niedziela, 26 lipca 2015

Autentyczne, wstrząsające zdjęcia z rzezi wołyńskiej. Czy trafią do filmu Wojciecha Smarzowskiego?

Okazuje się, że Gminny Ośrodek Kultury w Bełżcu posiada 30 zdjęć wykonanych przez żołnierza Armii Krajowej - Wojciecha Iwulskiego.
Prawdopodobnie trafią do filmu "Wołyń"





Berezowica Mała, pomnik pomordowanych polaków (source:Wikipedia)

wtorek, 14 lipca 2015

piątek, 10 lipca 2015

Jedwabne, czarna plama w naszej historii

Pomnik w Jedwabnem (wikimedia)

10 lipca 1941 roku w małym miasteczku koło Łomży doszło do tragicznych wydarzeń.
Jedwabne - to do dzisiaj "czarna plama" w naszej historii, i to niezależnie od tego, czy Tadeusz Gross przejaskrawił czy nie opis zabójstwa żydowskich mieszkańców miejscowości.

Więcej o Jedwabnem - TUTAJ
i TUTAJ


niedziela, 5 lipca 2015

Książka Związek Polaków "Młody Las" - do kupienia na Allegro

Jedna ze stron książki ze zdjęciami z czasów II Wojny Światowej

Zapraszam do kupna (cena wywoławcza 5 zł - czyli bezcen) książki Wiesława Jedlińskiego - Związek Polaków "Młody Las"

Jest ona poświęcona organizacji podziemnej działającej podczas II Wojny Światowej na terenie Polski Północnej i terenach włączonych do III Rzeszy. 
Książka jest w stanie idealnym - stron 47 plus 10 stron zawierających unikalne czarno-białe fotografie. 

Wydawnictwo Malbork







sobota, 4 lipca 2015

Bitwa pod Kłuszynem (4 lipca 1610). Wielki triumf polskiego oręża

Dokładnie 405 lat temu rozegrała się bitwa pod Kłuszynem. Odniesione tam zwycięstwo należy do największych w dziejach polskiego oręża. Niewielka armia polska dowodzona przez hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego rozbiła wielokrotnie liczniejsze wojska moskiewsko-szwedzkie. Ta błyskotliwa wiktoria otworzyła Polakom drogę do stolicy państwa carów – Moskwy.

Stanisław Żółkiewski (portret z XVII wieku)W XVI wieku Wielkie Księstwo Litewskie straciło na rzecz państwa moskiewskiego wiele terytoriów. Należała do nich Smoleńszczyzna wraz z potężnie ufortyfikowanym Smoleńskiem. Leży on w przesmyku między Dźwiną a Dnieprem, dzięki czemu miał on ogromne znaczenie strategiczne – kontrola nad nim pozwalała z jednej strony bezpośrednio zagrozić centralnym ziemiom litewskim, z drugiej zaś otwierała drogę na Moskwę. Z tego powodu współcześni historycy wojskowości nazywają Smoleńsk „bramą wschodnią”, podobnie jak Kamieniec Podolski określa się jako „bramę południową” skąd nieprzyjaciel mógł skierować swoje siły w głąb Korony.

Tło polityczne

Po śmierci Dymitra Samozwańca i rzezi towarzyszących mu Polaków w 1606 roku, zorganizowano komisję, która doprowadziła do podpisania prawie czteroletniego rozejmu między obydwoma państwami. Strona Moskiewska zobowiązała się do nie zawierania sojuszy z wrogami Rzeczypospolitej oraz uznania wszystkich tytułów królewskich (w tym szwedzkiego) Zygmunta III. Polski król nie zaakceptował jednak tego traktatu, zalecił bowiem, aby rozejm został podpisany na nie więcej niż dwa lata.
Tymczasem na scenie politycznej Rosji pojawił się człowiek, który podawał się za cudownie ocalałego Dymitra i uzurpował sobie prawo do tronu. Przez współczesnych sobie nazywany był pogardliwie „łżedymitrem” bowiem wiadomym było, że jego pretensje to czysta farsa. Mimo to jego wojska coraz bardziej rosły w siłę, a Szujski czuł się zagrożony i szukał sojusznika. Znalazł go w Szwecji. W układzie podpisanym w Wyborgu na początku 1609 roku strona moskiewska zobowiązała się do prowadzenia ze Szwecją wspólnej polityki wobec Rzeczypospolitej, zaś car ponownie ogłosił się księciem połockim (Połock został odbity z rąk moskiewskich jeszcze przez Stefana Batorego), co jawnie naruszało rozejm z państwem polsko-litewskim.
Wokół wypowiedzenia wojny przez Zygmunta III w 1609 roku narosło wiele mitów. Starsza historiografia zarzucała mu, że zrobił to bez zgody sejmu i wbrew racji stanu państwa. Współcześni historycy podkreślają jednak, że prawo nie zabraniało monarsze rozpoczynać wojny ofensywnej bez zgody sejmu, dopiero konstytucja z 1616 roku wprowadziła taki zakaz. Po drugie wskazują, iż rozbicie sojuszu moskiewsko-szwedzkiego, jak również możliwość odzyskania Smoleńska, leżały w interesie Rzeczypospolitej. Prawdą jest jednak, że Zygmunt III widział w podporządkowaniu sobie Moskwy szansę na odzyskanie tronu w Sztokholmie.
Car Wasyl Szujski (portret nieznanego autorstwa ze zbiorów Państwowego Muzeum Historycznego w Moskwie, XVII wiek)Sojusz polityczno-militarny Szujskiego i Karola IX był skutkiem istniejącego w regionie stosunku sił. Zarówno Szwecja, jak i Moskwa, były zbyt słabe, aby mierzyć się w pojedynkę z Rzeczpospolitą, jednak połączone mogły stać się dla niej poważnym problemem.
Zygmunt III postanowił w związku z tym podjąć interwencję zbrojną. Możliwe, że pomysł taki narodził się w umyśle monarchy już w 1606 roku. Król doskonale zdawał sobie sprawę ze słabości państwa moskiewskiego i widział w tym dogodną okazję do działania, jednak ze względu na wybuch rokoszu Zebrzydowskiego wszelkie plany należało odłożyć na bok. Pragnę podkreślić, że nie ma bezpośrednich dowodów na to, iż Zygmunt III już wówczas chciał konfliktu, tak jedynie przypuszczają historycy.
W 1609 roku pretekstu do wojny nie trzeba było szukać (dostarczył go sam Wasyl Szujski), monarcha uzyskał na atak zgodę senatu, a na sejmikach poprzedzających sejm z początku 1609 roku również szlachta przychylnie wyrażała się na temat planowanej wyprawy. Szczególnie Litwini liczyli na odzyskanie Smoleńszczyzny, zaś koroniarze na korzyści płynące z podporządkowania sobie Moskwy. Król podkreślał, że uderzając na Smoleńsk realizuje pacta conventa, bowiem zobowiązał się w nich odzyskać utracone niegdyś terytoria. Swój interes miało w tym również papiestwo, licząc na możliwość nawrócenia schizmatyków. Polska dyplomacja głosiła na Zachodzie konieczność podjęcie „krucjaty”, ale propaganda ta nastawiona była na uzyskanie subsydiów pieniężnych – w pismach kolportowanych wśród szlachty nie głoszono takich intencji. Na samym sejmie 1609 roku nie omawiano kwestii wypowiedzenia Moskwie wojny.
Podejmując decyzję uderzeniu na Smoleńsk, król wybrał odpowiedni moment, bowiem granica z Turcją nie była wówczas zagrożona, w Inflantach zaś hetman Chodkiewicz wyparł Szwedów daleko za Rygę. Całą uwagę można było skupić na kierunku wschodnim.

