcijaństwo. Nagła konwersja poddanego jeszcze bardziej rozpaliła gniew cesarza. W konsekwencji, ten ostatni miał w przypływie gniewu skazać Walentego na ścięcie.
Zgodnie z drugim podaniem, Walenty ściągnął na siebie karę łamiąc surowy cesarski zakaz. Klaudiusz wprowadził bowiem prawo, które zakazywało wchodzenia w związki małżeńskie osobom służącym w wojsku. Święty wbrew prawu miał jednak udzielić ślubu zakochanemu legioniście i jego ukochanej, co zakończyło się dla niego tragicznie.
Trzecia wersja legendy wydaje się najbardziej „romantyczna”. Walenty miał w niej bowiem być zaangażowany w pomoc dla współwyznawców. Złapany przez władcę i skazany na karę śmierci napisał pożegnalny list do ukochanej, który podpisał „Twój Walenty”.
Ciekawa jest również historia kultu 14 lutego jako dnia zakochanych. Tradycja ta nie jest aż tak młoda jak mogłoby się wydawać sceptykom. Najprawdopodobniej rozpoczęli go mieszkańcy Wysp Brytyjskich w XV wieku. Zauważyli bowiem, że tego dnia ptaki dobierają się w pary na resztę sezonu. Cześć z badaczy wskazuje na jeszcze starsze źródła dzisiejszego „święta”, którymi miałyby być obchody pogańskiego święta na cześć płodności.
Kontynentalna Europa jednak, aż do XX wieku, nie traktowała Walentego jako patrona zakochanych i miłości. Na przykład Piotr Skarga w swoich „Żywotach Świętych” w ogóle pomija wszelkiego rodzaju interpretacje „romantyczne”. Przez wiele wieków Walenty musiał strzec od plagi trądu i innych zaraz, aby w końcu przyjść z pomocą zakochanym.

Redakcja: Michał Przeperski
Tekst ukazał się pierwotnie 14.02.2013 r.
Student filozofii i historii Uniwersytetu Warszawskiego. Zainteresowania badawcze historyczne: teoria literatury, historia Polski i Rosji w pierwszej połowie XX w., historia Rzeczpospolitej Obojga Narodów, systemy państw totalitarnych i historia filozofii. Zainteresowania badawcze filozoficzne: bioetyka psychopatologii, filozofia umysłu, neurologia, tożsamość osobowa w czasie, ontologia Internetu. Wielki fan twórczości Bacha oraz wielbiciel Kaczmarskiego i Iron Maiden.
Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.
UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod zdjęciami, lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org

źródło

Wystawa "Zburzona historia. Warszawa w latach 1945 - 1948. Miastobójstwo za parawanem technicznych uzasadnień" - 16 lutego 2015

Dzielnica Marszałkowska (wikimedia)
Bardzo ciekawa wystawa "Zburzona historia. Warszawa w latach 1945 - 1948. Miastobójstwo za parawanem technicznych uzasadnień" zostanie otwarta 16 lutego w Warszawie.

Będzie można ją oglądać w Muzeum Techniki i Przemysłu NOT (Pałac Kultury i Nauki przy pl. Defilad 1)
Otwarcie wystawy o godzinie 12:00

14 lutego 1919 roku, 96 lat temu rozpoczęła się wojna polsko-bolszewicka

Mosty - herb (wikimedia)
Za datę rozpoczęcia wojny polsko-bolszewickiej przyjmuje się dzień 14 lutego 1919, kiedy pod miasteczkiem Mosty doszło do potyczki wojska polskiego z oddziałami Frontu Zachodniego Armii Czerwonej.

Polacy zatrzymali w ten sposób pochód bolszewików w ramach operacji „Cel Wisła”.


wtorek, 10 lutego 2015

(Wirtualne) Muzeum Karolewa - dzielnicy Łodzi

Karolew (źródło: wikimedia)
Bardzo ciekawy pomysł został zrealizowany przez miłośników historii w Karolewie.
Ta dzielnica Łodzi jeszcze w XIX wieku była samodzielną osadą. Miasto powoli "wchłaniało" tereny miejscowości, najpierw w 1906 roku część wschodnią dzisiejszej dzielnicy a resztę po wojnie w 1946 roku.

Muzeum, to próba "zatrzymania w kadrze" upływającego czasu. 
Zbiór fotografii, wspomnień - rys historyczny.
Warto zwiedzić to niezwykłe miejsce, nawet jeśli można to zrobić tylko wirtualnie.







Pogrzebowe zwyczaje żydowskie


Autor: Alicja Rewa



Tradycja żydowska jest bardzo ciekawa – ma ona wpływ zarówno na codzienne życie, podejmowane decyzje jak i na rozmaite obrzędy przejścia. Jakie są żydowskie zwyczaje pogrzebowe?

Według tradycji, pogrzeb u Żydów powinien być zorganizowany w ciągu 1 doby od czasu zgonu. Prawdopodobnie zwyczaj ten wywodzi się jeszcze z czasów, gdy ludy żydowskie zamieszkiwały gorące tereny pustynne. Wówczas ulegało ono szybkiemu rozkładowi.

Do dzisiaj organizacją pochówków zajmuje się tam specjalne, funkcjonujące przy gminach żydowskich, charytatywne bractwo pogrzebowe zwane Chewra Kadisza. Członkowie bractwa czuwają przy zmarłym, organizują modły (czytanie Tory, śpiewanie Psalmów) oraz przeprowadzają rytuał oczyszczający, zwany tahara.

W czasie tahary następuje mycie zwłok, podczas którego dokonuje się rytualnego zdjęcia wszelkich opatrunków, plastrów oraz protez. Wszystkie te elementy muszą potem trafić do trumny, bowiem nakaz zachowania integralności ludzkiego ciała jest u Żydów bardzo ważny i ściśle przestrzegany.

W trumnie powinno znaleźć się to wszystko, na czym znalazła się krew zmarłego. Ciało jest następnie ubierane i wkładane do prostej, zbitej z nieheblowanego drewna, trumny. Dawniej, przez setki lat Żydzi chowani byli bez trumien, ciała zmarłych umieszczane były bezpośrednio w ziemi. Rodziło to jednak poważne zagrożenia epidemiologiczne, stopniowo więc w XIX wieku zwyczaj ten zaczął zanikać. Na przykład w 1884 r w Galicji wprowadzono już zakaz chowania zmarłych bez użycia trumien.

Przed samym zamknięciem trumny nad głową nieboszczyka należy posypać ziemię pochodzącą z Izraela. Potem powoli przenosi się trumnę z domu pogrzebowego na cmentarz. Brak pośpiechu świadczy o szacunku dla zmarłego. Warto też było zadbać o to, żeby kondukt pogrzebowy przechodził obok synagogi . Po drodze, każdy przechodzień na drodze żałobników miał obowiązek dołączenia do konduktu, chociażby na kilka metrów.

Najbliższa rodzina, na znak żałoby, dokonywała rytualnego darcia szat, jest to zwyczaj, nazywany kerija. Po śmierci rodziców należało rozdzierać szaty po ich lewej stronie, po zgonie dzieci, rodzeństwa czy małżonka – po stronie prawej.

Żydowskie zwyczaje nie zezwalają na przenoszenie zwłok. Jeśli np. zaczyna brakować miejsca na cmentarzu, nie są tam usuwane stare groby. Nanosi się jedynie grubą warstwę ziemi i chowa w niej kolejne osoby. Nie powinno się naruszać spokoju prochów zmarłych, Żydzi uznają to za odrażające i nie do pomyślenia. Chyba, że chodziłoby o cele wyższego rzędu, np. powrót prochów do ojczystego Izraela, stanowić by to mogło jedyny wyjątek. Niewskazane są także w żydowskich zwyczajach wszelkie autopsje, ekshumacje czy wystawianie zwłok na widok publiczny. Zmarli, według wielowiekowych przekonań, na pewno nie życzyliby sobie oglądania ich po śmierci.

