sobota, 30 grudnia 2017

"Niech żyje Polska" - historia nieznana: Władysław Ast

Spacerując po Lubawie na jednym z budynków przy ulicy Grunwaldzkiej, blisko kościoła Świętej Barbary, można zobaczyć wmurowaną tablicę.



Z pewnością nie wszyscy mieszkańcy, a już z pewnością turyści nie wiedzą o postaci którą w ten sposób upamiętniono.

Władysław Ast był aktywnym działaczem społecznym oraz pierwszą ofiarą zbrodni niemieckich w Lubawie. Od najmłodszych lat należał do Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół” a od 1934 roku pełnił funkcję skarbnika Okręgu VI lubawskiego. 
W 1919 roku Ast wraz z Janem Schmidtem prowadził tajne biuro werbunkowe ochotników do Wojska Polskiego. W okresie międzywojennym był czynnym działaczem Polskiego Związku Zachodniego, gdzie pełnił funkcję przewodniczącego.

Z powodu swojej pro-polskiej działalności został 3 września 1939 roku zamordowany przez Niemców, stając się pierwszą ofiarą terroru hitlerowskiego w Lubawie.

Historyk Lubawy Teofil Ruczyński tak opisuje śmierć Asta:
Po przesłuchaniu Asta w Magistracie przez przybyłą z Grudziądza ekipę Gestapo zdecydowano przeprowadzić w jego mieszkaniu rewizję. Przezorny Ast spalił już przedtem wszelkie materiały i dokumenty ze swej działalności, a w czasie rewizji wymknął się swym prześladowcom, uchodząc na strych, a stamtąd na dach, gdzie ukrył się za występem komina. Poszukujący zbiega gestapowcy, mający w tym dniu jeszcze dużo roboty w Magistracie, chcieli już przerwać poszukiwania, gdy w tym samym czasie zaalarmował ich 15- letni pasierb Wichmanna, Kaschewsky, wskazując z ulicy gestapowcom ukrytego zbiega. Ast wezwany do zejścia z dachu, odmówił. Bohaterski działacz trafiony pociskami, stanął na dachu i z okrzykiem „Niech żyje Polska!” spadł w obręb podwórka przy ul. Grunwaldzkiej nr 7. Jeszcze tej samej niedzieli po południu został rozstrzelany inny mieszkaniec Lubawy- Władysław Truszkowski”.





sobota, 16 grudnia 2017

Nie tylko "Zośka"

Tadeusz Zawadzki - "Zośka" Domena publiczna, 
Autor: Jakub Krakowiak


Jako naród możemy być dumni. Nasza ziemia wydała wielu bohaterów, którzy zapisali się w historii nie tylko Polski, ale i całego świata.