Działania zbrojne przed bitwą pod Kłuszynem

Jacob de la Gardie (portret nieznanego autorstwa ze zbiorów Muzeum Narodowego w Sztokholmie, 1606 rok)21 września Zygmunt III przekroczył na czele armii koronnej granicę Rzeczypospolitej i już 1 października znalazł się pod Smoleńskiem. Działania przeciwko twierdzy nie szły sprawnie, brakowało bowiem piechoty oraz dział burzących. Czas działał na niekorzyść strony polskiej. Wojska szwedzkie koncentrujące się na północy państwa moskiewskiego pod dowództwem Jocoba de la Gardie dążyły do szybkiego połączenia się z siłami cara.
Już pod koniec maja 1610 roku dotarła do polsko-litewskiego dowództwa informacja, że siły rosyjsko-szwedzkie koncentrują się pod Kaługą, około 300 kilometrów na wschód od Smoleńska, a ich głównym wodzem jest brat cara Dymitr Szujski. 6 czerwca Stanisław Żółkiewski wyruszył spod Smoleńska na czele wydzielonych sił, by spotkać się ze skoncentrowaną armią nieprzyjaciela. Źródła są sprzeczne co do liczebności wojska zabranego przez hetmana. Radosław Sikora, autor najnowszej monografii dotyczącej bitwy pod Kłuszynem, przyjmuje, że było to około 3 000 żołnierzy, w tym 1 800 jazdy.
Pierwotnie Żółkiewski zamierzał skierować się na Wiaźmę, jednak plan ten został zmieniony i polskie chorągwie udały się pod twierdzę Biała. Wynikało to z wieści, że wróg chce odbić miasto, jednak kiedy Szujski dowiedział się o marszu wojsk hetmana polnego, zrezygnował z tego zamiaru. Gdy Żółkiewski opuszczał Białą, miał pod komendą niecałe 2 000 żołnierzy, bowiem resztę pozostawił w fortecy, aby wzmocnić tamtejszą załogę. Te nieliczne siły powiększyły się pod Szujskiem, gdzie połączyły się z pułkami Ludwika Weihera, Aleksandra Zbaraskiego oraz Marcina Kazanowskiego. Liczyły one 3 600 jazdy (głównie husarii), 400 piechoty oraz 3 000–4 000 Kozaków zaporoskich.
Z tymi siłami Żółkiewski skierował się na Carowe Zajmiszcze. Po drodze doszło do starcia z przednią strażą wojsk moskiewskich, które zamknęły się w warownym obozie. Polski hetman stanął przed bardzo trudną decyzją. Miał przed sobą ufortyfikowanych Rosjan, ale niedaleko znajdowało się główne zgrupowanie wojsk nieprzyjaciela. Postanowił w związku z tym podzielić swoją armię. Wydzielił 700 jazdy, 200 piechoty oraz wszystkich Kozaków do blokowania obozu, tak aby znajdujący się w nim żołnierze nie weszli na tyły wojsk polskich. Z resztą armii podążył polski wódz pod Kłuszyn, gdzie spodziewał się stoczyć bitwę z Szujskim.

Liczebność armii

Żółkiewski wiele ryzykował, bowiem zdawał sobie sprawę, że Szujski ma nad nim dużą przewagę liczebną. Armia polska, która dotarła pod Kłuszyn, składała się z najlepszych jednostek, ale ich dokładną liczebność trudno jest ustalić. W historiografii przyjęto, że oddziały te liczyły 7 000 żołnierzy, jednak według Radoslawa Sikory jest to błąd. Przeprowadziwszy analizę liczebności walczących stron, stwierdził on, że w rzeczywistości armia koronna liczyła 4 200 stawek żołdu, zaś jej rzeczywisty stan osobowy wynosił 2 700 ludzi. Skąd tak wielka różnica? Dziesięć procent z pierwszej liczby stanowiły tak zwane ślepe porcje (puste etaty, z których finansowano żołd oficerski), a ponadto Sikora wyjaśnia (idąc za uczestnikiem bitwy Samuelem Maskiewiczem), że stany chorągwi nie były pełne. Myślę, że można przyjąć, iż armia polska liczyła 2 500 lub nieco więcej kawalerii oraz 200 piechoty wraz z dwoma działkami małego kalibru (falkonetami).
Jak widać były to siły nad wyraz szczupłe, choć elitarne, bowiem Żółkiewski, dowództwo średniego szczebla oraz sami żołnierze odznaczali się dużym doświadczeniem – dość będzie wspomnieć, że niektórzy z nich walczyli również pod Kircholmem. Nie protestowali również, idąc na pole bitwy, a przecież zdawali sobie sprawę, że wróg ma znaczną przewagę. Możemy zatem powiedzieć, że cechowała ich wiara we własne możliwości.
Niderlandzki muszkieter (Jacob van Gheyn,Wapenhandelingen van Roers. Musquetten ende Spiesen, 1608 rok)W armii przeciwnika najbardziej wartościowe były siły szwedzkie. Były one złożone z oddziałów piechoty pikiniersko-muszkieterskiej oraz rajtarii zwerbowanych na zachodzie Europy wśród najemników niemieckich, francuskich, angielskich czy szkockich. Źródła różnie oceniają ich liczebność, na 4 000 do 8 000, ale wydaje się, że bliższa prawdzie jest ta pierwsza wartość, druga zaś może uwzględniać również towarzyszącą żołnierzom czeladź.
Jeszcze większe rozbieżności dotyczą armii moskiewskiej. Tu liczby wahają się od 15 000 do nawet 40 000. Tak jak poprzednio należy mieć na uwadze, że armii tej towarzyszyła czeladź, a istotne jest, ile liczyła armia regularna. Wydaje się, że nie mniej niż 15 000, a nie więcej niż 20 000 ludzi.
Łącznie zatem na siły nieprzyjaciela składało się nie mniej niż 19 000 żołnierzy oraz kilkanaście dział. Przewaga ta ograniczała się jednak w praktyce do liczb, bowiem żołnierzom najemnym nie wypłacano od jakiegoś czasu żołdu i nie mogli być oni zbytnio zmotywowani, natomiast Moskale prezentowali niewielkie walory wojskowe.