Okres ścisłej żałoby dla rodziny, to tzw sziwa, trwa on do 7. dnia po pogrzebie. Wówczas nie wolno najbliższym zmarłego pracować, jeść mięsa, pić wina, ani utrzymywać kontaktów seksualnych.
30 dniowa żałoba zwana jest szloszim, a trwająca rok – szana.

Żydzi nie obchodzą święta zmarłych w określony dzień roku, tak jak jest to w naszej kulturze. U nich obchodzi się rocznice śmierci każdego ze zmarłych, dokładnie w jej przeddzień. Jest to tzw jarcait, wówczas pali się w domu tego zmarłego świece przez całą dobę, czyta się teksty rabiniczne Misznę) i odwiedza grób.

Zajrzyj też do tego poradnika
Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

niedziela, 8 lutego 2015

Polski pistolet samopowtarzalny - ViS

Vis (wikimedia)
Jednym z najlepszych (a niektórzy uważają że najlepszym) z pistoletów wojskowych w historii jest ViS.
Ten polski pistolet samopowtarzalny został skonstruowany przez inżynierów: Piotra Wilniewczyca i Jana Skrzypińskiego.

Broń była tak dobra, że po zajęciu Polski przez Niemców przenieśli oni jego produkcję z Radomia do Austrii.

Polskie Radio w audycji "A na Tygrysy mają Visy" przybliża historię pistoletu.