Kim był „Zośka”? 
Tadeusz Zawadzki, bo tak się naprawdę nazywał urodził się 24 stycznia 1921 r. w Warszawie. Był zwykłym chłopakiem, jak wielu mu podobnych. Jednak II wojna światowa ujawniła w nim bohaterskie cechy, o tym za moment.
Mimo, że „Zośka” przyszedł na świat w stolicy, to sporą część dzieciństwa i młodości spędził w podwarszawskim Zalesiu Dolnym, gdzie zamieszkiwał w (stojącej zresztą do dziś) willi mieszczącej się przy ul. Królowej Jadwigi 11 będącej własnością jego rodziców. Działo się to przeważnie w okresach letnio-wakacyjnych, ponieważ Warszawa choć piękna, nie dawała tylu możliwości spędzania czasu na łonie natury, co malownicze Zalesie Dolne, a co za tym idzie – pełnego wykorzystywania upalnych miesięcy.
Wspomniałem o rodzicach Tadeusza Zawadzkiego, ich postaci również zasługują na przypomnienie. Ojcem „Zośki” był inżynier chemik, profesor Józef Zawadzki, dziekan Wydziału Chemicznego i rektor Politechniki Warszawskiej, matką zaś Leona z d. Siemieńska, nauczycielka  i działaczka oświatowa.
Jak napisałem na wstępie, Tadeusz Zawadzki był zwykłym chłopakiem. Przed wojną ukończył Państwowe Gimnazjum im. Stefana Batorego w Warszawie w klasie o profilu matematyczno-fizycznym i bardzo dobrze zdał maturę. Był jak wielu, chciał się śmiać i bawić, później założyć rodzinę i ustatkować się. Jednak bardziej niż Halę Glińską ukochał „Zośka” ojczyznę. 
Jako harcerz od 1933 roku, zaraz po wybuchu II wojny światowej  wyruszył ze stolicy na wschód w składzie harcerskiego batalionu marszowego Chorągwi Warszawskiej. Już w październiku 1939 r. Tadeusz Zawadzki dołączył do konspiracji. Na przełomie grudnia 1939 r. i stycznia roku przyszłego „Zośka” brał udział w dywersyjnych akcjach małego sabotażu, od stycznia 1940 r. był łącznikiem komórki więziennej ZWZ, od 1941 r. dowódcą „Wojennej Pomarańczarni”, a od marca tego roku znów, tym razem już w Szarych Szeregach zajmował się małym sabotażem.  
Nawet wojna nie powstrzymała pędu Tadeusza Zawadzkiego do wiedzy i rozwoju. Dopiero w 1943 r. zmuszony był, z uwagi na nadmiar obowiązków konspiracyjnych przerwać naukę w Państwowej Szkole Budowy Maszyn. W tym samym roku „Zośka” ukończył Zastępczy Kurs Szkoły Podchorążych i uzyskał stopień kaprala podchorążego. Ponadto od 1942 r. studiował na Wydziale Chemii Państwowej Wyższej Szkoły Technicznej, czyli tajnej Politechniki Warszawskiej. W 1943 r. ukończył pierwszy wojenny kurs harcmistrzowski uzyskawszy stopień harcmistrza, a niedługo później został porucznikiem rezerwy.
Tadeusz Zawadzki wyróżniał się nie tylko, jeśli chodzi o naukę, ale odnosił także sukcesy sportowe. Osiągał sukcesy m.in., w hokeju, strzelectwie i tenisie oraz, pomimo lęku przed wodą świetnie pływał.
Czy wspomniałem, że przyjaźń i lojalność wobec kompanów były dla „Zośki” wartościami nadrzędnymi?
26 marca 1943 r. wziął on udział w śmiertelnie niebezpiecznej (Poległ w niej przecież kolega Tadeusza Zawadzkiego, Maciej Aleksy „Alek” Dawidowski.) akcji odbicia z rąk Gestapo Jana „Rudego” Bytnara, innego członka Sz Sz.
Sam „Zośka” zginął w nocy z 21 na 22 sierpnia 1943 r., podczas przeprowadzania ataku na strażnicę Grenzschutzpolizei w Sieczychach, gdzie był obserwatorem oraz dowódcą akcji. Poległ nie dożywszy Powstania Warszawskiego, w którym zapewne dzielnie wsparłby współbraci z noszącego imię Tadeusza Zawadzkiego batalionu „Zośka”, którego był on dowódcą, swoją dziewczynę Halę Glińską oraz swych krajan z Mazowsza.
Bo przecież Tadeusz Zawadzki pochodził właśnie z ziemi mazowieckiej (W tym miejscu pragnę przypomnieć, że choć urodził się w Warszawie, to dużą część dzieciństwa oraz wczesnej młodości spędził w równie pięknym Zalesiu Dolnym.), która podobnie jak cała Polska wydała na świat wielu bohaterów. 
Ze stolicy i różnych podwarszawskich miejscowości pochodzą m.in. tacy junacy II wojny światowej, jak zabite w czwartym dniu Powstania Warszawskiego „dziecko Warszawy” – poeta Krzysztof Kamil Baczyński czy urodzony w podwarszawskim Karczewie Feliks Żelski ps.”Oliwa”. Jeśli chodzi o wywodzących się z Mazowsza bohaterów żyjących na przestrzeni ubiegłych wieków, to należy do nich m.in. dyplomata powstania styczniowego, syn księcia Adama Czartoryskiego Władysław. W leżącej 40 km od Warszawy Żelazowej Woli urodził się polski (Nie francuski, jak twierdzi wielu!) kompozytor Fryderyk Chopin, a w podwarszawskim Karczewie na świat przyszedł generał rewolucji francuskiej, Jan Kwiryn de Mieszkowski.
Pamiętajmy zarówno o Tadeuszu „Zośce” Zawadzkim, jak i innych wielkich życiorysach, których historia wiąże się z ziemią mazowiecką oraz o wszystkich polskich bohaterach.

Jakub Krakowiak - freelancer copywriter od września 2016 roku. Aby skontaktować się z autorem i zlecić mu pracę, kliknij tu.
Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

niedziela, 10 grudnia 2017

Zbrodnia w Bochnii - 18 grudnia 1939 r.

Zbrodnia w Bochnii. By album of a captured German officer.
Other photo(s) from the album may have been copied by Stanislaw Broskewicz,
a photo developer working for the Germans. Domena publiczna, 

Niedługo minie kolejna rocznica "Zbrodni w Bochni". 
W dniu 18 grudnia 1939 roku na wzgórzu Uzbornia w okolicach Bochni niemieccy okupanci dokonali mordu na 52 cywilnych mieszkańcach.