Bitwa

Polskie chorągwie poruszały się bardzo szybko pomimo niesprzyjającego terenu. Zmierzały w stronę Kłuszyna całą noc z 3 na 4 lipca i nad ranem znajdowały się już w pobliżu nieprzyjaciela. Niewątpliwie dowództwo szwedzkie i moskiewskie nie przywiązało należytej uwagi do rozpoznania, przez co dowodzone przez nich wojsko dało się zaskoczyć dosłownie w samych gaciach, bowiem wszyscy jeszcze spali. Żółkiewski nie mógł jednak od razu ruszyć do ataku, gdyż potrzebował czasu na rozwinięcie szyku, a poza tym na pole bitwy nie dotarła jeszcze piechota wraz z działkami.
Nieprzyjaciel w alarmowym tempie wyszedł z obozów (były dwa: szwedzki i moskiewski): pierwsze najemne wojska szwedzkie, za nimi jazda moskiewska. To z kolei sprawiało, że to przeciwko Szwedom musiało zostać skierowane pierwsze polskie uderzenie.
Dzięki temu, że pole bitwy nie przekraczało półtora kilometra szerokości i otoczone było przez dwie rzeki oraz las, Szwedzi i Rosjanie nie mogli w pełni rozwinąć swych oddziałów. Na ich korzyść działały natomiast przygotowane przez nich drewniane płoty oraz liczne kobylice, które miały ranić konie i uniemożliwić husarii skuteczne natarcie. Polacy starali się jeszcze w nocy zniszczyć chociaż część płotów, niestety poczynione wyrwy nie przekraczały kilkunastu metrów. Nietrudno zauważyć, że przedarcie się przez te przeszkody wymagało od polskich kawalerzystów wzniesienia się na wyżyny umiejętności.
Na początku batalii oddziały szwedzkie uszykowały się w cztery rzuty. W pierwszym stanęły cztery kompanie piechoty, a za nimi trzy rzuty kawalerii – łącznie około 1 600. żołnierzy wspartych prawdopodobnie przez kilka dodatkowych kompanii. Wojska moskiewskie zachowywały się pasywnie.
W czasie pierwszych starć padło kilkudziesięciu piechurów. Husaria przedzierała się przez luki w płocie i próbowała uczynić wyłom w szeregach przeciwnika. Rażona ze wszystkich stron z broni palnej, zarówno przez muszkieterów jak i rajtarów, wykazywała dużą odporność na ogień. Nie mogąc rozbić nieprzyjaciela, zawracała i ponawiała szarżę. Według źródeł niektóre chorągwie atakowały w ten sposób nawet dziesięć razy.
Duże znaczenie miało pojawienie się na polu bitwy polskiej piechoty z dwoma działkami. Po oddaniu pierwszej salwy rzuciła się ona na wroga i chociaż nie spowodowała większych strat, jego oddziały zaczęły uciekać. W pościg ruszyła także husaria, na jej drodze stanęli jednak rajtarzy osłaniający odwrót własnej piechoty. Ta zatrzymała się, ale nie podjęła już dalszej walki. Rajtarzy stawiali zacięty opór, jednak i oni nie wytrzymali natarcia – husaria uderzyła na nich od czoła i z boku, co spowodowało całkowite rozbicie ich formacji.
Bitwa pod Kłuszynem (drzeworyt autorstwa Tomasza Makowskiego, początek XVII wieku)
W tym samym czasie chorągwie koronne starły się również z jazdą moskiewską, która momentalnie rzuciła się do ucieczki. Jak notował Maskiewicz: „Straciwszy serce Moskwa pierzchać i uciekać w obóz pospołu z Niemcami poczęli, a my na grzbietach ich jadąc […] wpadliśmy do obozu ich” (Samuel Maskiewicz, Dyariusz, [w:] Moskwa w rękach Polaków…, s. 168–169)
Piechota szwedzka, która wcześniej pierzchła pod las, skierowała się teraz do własnego obozu. Wielu najemnych żołnierzy było skłonnych przejść na polska stronę, a niektórzy nawet już to zrobili.
Tymczasem polska kawaleria zapuściła się daleko w pogoni za Moskalami i wracając na pole bitwy musiała być już wyczerpana, bitwa zaś nadal nie była rozstrzygnęła. Żółkiewski planował uderzyć na obóz szwedzki. Przegrupował swoje siły i rozkazał, aby bardziej wypoczęte chorągwie przystąpiły do ataku. Kilka za nich przeskoczyło kobylice i przełamało opór pikinierów. Wyczyn ten zasługuje na najwyższe uznanie, jednak uderzenie nie zostało dostatecznie wsparte przez pozostałe polskie jednostki i z tego powodu nie było decydujące. Atak ponowiono większymi siłami. Widząc to, cudzoziemcy zaczęli się masowo poddawać i podjęli pertraktacje. Żółkiewski oczywiście skorzystał z takiego obrotu sytuacji. Na stronę Rzeczypospolitej przeszło około 2 500 żołnierzy, chociaż trudno wskazać na dokładną liczbę. Zdając sobie sprawę z konsekwencji tych wydarzeń, Szujski uciekł z pola bitwy. Część wojsk polskich rzuciła się do rabowania moskiewskiego obozu, inne zaś chorągwie ścigały z rozkazu Żółkiewskiego wroga. Tak zakończyła się bitwa pod Kłuszynem.