Afera mięsna – mord sądowy epoki Gomułki

Piotr Sieczkowski 
Dziś mija 50 lat od skazania oskarżonych w aferze mięsnej – najgłośniejszej aferze gospodarczej PRL. Wyroki wydane 2 lutego 1965 roku przez warszawski Sąd Wojewódzki były wyjątkowo wysokie, łącznie z karą śmierci, którą Sąd Najwyższy w 2004 roku uznał za „mord sądowy”.
W powojennej Polsce wykonano niemal trzy i pół tysiąca wyroków śmierci. Aż 70 procent z nich zostało wydanych do roku 1948, a więc w latach wprowadzania i utrwalania „władzy ludowej”. W okresie, który zwykło się nazywać „stalinowskim”, sądy skazywały za wiele różnych przestępstw: od zabójstwa przez posiadanie obcej waluty lub złota, przynależność do „związku orężnego”, szpiegostwo, aż po sabotaż. Pod ten ostatni można było zresztą podciągnąć każde przestępstwo gospodarcze. Drakońskie przepisy dekretu o przestępstwach szczególnie niebezpiecznych w okresie odbudowy państwa, zwanego też „małym kodeksem karnym”, służyły dwóm celom. Po pierwsze, fizycznej likwidacji politycznych przeciwników, na przykład członków podziemia niepodległościowego. Po drugie, zastraszeniu społeczeństwa i pokazaniu, że komuniści mocno trzymają ster władzy i są jedyną siłą zdolną opanować powojenny chaos. Do połowy 1946 roku część wyroków wykonywano publicznie, aby dodatkowo wzmocnić propagandowe i odstraszające działanie kary śmierci.
Tablica upamiętniająca ofiary stalinowskich represji na murze Aresztu Śledczego Warszawa-Mokotów (fot. Andros64, opublikowano na licencjiCreative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0)
Popaździernikowa odwilż roku 1956 przyniosła pewną polityczną liberalizację, w tym również w sądownictwie. Partyjni notable na czele z Władysławem Gomułką – nowym I sekretarzem KC PZPR – potępili „wypaczenia minionego okresu”. Do tych ostatnich zaliczano również przypadki nadużywania władzy przez funkcjonariuszy państwowych i ich działania wbrew prawu. Nowe władze obiecywały również zmiany w gospodarce, która w latach planu sześcioletniego (1950–1955) pracowała właściwie w trybie wojennym. Tryb ten przejawiał się nieproporcjonalnie dużymi inwestycjami w przemysł ciężki (huty, stocznie, zakłady chemiczne), które forsowano kosztem sektora produkującego dobra konsumpcyjne. W efekcie, na rynku brakowało podstawowych produktów żywnościowych i codziennego użytku. To właśnie te niedobory, a także środki zaradcze stosowane, by je ukryć (podwyżki cen, wymiana pieniędzy, system kartkowy), wywołały robotnicze protesty w Poznaniu w czerwcu 1956. Społeczny wybuch niezadowolenia doprowadził do wprowadzenia zmian w kolejnym planie gospodarczym. Doinwestowano sektor konsumpcyjny i podniesiono płace. W konsekwencji zmian politycznych, na wsi prowadzono spontaniczną dekolektywizację.
Władysław GomułkaZmiany okazały się połowiczne. Nie szły za nimi odpowiednie przepisy, które regulowałyby na przykład współpracę między podmiotami prywatnymi i państwowymi. Chociaż Gomułce udało się doprowadzić do poprawy nastrojów społecznych, to na dłuższą metę jednym ze skutków polityki odprężenia było powiększenie się gospodarczej „szarej strefy”. Rozluźnienie kontroli i częściowa decentralizacja w gospodarce, przy wciąż utrzymującym się niedoborze produktów konsumpcyjnych, stworzyły po 1957 roku idealne warunki dla wszelkiego rodzaju przestępczości gospodarczej. Widać to choćby w statystykach. Dla przykładu w sprawach „kradzieży mienia społecznego” w roku 1955 wszczęto około 82 tys. śledztw, a w 1957 już ponad 110 tys. W społeczeństwie narastało przeświadczenie, że PRL jest rozkradana, a władze nie potrafią poradzić sobie ze złodziejami lub, co gorsza, uczestniczą w procederze.
W roku 1959 do gospodarczych kłopotów ekipy Władysława Gomułki dołączył problem mięsa. A ściślej, problem jego braku na krajowym rynku. Na tą sytuację złożyło się wiele czynników, przede wszystkim powrót do intensywnej industrializacji i niedoinwestowanie sektora hodowli. Popyt na mięso i jego konsumpcja rosła, a produkcja nie nadążała za potrzebami. Państwo nie opracowało przy tym skutecznych metod pomocy hodowcom. Ponieważ działali oni w sektorze prywatnym, władze odnosiły się do nich nieufnie i nie chciały udzielać pomocy finansowej, gdyż nie były w stanie skontrolować tego, jak zostanie ona zainwestowana.
Niekorzystną sytuację próbowano ratować ograniczając popyt na produkty mięsne. 29 lipca 1959 roku Minister Handlu Wewnętrznego wprowadził tak zwany „dzień bezmięsny”. Odtąd w poniedziałki w sklepach nie można było kupić mięsa, nie podawano również dań mięsnych w lokalach gastronomicznych. Wcześniej już w prasie zaczęły pojawiać się artykuły nawołujące do zmiany żywieniowych nawyków, wychwalano zalety diety bogatej w warzywa, owoce i przetwory mleczne. Nie na wiele się to jednak zdało – mięsny kryzys trwał. W październiku Gomułka sięgnął po bardziej radykalny środek dla przywrócenia stabilizacji na rynku mięsnym – podwyżkę cen.
W gazetach szeroko omawiano przyczyny podniesienia cen mięsa. Wzrost popytu spowodowany podwyżkami płac i zacofanie polskiego rolnictwa, w którym dominowali prywatni hodowcy, powtarzało się najczęściej. Podnoszono również kwestię szarej mięsnej strefy, nielegalnego handlu mięsem i wędlinami, nielegalnego uboju i nieprawidłowości w przetwórniach. Aby im przeciwdziałać, w październiku 1959 r. zarządzeniem premiera Cyrankiewicza przy komendzie głównej Milicji Obywatelskiej i komendach wojewódzkich powstały specjalne inspektoraty do walki z przestępczością gospodarczą. Miały one wspomagać działania Państwowej Inspekcji Handlowej i Najwyższej Izby Kontroli.
W PRL problem mięsny był problemem politycznym (fot. Rainer Zenz, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported)
W 1960 roku wykryto aferę w szczecińskich zakładach mięsnych. Dyrektor fałszował tam faktury i zawyżał wagę tak zwanych strat, czyli odpadów powstałych po uboju i rozbieraniu tuszy. Nadwyżki mięsa sprzedawano „na lewo”. Lista osób uwikłanych w proceder była długa. Do transportu skradzionego mięsa używano samochodów wojskowych i taboru należącego do NIK-u. Aferzystów w Szczecinie ukarano bez rozgłosu. Dyrektor stanął przed sądem, a kilku notabli utraciło stanowiska. Jednak cztery lata później w Warszawie proces Stanisława Wawrzeckiego miał się potoczyć zupełnie inaczej. W międzyczasie bowiem w PRL-owskim wymiarze sprawiedliwości miejsce miała „wojna na górze”.
Pod koniec lat pięćdziesiątych władze partyjne dążyły do zaostrzenia represji karnych za przestępstwa gospodarcze. Zarówno Ryszard Strzelecki, nadzorca wymiaru sprawiedliwości w Biurze Politycznym KC PZPR, jak i kierownik Wydziału Administracyjnego Komitetu Centralnego – gen. Kazimierz Witaszewski, forsowali pomysł stosowania trybu doraźnego w procesach o „zabór mienia społecznego”. Od wyroku wydanego w tym trybie nie przysługiwała apelacja, a za każde przestępstwo można było wymierzyć karę śmierci. W trybie doraźnym odbyły się procesy oskarżonych w „aferach skórzanych” w roku 1960. W procesie dotyczącym nadużyć i kradzieży w Warszawskich Zakładach Garbarskich dyrektor Eugeniusz Galicki uniknął kary śmierci tylko dzięki śmiałemu wystąpieniu swojego obrońcy, w którym stwierdził on, że „Orzeczenie kary śmierci w tej sprawie może być zrozumiane, że jest to powrót do terroru”. Chodziło oczywiście o terror okresu stalinowskiego.
Śledczy rozpracowujący aferę skórzaną w Warszawie wykryli, że podobne nadużycia miały miejsce również w spółdzielniach garbarskich w Radomiu i Szydłowcu. Tym razem zanim oskarżeni weszli na salę rozpraw, najwyższe władze partyjne zadbały o dobre „przygotowanie”. Ówczesny minister sprawiedliwości Marian Rybicki zapewniał gen. Witaszewskiego, że proces „nie będzie przewlekany”, a skład sędziowski zostanie dobrany wyłącznie spośród sędziów będących członkami PZPR. Wyrok, który sąd ten odczytał głównemu oskarżonemu, Bolesławowi Dedzie nie był więc niespodzianką. Od śmierci wybawił jednak skazańca Prokurator Generalny PRL Andrzej Burda, który zwrócił się do Rady Państwa o skorzystanie z prawa łaski. Rada prośbę tę uwzględniła, ale prokurator Burda przypłacił okazaną skazanemu pomoc utratą stanowiska i przeniesieniem na trzeciorzędne stanowisko. Władze partyjne usunęły tym samym wszystkie przeszkody stojące na drodze do szerokiego stosowania trybu doraźnego w procesach gospodarczych.
Kolejka w PRL (domena publiczna).
Gdy w 1964 roku w Warszawie ujawniono tzw. „aferę mięsną”, ekipa rządząca postanowiła z oskarżonych w niej uczynić przykład i przestrogę. Kary miały być tym surowsze, że oszustwa dotyczyły bardzo newralgicznego dobra – mięsa. Tak jak i w przypadku poprzednich opisywanych afer, przed rozpoczęciem procesów odbyła się narada, w której mieli wziąć udział przedstawiciele Sądu Najwyższego, Prokuratury Generalnej i Wydziału Administracyjnego KC PZPR. To na niej zadecydowano o zastosowaniu trybu doraźnego, a także o tym, jakie mają zapaść wyroki. Na przewodniczącego składu sędziowskiego obrano sędziego Romana Kryże, o którym krążyło powiedzenie: „sędzia Kryże – będą krzyże”. Odnosiło się ono do bezwzględności, z jaką wydawał on wyroki śmierci w procesach z lat czterdziestych i pięćdziesiątych.
Zarzuty w warszawskiej aferze mięsnej usłyszało ponad 400 osób. Na ławie oskarżonych zasiedli między innymi Tadeusz Skowroński – dyrektor Stołecznego Zjednoczenia Przemysłu i Handlu Artykułami Spożywczymi, Stanisław Wawrzecki – dyrektor Miejskiego Handlu Mięsem Warszawa-Praga, Henryk Gradowski – dyrektor MHM Warszawa-Północ, Kazimierz Witowski – dyrektor MHM Warszawa-Południe a także Mieczysław Fabisiak – naczelnik w Państwowej Inspekcji Handlu, odpowiedzialny za kontrolę handlu mięsem.
Sam proceder zorganizowany był podobnie do opisanego wcześniej systemu funkcjonującego w Szczecinie. Mięso kradziono w rzeźni, wpisując je w straty, bądź uzupełniając wodą i odpadami. W ten sposób uzyskane „nadwyżki” trafiały do sklepów państwowych, gdzie kierownicy sprzedawali je, a zyskiem dzielili się z dyrekcją. Skorumpowani byli ludzie na wszystkich szczeblach tego procesu łącznie z funkcjonariuszami MO i PIH, którzy przymykali oko na to co działo się w Miejskim Handlu Mięsem w Warszawie. W trakcie dochodzenia na jaw wyszło ponadto, że Wawrzecki był w dobrych stosunkach z warszawskim aktywem partyjnym, a dzięki aferzystom w lepsze wędliny zaopatrywało się kilku ministrów i prezes Najwyższej Izby Kontroli.
Materiał Polskiej Kroniki Filmowej z relacją z procesu oskarżonych w aferze mięsnej (od 3:18).
Sąd oddalił wniosek obrońców o zmianę trybu z doraźnego na zwykły, pomimo iż dekret z roku 1945 w art. 13 stwierdzał, że w przypadku spraw złożonych i wielowątkowych sąd powinien proces oddoraźnić. Nie uznał także za okoliczność łagodzącą faktu, iż oskarżeni kradli głównie mienie prywatne (kradzież mienia społecznego była karana bardziej surowo niż prywatnego), a pośrednio przyczyniali się do podwyższenia rentowności sklepów.
Wyroki zapadły 2 lutego 1965 roku. Stanisław Wawrzecki został skazany na śmierć, skorumpowany naczelnik PIHu i pozostali dyrektorzy usłyszeli wyroki dożywotniego pozbawienia wolności. Już dwa dni później obrońcy Wawrzeckiego złożyli apelację tłumacząc, że proces nie odbywał się w rybie doraźnym, ponieważ nie wypełniał warunków określonych w dekrecie z roku 1945. Sąd Najwyższy i Minister Sprawiedliwości dwukrotnie odrzucili zażalenia na decyzję Sądu Wojewódzkiego. Rada Państwa również nie skorzystała z prawa łaski. Adwokaci do samego końca walczyli o życie skazanego – jeszcze w dzień poprzedzający egzekucję wysyłali telegramy do Prokuratury Generalnej. Bezskutecznie. Wyrok wykonano 19 marca 1965 roku.