Ten bestialski czyn został dobrze udokumentowany, bowiem Niemcy w czasie egzekucji robili sobie pamiątkowe zdjęcia jakby to była jakaś zabawa!

Więcej informacji o całym wydarzeniu można przeczytać na portalu BochniaPL.

czwartek, 7 grudnia 2017

Wykład "Śladami Marcina Lutra". Nowy Dwór Gdański - 10 grudnia 2017


Kolejny wykład w ramach Żuławskiej Kafejki Historycznej związany będzie z 500 rocznicą wystąpienia Marcina Lutra.

Organizatorzy zapraszają 10 grudnia 2017 r.  na godzinę 16:00. 
Wykład wygłosi doktorant w Instytucie Historii Uniwersytetu Gdańskiego - Marcin Szumny.


wtorek, 28 listopada 2017

Nieznane, ciekawe: Pałac w Barzynie

Pałac w Barzynie, by Włodzimierz Jacek Adamski - http://www.rotmanka.com/, CC BY-SA 3.0

Barzyna to taka maleńka miejscowość położona w województwie warmińsko-mazurskim, w gminie Rychliki.
Ma bogatą historię sięgającą XIV wieku. Obecnie największą jej atrakcją (obok położenia w sąsiedztwie Kanału Elbląskiego) są ruiny pałacu, którego początek sięga XVII wieku.

Przed wojną pałac i majątek należały do rodziny Gröben, a Barzyna nosiła nazwę Wiese.
1945 roku, kiedy do miejscowości wkroczyły wojska radzieckie ówczesny właściciel Gerd von der Gröben zastrzelił się. 
W pałacu były liczne dzieła sztuki w tym słynny autoportret Rembrandta "Śmiejący się Rembrandt", który dziś znajduje się w Niemczech.

Jak to często bywało w PRL pałac wraz z majątkiem przeszedł na własność PGR i niszczał, niszczał, niszczał.

Obecnie ruiny są własnością prywatną i czekają na lepsze czasy.
Poniżej mapa dojazdu:



sobota, 18 listopada 2017

Wielkie (o)burzenie Pałacu Kultury i Nauki

Autor:  Marcin Sałański
Jedni z czołowych polityków PiS szokują i wywołują burzę w mediach z historią w tle. Wicepremierzy Gliński i Morawiecki nie widzą przeszkód, by zburzyć symbol Warszawy – Pałac Kultury i Nauki. Nie jest to jednak pomysł nowy. Co i rusz słowa o burzeniu „Pekinu” pojawiają się w debacie publicznej niczym starożytne ceterum censeo PKiN delendam esse. 

22 lipca 1944 roku w Chełmie ogłoszono komunistyczny Manifest Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, zaś w 1952 roku uchwalono Konstytucję PRL. 22 lipca był wielkim, corocznym świętem Polsku Ludowej. Tego właśnie symbolicznego dnia w roku 1955 do użytku oddano w Warszawie Pałac Kultury i Nauki. Zbudowany w ciągu trzech lat jako „dar narodu radzieckiego dla narodu polskiego”, już w 1953 roku, dwa dni po śmierci Józefa Stalina, otrzymał jego imię. Dla jednych to mimo upływu lat symbol komunizmu, który jak nic innego powinien zostać zburzony, dla innych z kolei to nieodłączny element panoramy Warszawy, jeden z jej ważnych symboli i atrakcji turystycznych.


Dyskusja o tym, czy w przestrzeni nowoczesnej i demokratycznej stolicy jest miejsce na relikt radzieckiego nacisku powraca co i rusz od ponad 25 lat. Już po 1989 roku pojawiły się pierwsze propozycje zabudowy otoczenia pałacu, z pomysłem wyburzenia go włącznie. „PeKiN”, jak nazywali go warszawiacy, na 40-lecie miał nawet zostać rozebrany i zwrócony Rosjanom jako nieudany prezent. Na szczęście był to tylko primaaprilisowy żart.
Piszę „na szczęście”, bo jako urodzony w latach 80. warszawiak nie rozumiem postulatu zburzenia Pałacu Kultury. Nie rozumiem go także jako wykształcony historyk. Nie rozumiem go w końcu tak po prostu, na chłopski rozum – wyburzenie PKiN i postawienie na jego miejscu innej budowli pociągnęłoby za sobą gigantyczne koszty. A po co one nam, podatnikom? Minister Morawiecki mówi, że chciałby, żeby ten relikt komunizmu zniknął i żeby powstało w tym miejscu coś nowego. Idąc tym tropem to trzeba by wyburzyć pół Warszawy, której prawie każdy budynek jest przecież obiektem socrealistycznym lub powstał z komunistycznych pieniędzy.
Idźmy zatem za ciosem i przebudujmy Plac Konstytucji z jego masywnymi pomnikami przodowników pracy albo Stare Miasto. Zburzmy też wiele innych reliktów, będących przypomnieniem trudnej i bolesnej historii – ot np. Malbork jako symbol krzyżacko-niemieckiego nacisku na dawnych Polakach. A tak bardziej na poważnie, może usuniemy obóz w Auschwitz-Birkenau? W obu przypadkach nikt nie rzuciłby takiego pomysłu, bo w obu przypadkach wszyscy zgodnie mówimy o ważnych miejscach pamięci, o fragmentach naszej historii.
Pałac Kultury i Nauki w WarszawieBudowa Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie (1954, domena publiczna)
Dwa lata temu, na 60-lecie Pałacu Kultury i Nauki działacze Porozumienia Organizacji Kombatanckich i Niepodległościowych w Krakowie postulowali o zburzenie Pałacu powołując się na fakt, że wiele samorządów gminnych zdecydowało się na rozbiórkę pomników sławiących Armię Czerwoną i jej żołnierzy. Organizacja w odpowiedzi na huczne celebrowanie urodzin Pałacu wzywała władze Warszawy, aby uczciły 60. rocznicę oddania budynku do użytku decyzją o zburzeniu go. Tego architektonicznego monstrum, mającego przypominać Polakom, że są niewolnikami Sowietów.