Straty

W odniesieniu do strat poniesionych przez wojska polskie dysponujemy dość szczegółowymi danymi: zginęło od 80 do 100 żołnierzy, drugie tyle zostało rannych, zabito zostało też 200 koni, a 200 raniono. Zwierzęta ucierpiały zatem najbardziej, co nie dziwi z uwagi na zastosowane przez nieprzyjaciela płoty i kobylice. Również ogień muszkietowy raził głównie konie, za których grzbietami chowali się jeźdźcy.
Inaczej jest w przypadku sił moskiewsko-szwedzkich – nie dysponujemy precyzyjnymi informacjami na temat ich strat. Najprawdopodobniej szwedzkie wynosiły 700 lub 800 ludzi, moskiewskie zaś około 1 000 lub 2 000. Z pewnością największe straty ponieśli Moskale podczas ucieczki. W ręce polskie dostał się cały obóz wojsk rosyjskich, a w nim między innymi pieniądze oraz wiele sztandarów.

Podsumowanie

Bitwa pod Kłuszynem pokazała, że żołnierza polskiego cechuje wytrzymałość, wysokie umiejętności oraz żelazne nerwy. Od zmierzchu 3 lipca do końca bitwy niektóre chorągwie przebyły łącznie ponad 100 kilometrów. Żółkiewski wspiął się na wyżyny swoich możliwości i zdecydowanie był to jego największy triumf w życiu. Należy zwrócić uwagę, że hetman polny w pełni wykorzystał armię, jaką dysponował, czego nie można powiedzieć o jego przeciwnikach.
Bitwa pod Kłuszynem (obraz autorstwa Szymona Boguszowicza, ze zbiorów Lwowskiej Galerii Sztuki, około 1620 roku)
Spośród żołnierzy najemnych na wysokie noty zasługuje kawaleria, która wielokrotnie stawiła husarii zaciekły opór. Również piechota zadała Polakom pewne straty. Negatywna ocena należy się za to Jacobowi de la Gardie, który dowodził po prostu źle. Nie tylko zaniedbał rozpoznanie, ale też rzucił się do ucieczki w momencie przełamania szyków własnej kawalerii, choć miał jeszcze w odwodzie ponad 1 000 koni.
Najgorzej wypadły siły moskiewskie, które nie wspomogły należycie sojusznika, a w momencie natarcia Polaków nie stawiły im praktycznie żadnego oporu. Wynikało to z zupełnego braku wiary w zwycięstwo oraz ogólnej niechęci do walki, które zderzyły się z wielką determinacją armii koronnej. Wojsko moskiewskie demoralizowało jedynie swoją postawą najemników i przyczyniło się do ich przejścia na stronę polską.

Konsekwencje

W wyniku bitwy pod Kłuszynem armia polska wkroczyła do Moskwy. Bojarzy podpisali traktat, na mocy którego obrali na tron carski królewicza Władysława. Załoga Kremla utrzymała się na nim do końca 1612 roku, a po kapitulacji opuściła miasto. Można w związku z tym powiedzieć, że bitwa została wykorzystana politycznie.
Powodów, dla których królewicz Władysław nie objął ostatecznie władzy w Moskwie jest wiele i jest to temat na oddzielny artykuł. Pragnę jedynie zwrócić uwagę, że współczesna historiografia nie obwinia o to Zygmunta III. Historycy wskazują także, że pomimo późniejszych konfederacji wojskowych, jakie zawiązały się w Rzeczypospolitej z powodu nie wypłacenia wielu żołnierzom żołdu, wojna wcale nie osłabiła państwa polsko-litewskiego. Dodatkowo interwencja zbrojna w państwie moskiewskim opóźniła wzrost jego potęgi o kilkadziesiąt lat. Rosja nie pogodziła się jednak z hegemonią Rzeczypospolitej w tej części Europy i dążyła w późniejszych latach do odzyskania utraconych ziem.

Bibliografia

  • Andrusiewicz Andrzej, Dzieje Dymitriad 1602–1614, t. 1-2, Wyd. ANS, Warszawa 1990.
  • Bohun Tomasz, Moskwa 1612, Bellona, Warszawa 2005.
  • Chmiel Zbigniew, Militarne uwarunkowania interwencji Zygmunt III Wazy w państwie moskiewskim, [w:] Na z góry upatrzonych pozycjach, red. Bartosz Międzybrodzki, Magdalena Gajda, Krzysztof Fudalej i Michał Przeperski, InfortEditions Warszawa–Zabrze 2011, s. 105-117.
  • Maciszewski Jarema, Szlachta polska i jej państwo, Wiedza Powszechna, Warszawa 1986.
  • Moskwa w rękach Polaków. Pamiętniki dowódców i oficerów garnizonu polskiego w Moskwie latach 1610–1612, oprac. Marek Kubala, Tomasz Ściężor, Wyd. Platan, Liszki 1995.
  • Polak Wojciech, O Kreml i Smoleńszczyznę. Polityka Rzeczypospolitej wobec Moskwy w latach 1607–1612, Wyd. Finna, Gdańsk 2008.
  • Sikora Radosław, Kłuszyn 1610. Rozważania o bitwie, Instytut Wydawniczy Erica–Fundacja Hussar, Warszawa 2010.
  • Szcześniak Robert, Kłuszyn 1610, Bellona, Warszawa 2004.
  • Wisner Henryk, Władysław IV Waza, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2009.
  • Tenże, Zygmunt III Waza, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 2006.
  • Tenże, Król i car. Rzeczpospolita i Moskwa w XVI i XVII, Książka i Wiedza, Warszawa 1995.
  • Żółkiewski Stanisław, Początek i progres wojny moskiewskiej, Zakład Narodowy im. Ossolińskich–De Agostini Polska, Wrocław–Warszawa 2003.
Redakcja: Roman Sidorski
Tekst opublikowano pierwotnie 04.07.2012 r.

Ur. w 1987 r., doktorant historii na Wydziale Nauk Historycznych i Społecznych Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Stypendysta Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w roku akademickim 2010/2011. Studiował historię w Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku oraz na Uniwersytecie Wileńskim. Autor artykułów, edycji źródłowych i recenzji, stały współpracownik portalu historycznego Histmag.org. Związany z ośrodkiem naukowym Uniwersytetu Warszawskiego zajmującym się staropolską wojskowością. Jego zainteresowania badawcze skupiają się na parlamentaryzmie, kulturze politycznej i wojskowości I Rzeczypospolitej w dobie panowania Wazów. W obszarze jego badań znajdują się również postawy szlachty mazowieckiej. Obecnie pracuje nad dysertacją doktorską poświęconą dwóm sejmom za panowania Zygmunta III z lat 1587–1589.
Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.
UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod zdjęciami, lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org


źródło



Richard Hargreaves – „Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945” - recenzja

6 maja 1945 roku skapitulowała Festung Breslau, najdłużej broniące się miasto na terenie III Rzeszy. Po tętniącej życiem metropolii pozostały zaminowane stosy gruzów kryjące dziesiątki tysięcy ciał. Hargreaves podjął próbę opisania bitwy, która zmieniła kwitnące Breslau w zrujnowany Wrocław.
Oblężenie miasta zawsze wiąże się ze znacznymi stratami wśród ludności cywilnej i zniszczeniami tkanki miejskiej. Wielkość strat zależy od długości obrony i zaciekłości nacierających. Breslau bronił się długo, a nacierającym Rosjanom nie brakowało amunicji.