Bibliografia:

  • Madej Krzysztof, Kara śmierci za mięso, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej”, nr 11(22)2002, s. 55–60.
  • Madej Krzysztof, Prawo i wymiar sprawiedliwości PRL wobec przestępczości gospodarczej (1956–1970), „Pamięć i Sprawiedliwość”, 2 (10) 2006, s. 143–166.
  • Wakulak Sylwester, Kara śmierci w polskim prawie karnym w latach 1945 –1980 [w:] tegoż,Kara śmierci w polskim prawie karnym [dostęp: 1 lutego 2015 r.] <http://karasmierci.manifo.com/rozdzial-4>.
  • "Poniedziałki bez mięsa, [w:] „Dziennik.pl” [dostęp: 1 lutego 2015 r.] <http://wiadomosci.dziennik.pl/wydarzenia/artykuly/147837,poniedzialki-bez-miesa.html>.
Redakcja: Michał Przeperski
Absolwent historii w Instytucie Historycznym UW, prywatnie fan literatury fantasy i science-fiction, oraz RPGów. Pracownik Instytutu Pamięci Narodowej.
Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.
UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod zdjęciami, lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org

źródło

piątek, 6 lutego 2015

Tajemnica śmierci kapelana podlaskiej Solidarności - ksiedza Stanisława Suchowolca

źródło
Ksiądz, Stanisław Suchowolec był przyjacielem zamęczonego przez SB księdza Jerzego Popiełuszki.
Ks. Jerzy tak  powiedział kiedyś do swojej matki: "Mamo, jeśli ze mną coś się stanie, Staszek mnie zastąpi."

Kto zabił ks. Stanisława Suchowolca?
W tej sprawie dochodzenie prowadzi pion śledczy IPN. 

Więcej o sprawie  TUTAJ   lub    TUTAJ

wtorek, 3 lutego 2015

Dlaczego 1. Armia Wojska Polskiego rozpoczęła walki o Wał Pomorski?

Tomasz Leszkowicz 
Początek 1945 r. to na ziemiach polskich czas przetaczania się frontu wschodniego w kierunku Odry i Berlina. W ostatnich dniach stycznia rozpoczęły się walki w rejonie Wału Pomorskiego. Jak do nich doszło?

Ofensywa Armii Czerwonej z zimy 1945 r. (domena publiczna).12 stycznia 1945 r. znad Wisły, Narwi i Niemna ruszyła wielka ofensywa Armii Czerwonej w kierunku zachodnim. Jej celem, wyznaczonym przez Stalina, miało być zdobycie Berlina jako serca hitleryzmu. Szybko okazało się, że po krótkich walkach przełamujących oddziały radzieckie osiągnęły sukces – armie 1. Frontu Białoruskiego marsz. Gieorgija Żukowa i 1. Frontu Ukraińskiego marsz. Iwana Koniewa ruszyły w szybkim tempie na zachód, zajmując kolejne polskie miasta i rozbijając jednostki niemieckiej Grupy Armii „A”. Wolne od Niemców były Warszawa, Częstochowa, Kraków i Łódź, a pod Poznaniem rozpoczęły się walki z silnym garnizonem hitlerowskim. Jednostki szybkie wyminęły tworzonead hoc miasta-twierdze i pędziły do Odry, na której zachodnim brzegu na przełomie stycznia i lutego uchwyciły przyczółki. Do Berlina pozostawało stamtąd mniej kilkadziesiąt kilometrów.

Zmiana, która przedłużyła wojnę?

O ile w centralnej i południowej Polsce natarcie rozwijało się prawidłowo, na północy zaczęły występować problemy. Znad Narwi nacierał 2. Front Białoruski dowodzony przez marsz. Konstantego Rokossowskiego. W założeniu miał on iść ramię w ramię z frontem Żukowa na północnym Mazowszu, przekroczyć Wisłę w jej dolnym biegu w rejonie Malborka, a potem zająć Pomorze, cały czas osłaniając prawą flankę 1. Frontu Białoruskiego. Jeszcze dalej na północ, w Prusach Wschodnich, walczył 3. Front Białoruski gen. armii Iwana Czerniachowskiego. To on, wespół z 1. Frontem Nadbałtyckim gen. armii Iwana Bagramiana, miał zająć najdalej na wschód wysuniętą prowincję niemiecką.
Rzeczywistość jednak częściowo zweryfikowała plany stalinowskich generałów. Gdy 13 stycznia wojska Czerniachowskiego ruszyły do ataku, spotkało je niemiłe zaskoczenie: Niemcy opuścili pierwszą linię frontu, dalej stawiając zacięty opór. Najcięższe walki toczyły się w rejonie miejscowości Kattenau niedaleko Gąbina (Gumbinnen), którą Niemcy odbili, wprowadzając do walki swój ostatni odwód: 5. Dywizję Pancerną. Natarcie 3. Frontu Białoruskiego utknęło, a jednostki radzieckie poniosły spore straty. Ostatecznie Czerniachowski 20 stycznia przebił się przez niemieckie linie i ruszył na Królewiec. Był to już jednak sukces spóźniony.
Tego samego dnia Stawka Najwyższego Naczelnego Dowództwa, czyli kierownictwo Armii Czerwonej, wydało nową dyrektywę działania w Prusach Wschodnich: 2. Front Białoruski Rokossowskiego, który wkrótce po rozpoczęciu ataku odniósł sukces i parł na północny-zachód, otrzymał polecenia zwrócenia trzonu swoich sił na północ i odciążenia Czerniachowskiego wyjściem na tyły Niemców broniących się w Prusach Wschodnich. Tym sposobem do wykonania uderzenia na Pomorze zostało radzieckiemu marszałkowi polskiego pochodzenia tylko dwie armie ogólnowojskowe. Było to zdecydowanie za mało – możliwość osłonięcia prawej flanki Żukowa stanęło pod znakiem zapytania. Decyzje te wpłynęły na dalsze losy całej operacji wiślańsko-odrzańskiej.

Polacy wchodzą na pierwszą linie

Stanisław Popławski, dowódca 1. Armii Wojska Polskiego (fotografia powojenna). Dowództwo objął w grudniu 1944 r., zastępując gen. bryg. Władysława Korczyca, późniejszego Szefa Sztabu WP, pełniącego obowiązki dowódcy po usunięciu ze stanowisku gen. dyw. Zygmunta Berlinga w październiku 1944 r. (domena publiczna).W czasie, gdy wojska Żukowa i Koniewa galopowały na zachód, a Czerniachowski przebijał linię wschodniopruskiej obrony, 1. Armia Wojska Polskiego znajdowała się jeszcze w rejonie wyzwolonej Warszawy. W jej skład wchodziło wówczas pięć dywizji piechoty (1. DP im. Tadeusza Kościuszki, 2. DP im. Henryka Dąbrowskiego, 3. DP im. Romualda Traugutta, 4. DP im. Jana Kilińskiego oraz 6. DP), 1. Brygada Pancerna im. Bohaterów Westerplatte (trzy bataliony czołgów T-34/76 oraz batalion piechoty zmotoryzowanej), 4. pułk czołgów ciężkich (IS-2), 13. pułk artylerii pancernej (działa samobieżna SU-85) i 7. dywizjon artylerii pancernej (działa samobieżne SU-57). 1. Brygada Kawalerii, 1. batalion rozpoznawczy, pięć brygad artylerii (1. Brygada Artylerii Armat, 2. i 3. Brygada Artylerii Haubic, 4. Brygada Artylerii Przeciwpancernej oraz 5. Brygada Artylerii Ciężkiej), 1. pułk moździerzy oraz liczne jednostki armijne i tyłowe. Razem Armia liczyła ok. 70 tys. żołnierzy. Dowodził nią gen. dyw. Stanisław Popławski, w Armii Czerwonej dowódca dywizji i korpusu.
19 stycznia 1. AWP przeniesiono do pierwszej linii 1. Frontu Białoruskiego i skierowano na Bydgoszcz, na prawą flankę tego zgrupowania. Większość sił przemieszczała się w kolumnie marszowej, część zaś (3. i 6. DP, 3. BAH oraz 1 pułk moździerzy) zabezpieczała marsz, organizując ruchomą obronę nad Wisłą (w tym czasie istniała kilkudziesięciokilometrowa luka między 1. a 2. Frontem Białoruskim). W awangardzie marszowej szły jednostki szybkie (artyleria pancerna, kawaleria i batalion rozpoznania – brygadę pancerną przekazano do wsparcia jednej z armii radzieckich), 2. DP pozostała zaś w Warszawie pełniąc służbę garnizonową. Tak zwany marsz-manewr wiódł m.in. przez Kazuń, Sochaczew, Gąbin i Włocławek. 25 stycznia czołówka 1. Armii doszła do Bydgoszczy, w której walczyły już oddziały 47. Armii wraz z przydzieloną polską brygadą pancerną. W walkach o miasto wzięły udział polskie jednostki kawalerii, batalion rozpoznawczy oraz 8. pułk piechoty z 3. DP, który w uznaniu swoich zasług otrzymał potem nazwę „bydgoskiego”.
Marsz z Warszawy do Bydgoszczy obnażył problemy 1. Armii ze służbą kwatermistrzowską. Bez wątpienia organizacja marszu, w którym jednostki przemieszczały się w tempie 30-45 kilometrów dziennie, i to w trudnych warunkach zimowych, była sprawą skomplikowaną. W tym momencie operacji niemożliwe było korzystanie z transportu kolejowego, bo tory były zniszczone przez Niemców. Większość składów armia pozostawiła na prawym brzegu Wisły (w rejonie Rembertowa i Miłosnej), co przeniosło się automatycznie na kryzys zaopatrzeniowy. Istniały duże problemy z dowozem paliwa, amunicji i żywności. Z powodu wydłużenia się linii zaopatrzeniowych i braku cystern brak paliwa uderzył w transport wojsk pancernych, trakcji motorowej w artylerii oraz kolumn sanitarnych. Jedynym wyjściem stał się transport konny, wciąż powszechny w jednostkach Armii Czerwonej i WP. Dochodziło do rozciągnięcia się jednostek na wiele kilometrów wzdłuż trasy przemarszu. Po zakończeniu marszu żołnierze narzekali na zniszczone buty. Straty wynikłe z odmrożeń i zagubień okazały się jednak niewielkie.
Czołg T-34/76 znajdujący się w Poznaniu. Takie czołgi stanowiły podstawę sił pancernych 1. AWP. Niestety, z powodu kryzysu paliwowego, zostały unieruchomione (fot. Radomil, opublikowano na licencjiCreative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0).
Warto dodać, że w styczniu z rejonu formowania na Lubelszczyźnie wyruszyła za Wisłę także 2. Armia WP dowodzona przez gen. dyw. Karola Świerczewskiego. Jej jednostki teoretycznie były przydzielone do frontów radzieckich, praktycznie znajdowały się w dalszym ich rzucie. Celem przemarszu do centralnej Polski (m.in. w rejonie Radomia, Łowicza, Kutna, Piotrkowa Trybunalskiego i Łodzi) była przede wszystkim demonstracja nowej władzy na ziemiach świeżo wyzwolonych. Żołnierze brali udział w wiecach politycznych i akcjach propagandowych, pomagali w organizacji reformy rolnej, rozminowywali teren oraz kontynuowali szkolenie. Dopiero pod koniec lutego 2. AWP przerzucono w rejon Krzyża w zachodniej Wielkopolsce.

Niebezpieczeństwo pomorskie

Gieorgij Żukow wraz z Rokossowskim i Montgomerym w Berlinie w maju 1945 r. Zanim „Marszałek Stalina” zdobył stolicę III Rzeszy, musiał poradzić sobie z problemem pomorskim (domena publiczna).W końcówce stycznia 1945 r. sytuacja na froncie między Wisłą a Odrą powoli się wyklarowała. 1. Front Białoruski oraz 1. Front Ukraiński osiągnęły przyczółki na zachodnim brzegu Odry, zaś 2. Front Białoruski odcinał Prusy Wschodnie od reszty Niemiec w rejonie Elbląga, nie miał jednak szans szybkiego uchwycenia przyczółków w rejonie dolnej Wisły. Wciąż jednak realizowano plan jednoczesnego zamiaru zdobycia Królewca oraz Berlina. Jednak zmartwieniem radzieckich sztabowców była sytuacja na Pomorzu, gdzie nad odsłoniętym skrzydłem 1. Frontu Białoruskiego nawisały oddziały niemieckie.
25 stycznia doszło po stronie niemieckiej do zmian w strukturze grup armii. Oprócz korekt nazw (GA „Środek” w Prusach Wschodnich na GA „Północ”, GA „A” na Śląsku i w Czechosłowacji na GA „Środek”, GA „Północ” w Kurlandii na „GA” „Kurlandia”) utworzono także nową grupę armii „Wisła”, walczącą na Pomorzu. W jej skład weszła 2. Armia na Pomorzu Wschodnim, sformowana z posiłków z zachodu 11. Armia Pancerna SS oraz resztki 9. Armii rozbitej przez Żukowa w środkowej Polsce. Na czele nowego zgrupowania Szef niemieckiego Sztabu Generalnego gen. płk. Heinz Guderian chciał postawić feldmarszałka Maximiliana von Weichsa. Hitler jednak uznał, że ten jest za stary i zbyt religijny, i nominował na to stanowisko... Reichsführera SS Heinricha Himmlera.
Nazistowski przywódca nie posiadał żadnego doświadczenia dowódczego, dodatkowo zaś wyraźnie nie chciał dowodzić na froncie. Po przybyciu do Wałcza swoim specjalnym pociągiem Steiermarkprawie go nie opuszczał, korzystając z luksusu swojej ruchomej kwatery, zupełnie jednak niewyposażonej w sprzęt konieczny do kierowania wojskiem. Co gorsza, szef SS ponad pracę sztabową przekładał... masaże i sjestę.
Mimo fatalnego głównego dowódcy wojska niemieckie na Pomorzu, wykorzystując zainteresowanie Armii Czerwonej na innych odcinkach, przygotowały się do dalszej walki w obronie Rzeszy. Gromadzono resztki oddziałów, ściągano jednostki Waffen-SS, mobilizowano żołnierzy z oddziałów pomocniczych i szkół wojskowych (m.in. podchorążych artylerii z z miejscowości Borne). W założeniu niemieckich sztabowców efektem koncentracji sił miało być uderzenie na wysunięte w kierunku Odry czołówki Żukowa i odcięcie ich od głównych armii radzieckich. Kontratak ten według Guderiana miał nastąpić z rejonu Pomorza Zachodniego oraz Gubina-Głogowa.
Walther Wenck, dowódca kontrataku niemieckiego pod Stargardem Szczecińskim. Czy był w stanie zmienić losy walk na froncie wschodnim? (fot. Schneider/Kunath, ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 101I-237-1051-15A, opublikowano na licencjiCreative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Niemcy).Ostatecznie ofensywa wyszła 15 lutego tylko z północy, z rejonu Stargardu Szczecińskiego, i nosiła kryptonim „Sonnenwende” (Przesilenie). Siły 11. Armii Pancernej SS, w składzie m.in. 10. Dywizji Pancernej SS „Frundsberg” oraz ochotniczych dywizji grenadierów „Nederland”, „Nordland”, „Langemarck” i „Wallonien”, atakowały m.in. w rejonie miejscowości Dolice, Recz i Nętkowo. Największym sukcesem niemieckim okazało się nawiązanie kontaktu z okrążoną załogą Choszczna. Jednak już 17 lutego dowodzący z ramienia Guderiana gen. por. Walther Wenck uległ wypadkowi samochodowemu, a dzień później wojska niemieckie w wyniku zbyt dużych strat wstrzymały ofensywę.
Kontratak niemiecki nie zrealizował zamierzonego celu, uświadomił jednak Stawce, że sytuacja na Pomorzu jest cały czas groźna. Żukow jeszcze w lutym snuł plany zdobycia Berlina (ofensywa miała zacząć się 19-20 lutego), jednak 18 lutego Stalin rozkazał wstrzymać te zamiary. Wszystko to spowodowane było brakiem postępów na Pomorzu, wynikającym ze zmiany rozkazów dla frontu Rokossowskiego. Po latach marsz. Wasilij Czujkow zarzucał Żukowowi, czyli swojemu wojennemu dowódcy, że zmarnował szansę zaatakowania i zdobycia niebronionego Berlina już na przełomie lutego i marca 1945 r. Punkt ciężkości przesuwał się wtedy jednak wyraźnie z rejonu Odry na Pomorze...