Co trzymamy w ręku?

Richard Hargreaves jest z zawodu dziennikarzem zajmującym się sprawami morskimi. Badanie historii III Rzeszy traktuje jako swoje hobby. Sam nie określa się jako „historyk wojskowości”, gdyż bardziej od losów armii interesuje go element ludzki1 . Polski czytelnik miał już okazję zapoznać się z tłumaczeniami dwóch książek tego autora, „Niemcy w Normandii” i „Blitzkrieg w Polsce”2 . Tym razem w nasze ręce trafia tłumaczenie książki wydanej w 2012 roku jako „Hitler's final fortress. Breslau 1945”3 . Całość liczy sobie 536 stron, z czego tekst właściwy zajmuje 458 z nich. Pracę urozmaicono 11 mapami ilustrującymi przebieg oblężenia jak i miejsca wydarzeń opisanych w poszczególnych relacjach. Oprócz nich, w książce znajdują się 44 czarno-białe zdjęcia umieszczone na 16 nienumerowanych kredowych stronach.

Śmierć miasta

Autor opisuje historię Breslau/Wrocławia w dość szerokim przedziale czasowym. W prologu cofa się do 31 lipca 1938 roku i Święta Niemieckiej Gimnastyki i Sportu, natomiast w zakończeniu sięga do roku 1947, opisując także na kilku stronach współczesny Wrocław. Zgodnie z deklaracją złożoną przez autora, w jego książce nie znajdziemy kompleksowego omówienia przebiegu oblężenia czy jednostek użytych przez obie strony. Zamiast tego autor stara się opisać los miasta przez pryzmat wspomnień jego obrońców i cywili, przebywających w nim podczas oblężenia. Pod koniec książki pojawiają się również wspomnienia Polaków przybywających do Wrocławia.
Całość narracji jest skomponowana bardzo przystępnie, a wartość pracy zwiększają cenne uwagi merytoryczne tłumacza omawianej pracy, Tomasza Fiedorka. Dzięki temu „Ostatnia twierdza” jest książką wciągającą czytelnika od pierwszej do ostatniej strony. Z kart pracy Hargreavesa wyłania się przejmujący obraz desperackiej obrony miasta, które było stracone od pierwszego dnia szturmu. Przed oczyma odbiorcy pojawiają się członkowie rozbitych oddziałów desperacko przedzierający się do własnych linii, matki pchające wózki z zamarzniętymi niemowlętami i żołnierze walczący z furią o utrzymanie pozycji. Obok nich mamy cywili usiłujących przetrwać wśród bomb i płomieni, księży wypełniających do końca swą posługę wobec wiernych oraz rodziców zdzierających ze swych nastoletnich dzieci mundury Hitlerjugend przed wysłaniem ich jednostek na linię walk. Wszystko to pozwala na wyobrażenie sobie choć części okrucieństw związanych z walkami o Breslau.

Dlaczego więc nie 10/10?

Niestety, „Ostatnia twierdza” nie jest książką pozbawioną niewielkich usterek. Brak jest choćby połączenia pomiędzy treścią książki a mapami, co czyni te ostatnie praktycznie bezużytecznymi Czytelnik nie jest bowiem w stanie porównywać co chwilę znaczników z map z nazwiskami pojawiającymi się w tekście. Nie jest to jednak jedyne zastrzeżenie jakie można skierować pod adresem tej pozycji jak i jej twórcy.
We wprowadzeniu autor stwierdza, iż Wrocław znajdował się w okrążeniu dłużej niż Stalingrad. Problem w tym, że miasto Stalina nigdy nie było całkowicie okrążone, a broniące go radzieckie jednostki otrzymywały wsparcie przez Wołgę. W innym miejscu swej pracy Hargreaves pisze: „Wojna z Polską trwałą krótko (...)” odnosząc się do walk z września i października 1939 roku. Autor zapomina jednak, że Rzeczpospolita Polska pozostała uczestnikiem konfliktu aż do 1945 roku, a jednostki Wojska Polskiego brały udział w zdobywaniu Berlina. Bardziej kontrowersyjnie, szczególnie dla polskiego czytelnika, zabrzmią słowa autora odnoszące się do Armii Czerwonej „To oni walczyli za słuszną sprawę. To oni toczyli wojnę wyzwoleńczą”. Taką opinię może wygłosić jedynie autor nie mający większego pojęcia o losach „wyzwalanej” ludności Polski, Litwy czy Estonii. Warto też zauważyć, że autor opiera się praktycznie w całości na literaturze wytworzonej na zachód od Odry.
W omawianej pracy trafiają się również nieścisłości dotyczące technicznego wyposażenia wojsk. Dla większości czytelników są one niezauważalne, jednak dla osoby obeznanej z tematem będą dosyć drażliwe. I tak w całej książce występuje „pancerfaust” zamiast „panzerfaust”, Ju-87 G-2 Hansa-Urlicha Rudla posiadał dwa działka BK 37, a nie jedno (jak przedstawiono to w książce), a StuG IV nie był uzbrojony w „armatę przeciwpancerną 75 mm z czołgu typu Pantera”, tylko w działo StuK 40 o tym samym kalibrze. W działo „z czołgu typu Pantera” uzbrojony był Jagdpanzer IV/70 (V).