Pommernstellung

Obszar od dolnej Wisły do dolnej Odry był nie tylko potencjalnym punktem wyjścia kontrofensywy niemieckiej, ale także jedną z linii obronnych w walkach z szturmem na serce III Rzeszy. Radzieckie natarcie miały zatrzymać nie tylko tak duże miasta jak Gdańsk, Kołobrzeg czy Szczecin, ale również mniejsze: Wałcz, Piła czy Choszczno.
Na terenie tym znajdowały się także umocnienia tzw. Pozycji Pomorskiej (nazywanej w polskiej literaturze historycznej Wałem Pomorskim) – pasa umocnień, budowanych w okresie międzywojennym jako osłona Pomorza Zachodniego na wypadek konfliktu z Polską. Biegł on od Szczecina na północnym-wschodzie przez Wałcz, Tuczno, Strzelce aż po Gorzów Wielkopolski, gdzie łączył się z najważniejszym rejonem fortecznym w tej części Niemiec – Międzyrzeckim Rejonem Umocnionym. Na Pommernstellung składało się 8 grup warownych i kilka tysięcy różnych stanowisk – zarówno schronów bojowych, jak i pozycji o charakterze polowym – często dobrze wtopionych w teren. Główne prace wykonano w latach 1933-1937, zaś w 1944 r., w obliczu Armii Czerwonej stojącej nad Wisłą, szybko dostosowywano umocnienia do nowej sytuacji.
Rzeka Gwda , płynąca przez Pojezierze Południowopomorskie na wschód od Wałcza. Przykład terenu, w którym ulokowano Wał Pomorski (fot. Ryszardgol1, opublikowano na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 4.0 International).
Warto także dodać, że sam teren, na którym znajdowała się Pozycja Pomorska, charakteryzował się dużymi walorami obronnymi. Po pierwsze, był to typowy krajobraz polodowcowy z licznymi jeziorami, bagnami, strumieniami oraz wzgórzami. Całość terenu pokrywały także gęste lasy. Dodatkowo na początku lutego rozpoczęła się odwilż, o której Himmler pisał do Guderiana:
W obecnej sytuacji wojennej roztopy są dla nas darem losu. Bóg nie zapomniał o dzielnym narodzie niemieckim.
Warto zresztą przypomnieć, że tereny te znajdowały się do II poł. XVIII wieku oraz w latach międzywojennych na granicy polsko-brandenburskiej/pruskiej/niemieckiej, w związku z czym słabiej rozwinięta była tu sieć osadnicza oraz drogowa. Stanowiło to naturalną przeszkodę dla nacierających wojsk.

Spokojny początek bojowego zadania

Wróćmy więc do sytuacji na tym odcinku frontu wschodniego w ostatnich dniach stycznia 1945 r. 1. Front Białoruski znajduje się na zachodzie nad Odrą i wydaje się gotowy do skoku na Berlin. Jednocześnie na północ od niego stoją trudne do określenia siły niemieckie – początkowo wydaje się, że słabe, później zaś, że nad wyraz silne. Ich obecność zagraża jednak prawemu skrzydłu wojsk radzieckich. Marszałek Żukow musi w jakiś sposób je zabezpieczyć, jednocześnie zaś wciąż myśląc o swoim najważniejszym celu: zdobyciu Berlina.
W tej sytuacji 1. Armia Wojska Polskiego, koncentrująca się między 27 a 29 stycznia w rejonie Bydgoszczy, musiała zostać wykorzystana do osłony głównych sił radzieckich. Otwierało to przed nią nowy rozdział frontowy...

Bibliografia:

  • Duffy Christopher, Czerwony szturm na Rzeszę, Książka i Wiedza, Warszawa 2007.
  • Geoffrey Roberts, Generał Stalina. Życie Gieorgija Żukowa, Znak, Kraków 2014.
  • Grzelak Czesław, Stańczyk Henryk, Zwoliński Stefan, Armia Berlinga i Żymierskiego. Wojsko Polskie na froncie wschodnim 1943-1945, Neriton, Warszawa 2002.
  • Kaczmarek Kazimierz, Polskie Wojsko na Wschodzie 1943-1945: od Mierei do Łaby i Wełtawy, Drukarnia Akademicka/Związek Byłych Żołnierzy Zawodowych i Oficerów Rezerwy Wojska Polskiego, Lublin 2005.
  • Kania Wojciech, Marsz - Manewr [w:] „Serwis Ludowe Wojsko Polskie” [dostęp: 30 stycznia 2015 r.] <"http://www.dws-xip.pl/LWP/lwp23.html":http://www.dws-xip.pl/LWP/lwp23.html>.
  • Tegoż, Wał Pomorski [w:] tamże, [dostęp: 30 stycznia 2015 r.] <"http://www.dws-xip.pl/LWP/lwp23.html":http://www.dws-xip.pl/LWP/lwp23.html>.
  • Kaufman Joseph E., Jurga Robert M., Twierdza Europa. Europejskie fortyfikacje II wojny światowej, Rebis, Poznań 2013.
  • Kospath-Pawłowski Edward, Chwała i zdrada. Wojsko Polskie na Wschodzie 1943-45, Inicjał, Warszawa 2010.
  • Sokołow Boris, Rokossowski, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2014.
Redaktor naczelny Histmag.org, członek redakcji merytorycznej portalu od października 2006 roku. Doktorant w Instytucie Historii im. Tadeusza Manteuffla Polskiej Akademii Nauk. Absolwent Instytutu Historycznego i Instytutu Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego. Były członek Zarządu Studenckiego Koła Naukowego Historyków UW. Specjalizuje się w historii dwudziestego wieku (ze szczególnym uwzględnieniem PRL), interesują go też dzieje Niemiec i historia wojskowości. Z uwagą śledzi zagadnienia związane z pamięcią i tzw. polityką historyczną (dawniej i dziś). Publikował m.in. w „Mówią Wieki”, „Uważam Rze Historia”, „Pamięci.pl” oraz „Dziejach Najnowszych”. Stały współpracownik tygodnika polonijnego „Monitor” z Chicago. Oprócz historii pasjonuje go rock i poezja śpiewana, jest miłośnikiem kabaretów, książek Ryszarda Kapuścińskiego i Hansa Helmuta Kirsta oraz gier z serii Europa Universalis.
Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.
UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod zdjęciami, lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org

źródło

poniedziałek, 2 lutego 2015

Filozoficzny argument przeciwko heretykom

Paweł Rzewuski 
Święte Oficjum przez długie stulecie specjalizowało się w tropieniu i karaniu osób oraz organizacji, które swoim zachowaniem albo głoszonymi teoriami mogły stać się zagrożeniem dla panującego porządku religijnego i prawnego. Podobnie jak w innych przestrzeniach religijnej działalności, również i w walce z heretykami starano się przedstawić filozoficzne argumenty, które usprawiedliwiały by takie a nie inne działania.

Św. Tomasz z Akwinu (aut. Carlo Crivelli, XV w., domena publiczna).Palenie ludzi na stosie ze względu na to co mówią nie jest praktyką oczywistą i nie każdy intelektualista chciał się na to zgodzić. Kwestia średniowiecznego i renesansowego dyskursu wokół karaniu heretyków na śmierć to problem niesamowicie skomplikowany i obszerny. Ja chciałbym zaprezentować jedynie mały wycinek poruszanych problemów i sposobu argumentowania, bowiem jednym z tych, którzy starali się uargumentować konieczność surowych kar dla heretyków był nie kto inny, jak Ojciec Kościoła św. Tomasz z Akwinu. Ale jak mawia pewien dominikanin: to, że wielbimy św. Tomasza nie oznacza, że uważamy za słuszne wszystko to, co napisał w Sumie Teologicznej...