Podsumowanie


„Ostatnia twierdza Hitlera. Breslau 1945” to interesująa książka, zasługująca na przeczytanie. Nie jest pozbawiona wad, a niektóre sformułowania autora mogą być dość problematyczne dla polskiego czytelnika, jednak dzięki wciągającej narracji i plastyczności opisów walk i ucieczek „Ostatnia twierdza” nie będzie żal na poświęcenie jej kilku wieczorów.
Doktor nauk humanistycznych, specjalizacja historia najnowsza powszechna. Absolwent Instytutu Historii Uniwersytetu Gdańskiego. Miłośnik narzędzi do rozbijania czołgów i brytyjskiej Home Guard. Z zawodu i powołania dręczyciel młodzieży szkolnej na różnych poziomach edukacji. Obecnie poszukuje śladów Polaków służących w Home Guard.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.
Redakcja i autor zezwalają na jego dowolny przedruk i wykorzystanie (również w celach komercyjnych) pod następującymi warunkami: należy wyraźnie wskazać autora materiału oraz miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org, a także nazwę licencji (CC BY-SA 3.0) wraz z odnośnikiem do jej postanowień. W przypadku przedruku w internecie konieczne jest także zamieszczenie dokładnego aktywnego odnośnika do materiału objętego licencją.
UWAGA: Jeśli w treści artykułu nie zaznaczono inaczej, licencja nie dotyczy ilustracji dołączonych do materiału – w kwestii ich wykorzystania prosimy stosować się do wskazówek w opisie pod zdjęciami, lub – w razie ich braku – o kontakt z redakcją: redakcja@histmag.org

źródło

środa, 1 lipca 2015

U-booty, niemieckie łodzie podwodne

U-36 (wikimedia)
I jak tu znowu nie pochwalić Polskiego Radia. po raz kolejny przygotowało gratkę dla miłośników historii przypominając o niemieckiej broni podwodnej: U-bootach.

I pomyśleć, że początkowo sami Niemcy nie wierzyli w możliwości bojowe swoich łodzi podwodnych.

Więcej TUTAJ



Gdyńscy Kosynierzy - ile w tym prawdy

Gdyńscy kosynierzy
źródło: wikimedia
Portal Trójmiasto przypomniał właśnie historię mocno nagłośnionego w okresie PRL oddziału Gdyńskich Kosynierów.

Kosy postawione na sztorc na zdjęciu obok, to uzbrojenie patroli ochraniających sztab Obrony Wybrzeża.

Cały artykuł - TUTAJ 

Greta Garbo - kobieta, której uśmiechu pragnęło całe Hollywood


Autor: Karolina Łachmacka

Historia kariery Grety Garbo, kilkukrotnie nominowanej do Oscara aktorki, która do Hollywood zawitała ze Szwecji i stała się legendą światowego kina.
Greta Garbo (wikimedia)

Szwedzka aktorka o karierze hollywoodzkiej i międzynarodowej sławie. Czterokrotnie nominowana do Oskara, otrzymała statuetkę honorową. Piękna, często określana mianem "boskiej". Wraz z Ingrid Bergman dzierży tytuł najlepiej znanej szwedzkiej gwiazdy kina. Życie i twórczość Grety Garbo to z pewnością materiał na niezwykle ciekawą historię.
Urodziła się 18 września 1905 roku w stolicy Szwecji - Sztokholmie. Najmłodsza z trójki rodzeństwa, Greta Lovisa Gustafsson pochodziła w z rodziny z klasy robotniczej. Mała Greta ponoć nie lubiła dzielić zabawek z innymi dziećmi i czuła się najlepiej we własnym towarzystwie. Rodzina przyszłej gwiazdy filmowej nie była bogatą familią, która mogłaby spełniać zachcianki i marzenia dzieci państwa Gustafsson. Kiedy ojciec Grety poważnie zachorował, ta pielęgnowała go, choć i tak ostatecznie umarł on w 1920 roku, kiedy dziewczyna miała niespełna 15 lat.
Od modelki do aktorki Stillera
Greta imała się różnych prac. Rola modelki, która prezentowała kapelusze okazała się przepustką do uzyskania pozycji fotomodelki. Stopniowo zaczęła grać w reklamówkach, a w 1922 roku obsadzono ją w krótkometrażówce zatytułowanej"Petter Włóczęga". W tym samym roku Greta zaczęła swoją przygodę ze szkołą dramatyczną, którą ukończyła w 1924 roku. To właśnie na ten czas datuje się początek współpracy aktorki z Mauritzem Stillerem, który powierzył jej rolę w "Gdy zmysły grają" (1924). Niespełna 19-letnia Greta trafiła pod skrzydła Stillera, który stał się jej mentorem i, w pewnym tego słowa znaczeniu, menedżerem nowo rodzącej się kariery. Kolejną rolę Greta zagrała w filmie Pabsta, "Zatracona ulica". Partnerowała wówczas samej Ascie Nielsen.

Ekspresowy szturm w Hollywood 

Kolejny rozdział tej opowieści zahacza o Hollywood. Istnieją jednak różne jej wersje. W historii kariery Grety Garbo (taki pseudonim miał nadać jej Stiller) dużą rolę odgrywa Louis B. Mayer, który w latach 30. XX wieku wyrośnie na najbardziej prominentną postać filmowej działki show biznesu. Pierwsza wersja mówi o tym, że Mayer zaprosił do Hollywood Stillera, ale gdy obejrzał "Gdy zmysły grają", miał zapragnąć także zapoznać się z nowo odkrytą przez reżysera szwedzką gwiazdą. Druga wersja jest dla Stillera bardziej bezlitosna - miał być jedynie "dodatkiem" do Garbo, którą wypatrzył już Mayer. Być może bowiem Mayer obawiał się, że odkryta przez Stillera Garbo lojalnie odmówi przybycia do Stanów, jeśli odrzucą słynnego szwedzkiego reżysera. Którakolwiek z tych wersji jest prawdziwa, jedno jest pewne - Garbo ta podróż przyniosła sukces w najlepszym tego słowa znaczeniu, a Stillerowi - gorzkie rozczarowanie.
Postępowanie studia z Gretą i Stillerem było od początku niczym zabawa w kotka i myszkę. Początkowo, kiedy tylko przybyli, jakby o nich zapomniano. Potem spece od wizerunku wzięli pod swoją pieczę świeżutki diament, by przerobić go na wysublimowany brylant. W praktyce oznaczało to zrzucenie paru kilogramów i wyprostowane zęby. Garbo uczyła się angielskiego, a w międzyczasie powierzono jej debiutancką rolę w filmie hollywoodzkim - "Słowik hiszpański" (1926). Jednak reżyserem obrazu nie był Stiller, a Monta Bell. "Cudowny chłopiec Hollywood", młody producent Irving Thalberg, obsadził aktorkę w "Kusicielce". Reżyserię powierzono Stillerowi, jednak przy słabym angielskim i nieporozumieniach z aktorem grającym główną rolę, Mauritz Stiller stracił swoją posadę na rzecz Freda Niblo
Kolejne filmy sprawiły, że Garbo stała się gwiazdą, potem natomiast jej pozycja jedynie ulegała umocnieniu. Ponoć miała świetny sposób na to, jak wynegocjować dla siebie taką gażę, jaką chciała. "Bo wrócę do Szwecji!", miała mawiać.


Największa atrakcja w kinie

Pozycję gwiazdy kina pierwszej wielkości wspomagał z pewnością zaistniały na planie filmowym romans z Johnem Gilbertem. Chociaż dzisiaj uważa się, że amerykański aktor wcale nie był miłością życia aktorki, to za takową uchodził.
Tymczasem popularność Grety Garbointensyfikowała jedynie jej potrzebę demonstrowania niezależności i stopień alienacji. Jako gwiazda pierwszej wielkości mogła bez problemu żądać np., by plan otaczały parawany, które oddzielą aktorkę od oczu pracowników planu. Tak, jak niegdyś podczas zabawy, tak też i na planie filmowym Garbo nie akceptowała gapiów i traktowała obecność "zbędnych" osób niemal jak naruszenie jej przestrzeni czy dewastację prywatności.
Garbo mówi!
To, czego mogło obawiać się studio, to nadchodząca próba dźwięku, z którą, jak się okazało, aktorka musiałaby się zmierzyć wcześniej czy później. Wytwórnia nie miała oporów i promowała to wydarzenie jako pewny sukces. "Garbo mówi!", krzyczały slogany prosto z plakatów z twarzą pięknej Szwedki. "Anna Christie"(1930), gdzie Greta przemawia na ekranie po raz pierwszy, to jeden z najbardziej pamiętnych obrazów z Garbo. A tak na marginesie - studio opłaciło się ryzyko, bo gwiazda kina niemego bez problemu wstąpiła na firmament pereł filmu dźwiękowego. Podobnego szczęścia nie miał wyżej wspomniany Gilbert. Oficjalnie mówi się, że miał zbyt "żabi" głos, jednak niektóre źródła podają, że był to jedynie dobry pretekst do zniszczenia jego kariery.

Greta Garbo staje się natomiast najbardziej kasową gwiazdą Hollywood. Na planie partnerowali jej m.in. młody Clark Gable ("Zuzana Lennox" z 1931 roku) czy Joan Crawford ("Ludzie w hotelu" z 1932). Aktorka w międzyczasie okazałą się solidną partnerką w biznesie - nie wracała na plan do czasu, aż udało jej się wynegocjować nowy kontrakt. Świeża umowa, podpisana przez obie strony w 1932 roku, dawała Grecie Garbo większy wpływ na jej własną karierę, image i tzw. "emploi", mogła ona bowiem decydować o wielu szczegółach. Wcześniej nie miała aż takich przywilejów.
Szwedzka gwiazda miała nie tylko talent aktorski, ale i wykraczający poza ramy tego daru zmysł filmowy. Wybierała udział w projektach, które cieszyły się sympatią publiczności oraz krytyki. W 1935 roku na ekrany kin weszła kolejna ekranizacja "Anny Kareniny". Ten dramat na podstawie prozy Tołstoja Greta Garbo wybrała spośród wielu ofert. Wśród propozycji nie zabrakło scenariusza od Davida O. Selznicka, któremu marzyła się produkcja "Mrocznego zwycięstwa" z Garbo w roli niepokornej dziedziczki, która czerpie z życia garściami po tym, jak dowiaduje się, że niewiele czasu jej zostało. Tak na marginesie, taka produkcja powstała, choć firmował ją znak wytwórni Warnerów, a główną rolę powierzono etatowej gwieździe studia - Bette Davis.
Rola tołstojowskiej heroiny przyniosła swojej odtwórczyni nagrodę nowojorskiej krytyki. W 1936 roku Garbo partnerował Robert Taylor. Wspólnie nakręcili "Damę kameliową", którą do dziś uważa się za jedną z najlepszych kreacji szwedzkiej aktorki. Nominowana do Oskara Greta Garbo przegrała rywalizację z Luise Rainer, która odebrała statuetkę za rolę Anny Held w "Wielkim Ziegfeldzie"(1936), popisowym dziele MGM.


Rok 1937 przyniósł w życiu Grety Garbo odwrócenie sytuacji tak nagłe, co niespodziane. Jej rola Marii Walewskiej w filmie o Napoleonie (granym z finezją przez Charlesa Boyera) została zauważona, lecz film odniósł sromotną finansową porażkę. Trudno powiedzieć, czy już wtedy Garbo myślała o przedwczesnej emeryturze. Faktem jest natomiast, że nigdy wcześniej, szczególnie zaś w latach świetności, Garbo nie przynosiła strat MGM. Ale to nie jest jeszcze koniec. Okazuje się bowiem, że wraz z innymi prominentnymi nazwiskami Hollywood, jak Mae West, Normą Shearer, czy Katharine Hepburn, nasza bohaterka została oznaczona legendarną dziś plakietką "Box Office Poison".

Roześmiana Garbo!
Na ekrany Greta Garbo powróciła w wielkim stylu. Podjęła też wyzwanie, podniosła rękawicę rzuconą jej przez aktorską rzeczywistość. Napisy na planszach i boksach reklamowych aż krzyczały sloganem: "Garbo się śmieje!". Tak też nastąpiła ewolucja z Garbo-niemowy do Garbo-śmieszki. Komedia Ernsta Lubitscha "Ninoczka" (1939) to klasyka kina lat 30. Lubitsch tworzył już takie perełki w Hollywood, więc miał w tym doświadczenie (np. w 1940 nakręcił"Sklep na rogu", uroczą komedię romantyczną z Jamesem Stewartemi Margaret Sullavan). Film odniósł spektakularny sukces i po dzień dzisiejszy jest jednym z najważniejszych i najbardziej rozpoznawalnych w karierze Grety Garbo. Aktorka udowadnia w nim, że potrafi się śmiać z wielką naturalnością - mimo wizerunku, z jakim była i nawet po śmierci jest kojarzona. Rola Ninoczki zapewniła aktorce ostatnią z nominacji do Oskara. Jednak i tym razem Garbo nie otrzymała statuetki, bowiem Akademia zdecydowała się nagrodzić hollywoodzki debiut Vivien Leigh w "Przeminęło z wiatrem".
Idąc za ciosem studio postanowiło obsadzić swoją wielką gwiazdę w komedii, do tego romantycznej. "Dwulicowa kobieta" (1941) miała powtórzyć sukces poprzedniej komedii z aktorką. Film nie spodobał się jednak krytykom, choć, wbrew powszechnej opinii, poradził sobie w box office. Garbo uznała jednak, że czas pożegnać się z karierą aktorską, no i artystyczną w ogóle. W wieku 36 lat odeszła na emeryturę i w przeciwieństwie do innych gwiazd, które prędko pożegnały się z kinem, nigdy nie zdecydowała się na powrót do filmu. A trzeba przyznać, że było trochę okazji, by Garbo zmieniła zdanie, aktorka jednak była konsekwentna.
Ale jeśli ktoś myśli, że porażka "Dwulicowej kobiety" spowodowała natychmiastową i Kobieta pełna szykunieodwołalną decyzję aktorki, jest w błędzie. Garbo jeszcze 1942 roku podpisała nowy kontrakt z MGM. Chciała grać, ale czuła, że czas działa na jej niekorzyść. Tak naprawdę bała się zaryzykować.