Wiara i filozofia

Rozumowanie św. Tomasza przebiega w zgodzie z klasyczną metodą scholastyki: najpierw zostały przedstawione zagadnienia, a następnie Doktor Kościoła podejmuje się sformułowania dwóch wyjaśnień – teologicznego i filozoficznego.
CZY HERETYKÓW NALEŻY TOLEROWAĆ ?
Zdaje się, że tak, bo:
1. Powiada Apostoł : „Sługa Boży... winien być uprzejmy, z łagodnością strofujący tych, co prawdzie się sprzeciwiają, w nadziei, że kiedyś da im Bóg pokutę do poznania prawdy... i wyrwą się z sideł diabła”. Otóż jeśli nie będzie się tolerowało heretyków, ale Śmiercią karało, odbierze się im możność pokuty, co, zdaje się, jest sprzeczne z nakazem Apostoła.
I dalej:
3. Polecił Pan sługom swoim, aby pozwolili kąkolowi róść aż do pory żniwa, a chodzi tu, jak to mówi glossa, o koniec świata. Otóż według mniemania świętych, kąkol ten oznacza heretyków. Przeto trzeba tolerować heretyków. Wbrew temuczytamy u Apostoła: „Heretyka, po pierwszym i drugim upomnieniu unikaj, wiedząc, że jest przewrotny”.
Całość rozumowania opiera się na aksjomatach wywiedzionych z zapisów Pisma Świętego. Punktem wyjścia rozważań jest fragment z Ewangelii, który podaje, że heretyków należy potępić, jeżeli po dwóch napomnieniach nie zmienią swojego postępowania. Zgodnie z interpretacją świętego Tomasza kacerzy należy więc karać śmiercią. Opiera się w tym na ustępie z Pisma, gdzie zostało napisane, że heretyków należy potępiać, aby nie „zachwaszczali” właściwej wiary.
Doktor Kościoła ma jednak wyraźny problem ze znajdującą się w centrum jego rozważań Ewangelią. Otóż Pismo, wbrew przytoczonemu wcześniej fragmentowi, nie rozstrzyga w sposób jednoznaczny, co powinno robić się z innowiercami. Tomasz jest zmuszony rzetelnie przyznać, że Biblia nie daje jasnej odpowiedzi: z jednej strony nakazuje potępić heretyków, z drugiej zaś zostaje podkreślone, że ich istnienie jest w jakiś sposób potrzebne dla wiary chrześcijańskiej. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że taki stan rzeczy istnieje z konieczności:
2. Trzeba tolerować to, co uchodzi za konieczne dla Kościoła. Otóż herezje uchodzą za konieczne dla Kościoła. Mówi bowiem Apostoł : „Muszą być... herezje, aby się okazało, którzy spośród was są wypróbowani”. A więc należy tolerować heretyków.
Odwołanie się do źródeł i próba interpretowania stanu rzeczy tylko przez zawarte w Piśmie zapisy nie daje Tomaszowi satysfakcji. Intelektualista, jakim niewątpliwie był Doktor Kościoła, potrzebował, aby argument nie tylko opierał się na aksjomacie wiary, ale również na logice. Potrzeba odpowiedniej, nie tylko teologicznej, argumentacji wynikała z pewnych intelektualnych konwencji z jakich wywodził się św. Tomasz, a które źródło miało w Arystotelesowskiej filozofii. Sformułował zatem filozoficzny argument przeciwko tolerowaniu heretyków, w którym odwołał się do analogii z fałszerzami:
Odpowiedź: Na heretyków trzeba patrzeć z dwóch stron: pierwsze, ze strony ich samych; drugie, ze strony Kościoła. Ze strony heretyków popełniają oni grzech, którym zasłużyli sobie nie tylko na to, by zostali karą klątwy wyłączeni z Kościoła, lecz także usunięci ze świata karą śmierci. O wiele bowiem cięższą zbrodnią jest psuć wiarę, która daje życie dla duszy, niż fałszować pieniądze, które służą życiu doczesnemu. Skoro więc świeccy władcy z miejsca sprawiedliwie karzą fałszerzy pieniędzy i innych złoczyńców karą śmierci, tym bardziej heretyków można z miejsca, skoro tylko udowodni się im winę herezji, nie tylko ukarać klątwą, ale także sprawiedliwie uśmiercić. Ze strony zaś Kościoła jest miłosierdzie troszczące się o nawrócenie błądzących; stosownie do nauki Apostoła, nie potępia ich od razu, lecz dopiero: „Po pierwszym i drugim upomnieniu”; po tym zaś, skoro heretyk nadal trwa w uporze, straciwszy nadzieję w jego nawrócenie, mając na uwadze zbawienie innych Kościół karą klątwy wyklucza go z swojego łona i następnie zostawia go sądownictwu świeckiemu, by przezeń był usunięty ze świata karą śmierci. Mówi przecież Hieronim: „Trzeba odciąć zgangrenowane członki i usunąć z trzody parszywą owcę, aby cały dom nie spłonął, nie popsuła się cała masa, nie zaraziło się całe ciało, nie zginęła cała trzoda. Ariusz w Aleksandrii był tylko iskrą; a że nie stłumiono jej zawczasu, jej ogień cały świat spustoszył”.

Spalenie ciała Arnolda z Brescii (domena publiczna).Argument z „fałszerzy” święty Tomasz formułuje używając następującego sylogizmu:
Przesłanka I: Fałszerze swoim postępowaniem psuje państwo.
Przesłanka II: Ten kto psuje państwo zasługuje na śmierć.
Wniosek: Fałszerze zasługują na śmierć.

Przesłanka I: Heretycy swoim postępowaniem psują religię.
Przesłanka II: Ten kto psuje religię zasługuje na śmierć.
Wniosek: Heretycy zasługują na śmierć.
Analogia między fałszerzami a heretykami wydaje się na pierwszy rzut oka prawidłowa. Jednak aby prześledzić całość argumentu należy zanalizować to zagadnienie i ujawnić te tropy argumentacji, które święty Tomasz podaje wprost, oraz te, które przemyca nie informując o nich czytelników.

Bronić jedności!

Arystoteles (fot. Eric Gaba, opublikowano na licencjiCreative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 2.5).Presupozycją całego Tomaszowego wywodu jest myśl Arystotelesa o jedności. Najprawdopodobniej autor uważał ten wątek za tak oczywisty, że nie uznał za stosowne napisanie o nim wprost.
Stagiryta w swoich pismach niezwykle silnie podkreślał, że jedność jest zawsze lepsza niż pluralizm. To co jest niepodzielne i spójne będzie stało wyżej w hierarchii bytów niż rzeczy mające odwrotną strukturę. Jedność zawsze będzie doskonała. Z takiego właśnie założenia wyszedł św. Tomasz i jego argumentacja byłaby zdecydowanie mniej przekonywająca, gdyby nie przyjęcie Arystotelesowskiej koncepcji.
Arystotelesowska jedność determinuje cały argument. Fałszerze, do których porównuje heretyków Tomasz, swoim zachowaniem niszczą właśnie jedność państwa, wprowadzając w niechciany element w postaci podrobionych pieniędzy. Ekonomiczny krwiobieg państwa zostaje zaburzony przez obcy element, zaś władca przestaje być monopolistą na tym obszarze działalności. Jednym słowem: jedność zostaje zakłócona.
Św. Tomasz chciał, aby analogiczna sytuacja zachodziła w przypadku heretyków. Kacerze swoimi zachowaniami i swoimi teoriami zakłócają jedność wiary, co zgodnie z przesłaniem Pisma Świętego może prowadzić do opłakanych skutków. Każde niezgodne z nauką Rzymu spojrzenie na Biblię miałoby być właśnie fałszywą monetą.

Sprzeczność naturalna czy groźna?