Koniec kariery 

Jakie były sposobności do powrotu wielkiej Garbo na ekrany? W 1949 roku scenarzysta Charles Brackett, który miał wyprodukować filmBilly'ego Wildera "Bulwar zachodzącego słonca" (1950), zaoferował aktorce odegranie postaci Normy Desmond, chimerycznej i kapryśnej gwiazdy kina niemego, która nie potrafi, najogólniej rzecz ujmując, pogodzić się z upływającym czasem i skończoną karierą w Hollywood. Rola przypadła starszej od Garbo Glorii Swanson, która uczyniła z niej klasyczną dziś kreację, którą uhonorowano m.in. nominacją do Oskara.
Niechęć i decyzja o zakończeniu kariery wynikała także z charakteru i osobowości Grety Garbo. Delikatnie rzecz ujmując, Garbo była indywidualistką, choć inni mogliby ją nazwać po prostu dziwaczką czy odludkiem. Jej życie nie obfitowało w huczne romanse, a sama aktorka nigdy nie wyszła za mąż ani nie miała dzieci. Jak sama przyznała, praca na planie budziła wiele jej zastrzeżeń, a Garbo musiała wielokrotnie "zmuszać się, by pójść do pracy". Greta nie udzielała wywiadów, nie podpisywała zdjęć autografami i unikała obcych. Nie pojawiała się na galach wręczenia nagród nawet, jeżeli do nich pretendowała. W tym miejscu warto odnotować, że godne podziwu jest nastawienie i umiejętność podjęcia rozwiązania tego problemu przez studio. MGM mogło kłopotać się z niesforną gwiazdą, lecz z trudnej osobowości swojej diwy uczyniło atut - kapryśna i zamknięta w sobie Garbo była ukazywana jako mistyczna i nieosiągalna megagwiazda, która rządzi się swoimi prawami i gra na własnych zasadach, nigdy nie ustępując pola.
Prywatność ponad wszystko, samotność z wyboru
Chociaż rola primabaleriny w "Ludziach w hotelu" z 1932 roku nie jest jedną z tych najbardziej znanych postaci wykreowanych przez szwedzką piękność, to właśnie kwestia pochodząca z tego obrazu jest przypisywana Garbo niemal jakby jej motto: "Chcę być sama. Chcę być sama" - powtarza zmęczona ambicjami otoczenia artystka w filmie. To właśnie kojarzone jest z Garbo, która unikała ludzi. Jeśli przyjrzeć się kwestiom jej postaci, Garbo często mówiła o potrzebie bycia osobno. Ale "sama" nie znaczy "samotna". Jak powiedziała po latach Garbo: "Nigdy nie chciałam być sama. Pragnęłam jedynie, by zostawić mnie w spokoju. To wielka różnica".


Osoba Garbo jest przedmiotem wielu dyskusji, szczególnie wśród miłośników Złotej Ery kina. Mówi się, że cierpiała na głęboką depresję i zmianę nastrojów. Niektórzy wysuwają nawet tezę, że mogła chorować na zaburzenia afektywne dwubiegunowe. Choć unikała mediów jak ognia, nie była całkowicie odosobniona. Garbo miała przyjaciół, z którym podróżowała czy spotykała się. W swojej autobiografii pisze o niej m.in. Ava Gardner, która wspomina boską Gretę jako kobietę sympatyczną. W 1951 roku aktorka przyjęła obywatelstwo amerykańskie, niebawem też zakupiła apartament w Nowym Jorku, w którym mieszkała aż do śmierci w 1990 roku.
Co ciekawe, jest pewne źródło, które może pokazać, kim naprawdę była Greta Garbo. W jesieni życia poznała niejakiego Samuela Adamsa Greena, który, za jej pozwoleniem, nagrywał ich rozmowy, ukazujące prywatną odsłonę mitycznej gwiazdy. Ktoś jednak kłamliwie stwierdził, że Green puszczał taśmy osobom trzecim, co spowodowało zerwanie kontaktów obojga.
Aktorka bardzo dobrze traktowała swoją kucharkę, która podsumowała ich kontakty jako "siostrzane". Co więcej, Greta Garbo uwielbiała spacery i często kroczyła ulicami Nowego Jorku, zakamuflowana w swoich ciemnych okularach przeciwsłonecznych. Dawna gwiazda miała też ponoć uprawiać jogging na ulicach tego miasta, i to nawet z Katharine Hepburn.
Kochankowie i kochanki
Kolejnym tematem pozostaje seksualność aktorki. Wielu usilnie twierdzi, że Greta tak naprawdę była homoseksualistką. Bezpieczniej jednak stwierdzić, że mogła być biseksualna. Wspomniany wyżej John Gilbert miał się jej wielokrotnie oświadczać. Krąży nawet historia o ślubie, na który panna młoda nie przybyła (prawdziwość tej historii pozostaje dyskusyjna). Wśród adoratorów pięknej Grety był m.in. Leopold Stokowski. O swoim romansie z wyjątkową aktorką pisał Cecil Beaton. Wśród kochanek Garbo miały być m.in. aktorka Louise Brooks (jeśli wierzyć słowom Louise), czy poetka Mercedes de Acosta.

Choroba i śmierć
W 1984 roku chorowała na raka piersi, jednak udało jej się powstrzymać chorobę. Umarła 15 kwietnia 1990 roku z powodu zapalenia płuc i niewydolności nerek. Ciało skremowano, a 9 lat po śmierci artystki jej prochy spoczęły na cmentarzu pod Sztokholmem. Fortunę ciotki otrzymała w spadku jej bratanica, Gray Reisfield.


Artykuł pochodzi z mojego bloga, Carrie Goes Wild Again. Zapraszam też na www.aktorki-klasyczne.pl
Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.