Dla niektórych taka analogia nie może wydać się właściwa. Wydaje się raczej, że w chrześcijaństwo jest raczej wpisany pluralizm spojrzeń na problem wiary, wiele z rzeczy zostało niedopowiedzianych, otwierając tym samym drogę do rozlicznych interpretacji. Pismo zarysowało jedynie pewien horyzont działań, a nie dokładny kodeks. I nie trzeba mówić tutaj tylko o gorącym za czasów Tomasza sporze między Kościołem Wschodnim i Zachodnim, ale chociażby o różnicy zdań wewnątrz samego Kościoła katolickiego czy między różnymi teologami.
Akwinita na taką krytykę najpewniej odpowiedziałby argumentem, że różnice poglądów między Augustynem a Boecjuszem można porównać do różnego nominału monet, a nie do monet fałszywych. I że chociaż różnią się od siebie, to jednak nie są to falsyfikaty.
Św. Augustyn z Hippony (aut. Philippe de Champaigne, XVII w., domena publiczna).Problem z takim rozumowaniem jest dwojaki. Po pierwsze, w przypadku całego argumentu z analogii, kwestia fałszywości i prawdziwości monet jest bardzo prosta do rozstrzygnięcia. W przypadku bycia lub nie bycia heretykiem kwestia należy do interpretacji Pisma, a ta z konieczności jest subiektywna. Legitymizacja tego, które wyznanie jest wiarą prawdziwą, opiera się nawet nie na aksjomatach Biblii, jak na przykład w przypadku waldensów albo prawosławia. W tym wypadku argument pasuje jedynie do przypadków, w których dana herezja neguje w sposób rażący zapisy Pisma.
Drugą sporną kwestią może być próba odpowiedziper analogia z różnymi nominałami monet. Gdyby św. Tomasz argumentował w ten sposób, musiałby stawić czoło przypadkom ludzi, którzy przez wiele lat byli w Kościele, a następnie zostali potępieni. Jako przykład można podać samego Tomasza, którego tezy również znalazły się na liście niezgodnych z wiarą.
Wydaje się, że najsłabszym punktem argumentacji doktora Kościoła jest teza głosząca brak konfliktu miedzy pismem a przyzwoleniem na zabijanie heretyków. Akwinita stara się przekonać czytelników, że jeżeli tylko zabicie heretyka nie pociąga za sobą szkody wierzących, nie ma przeciwwskazań dla zrobienia tego. Przyzwolenie na karanie śmiercią heretyków nie ma ani filozoficznej, ani teologicznej legitymizacji. Pismo mówi wyraźnie o powstrzymaniu się od zabijaniu kacerzy. Aprobata św. Tomasza na tego typu działania jest sprzeczna z jego własnym systemem przekonań. Nawet jeżeli nie weźmie się pod uwagę Starego Testamentu i Dekalogu, Tomasz musi poradzić sobie z Kazaniem na Górze:
Słyszeliście, że powiedziano przodkom: Nie zabijaj! (KW, 20, 2–17); a kto by się dopuścił zabójstwa podlega sądowi. A Ja wam powiadam: Każdy, kto się gniewa na swego brata, podlega sądowi. (...) A kto by mu rzekł ‹‹Bezbożniku››, podlega karze piekła ognistego (Mt,5,21-22).

Mały błąd prowadzi do tragedii

Nie da się poważnie traktować Pisma i zachęcać do karania śmiercią heretyków. Filozoficznie Tomasz stara się wykazać szkodliwość herezji na podstawie argumentu z „równi pochyłej”, czyli rozumowania zakładającego następujący rozwój wypadków: „a” pociąga „b”, które pociąga „c” i tak aż do „z”. Przy czym „a” jest zazwyczaj niegroźnie, natomiast „z” niesie za sobą tragiczne skutki. Akwinita przedstawił przy pomocy św. Hieronima tragiczną wizję społeczeństwa, które z ginie z powodu herezji:
Trzeba odciąć zgangrenowane członki i usunąć z trzody parszywą owcę, aby cały dom nie spłonął, nie popsuła się cała masa, nie zaraziło się całe ciało, nie zginęła cała trzoda. Ariusz w Aleksandrii był tylko iskrą; a że nie stłumiono jej zawczasu, jej ogień cały świat spustoszył.
Zgodnie z interpretacją w duchu argumentu z „równi pochyłej” sytuacja wyglądałaby w następujący sposób: zignorowanie heretyków w bezpośrednim sąsiedztwie doprowadzi do pomagania im, pomaganie im doprowadzi do przyjęcia ich przekonań, ich przekonania doprowadzą do odejścia od Kościoła, odejście od Kościoła zaowocuję potępianiem. Wniosek: nie można w żaden sposób tolerować heretyków.
Ariusz (fragment ikony przedstawiającej pierwszy sobór powszechny, XVI w., domena publiczna).
Jakich więc odpowiedzi udziela św. Tomasz? Oto one:
Ad 1. Łagodność ta wymaga, by heretyka raz i drugi upomnieć; skoro jednak odmawia nawrócenia, trzeba go uważać za przewrotnego; jasne to z przytoczonych słów Apostoła.
Ad 2. Korzyść wypływająca z herezji nie jest przez heretyków zamierzona, a jest nią, według Apostoła, wypróbowanie stałości wiernych, oraz, co podaje Augustyn: „Abyśmy otrząsnąwszy się z lenistwa, zabrali się skrzętnie do badania Pisma św.”. W zamierzeniu zaś swoim mają psuć wiarę, co przecież jest największą szkodą. I dlatego należy więcej brać pod uwagę to, co wprost mają w swoich zamiarach, co też usprawiedliwia ich wykluczenie, niż to, czego nie zamierzali, a co dawałoby podstawę do ich tolerowania.
Ad 3. „Co innego klątwa, a co innego doszczętne wytępienie” . Jak twierdzi Apostoł , wyklina się heretyka, by: „Duch jego był uratowany na dzień Pana”. Nie jest też sprzeczne z zakazem pańskim tępienie doszczętne heretyków karą śmierci; zakaz ten przecież dotyczy tego wypadku, gdy nie można wyrwać kąkolu bez wyrwania pszenicy; mówiliśmy o tym wyżej, gdy wykładaliśmy ogólnie o niewierzących
Rozumowanie Akwinity nie daje twardej podkładki aby wszystkich heretyków palić na stosie. Co więcej, wnioski są takie, że nie zawsze powinno się to robić, bowiem nieopatrznie można zagrozić tym działaniem innym wiernym. Nie ma co ukrywać: argumentacja św. Tomasza nie powala na kolana. O ile na pewno funkcjonowała po przyjęciu pewnych aksjomatów (w tym przede wszystkim metafizyki Arystotelesa), o tyle w innych sytuacja może nastręczać pewnych problemów. Jest jednak przykładem na to, że w przypadku palenia heretyków na stosie próbowano wykazać pewne filozoficzne podstawy takich zachowań.
Bibliografia:
  • Hołówka Teresa, Kultura logiczna w przykładach, PWN, Warszawa 2006.
  • Nowy Testament [w:] Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, w przekł. z jęz. oryg., oprac. zespół biblistów polskich z inicjatywy Benedyktynów Tynieckich, Wydawnictwo Świętego Krzyża, Opole 2005.
  • Seifert Piotr, Wstęp [w:] Księga Inkwizycji. Podręcznik napisany przez Bernarda Gui, Wydawnictwo WAM, Kraków 2006.
  • Tomasz z Akwinu, Suma Teologiczna, tom XV, tłum. P. Bełch, VERITAS, Londyn 1962-1986.
Redakcja: Tomasz Leszkowicz
Student filozofii i historii Uniwersytetu Warszawskiego. Zainteresowania badawcze historyczne: teoria literatury, historia Polski i Rosji w pierwszej połowie XX w., historia Rzeczpospolitej Obojga Narodów, systemy państw totalitarnych i historia filozofii. Zainteresowania badawcze filozoficzne: bioetyka psychopatologii, filozofia umysłu, neurologia, tożsamość osobowa w czasie, ontologia Internetu. Wielki fan twórczości Bacha oraz wielbiciel Kaczmarskiego i Iron Maiden.
Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.
UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod zdjęciami, lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org
źródło