Oczywiście nie zabrakło wycierania sobie twarzy polską historią. W eter poszedł zatem zapomniany przez wielu Polaków przykład soboru Świętego Aleksandra Newskiego na placu Saskim. Dla przypomnienia – świątynię wzniesiono na polecenie zaborczych władz rosyjskich, by stanowił widoczny symbol carskiego panowania na ziemiach polskich. Władze odrodzonej Rzeczypospolitej nie miały najmniejszych wątpliwości, aby tę budowlę szybko rozebrać, ponieważ jej istnienie uwłaczało powadze niepodległego państwa.
Sobór podzielił los wielu świątyń prawosławnych w Warszawie wybudowanych w okresie zaborów i rozebranych po odzyskaniu niepodległości. Decyzja rozbiórki spowodowana była jednak silnymi nastrojami antyrosyjskimi i antyprawosławnymi w całym społeczeństwie II Rzeczypospolitej, a nie z powodu jednostkowych opinii. Warto dodać, że ważnym argumentem za rozbiórką soboru było to, że świątynia zajmowała jeden z najważniejszych placów Warszawy, a po opuszczeniu miasta przez urzędników i wojska rosyjskie, tak wielki budynek sakralny nie był już potrzebny wiernym prawosławnym w mieście. Ponadto budowla uległa uszkodzeniu podczas I wojny światowej, a źle przeprowadzone naprawy dodatkowo pogorszyły jej stan. W całej „aferze o burzenie” Pałacu brakuje mi jednak argumentów tego kalibru. Widzę tylko jednostkowe chciejstwo.
Rozumiem, że dla wielu starych warszawiaków może stanowić pamiątkę czasów, których nie chcieliby wspominać. Czasów bolesnych, kiedy komunistyczne władze rozdzieliły, rozerwały wiele rodzin i pognębiły ich przedwojenną harmonię oraz spokój. Górujący posępnie nad Warszawą lat 1955-1989 Pałac, niczym tolkienowska wieża Saurona, mógł przypominać o „Wielkim Bracie”, który może zgnieść Polskę w żelaznym uścisku. Nie bez przyczyny w „Małej apokalipsie” Tadeusza Konwickiego Pałac góruje nad miastem jako posępny symbol komunizmu i dominacji ZSRR nad schorowanym PRL i to właśnie na jego schodach główny bohater ma dokonać samospalenia. W sprawie opinii o Pałacu oliwy do ognia dolewają liczne legendy o rzekomych tajnych schronach przeciwatomowych, ukrytych przejściach i pałacowych salach.
Dziś jednak, dla młodego pokolenia, Pałac nie jest już symbolem zniewolenia. Możemy go lubić lub nie, ale dziś jest funkcjonalnym i dobrze zrobionym budynkiem architektury socrealistycznej, która przecież nie może zostać wymazana z kart historii. Jaka by ona nie była, musi być zapamiętana w każdym aspekcie.
Pałac Kultury i Nauki, w przeciwieństwie do soboru Świętego Aleksandra Newskiego, nie tylko w okresie komunizmu, ale także po jego upadku pełnił i nadal pełni wiele ważnych funkcji społecznych i kulturalnych. To właśnie tutaj mieści się dla wielu osób kultowa wręcz Sala Kongresowa. To właśnie tutaj organizowane są Międzynarodowe Targi Książki, a swoje siedziby ma wiele firm, muzeum Techniki, planetarium, Pałac Młodzieży z pływalnią; tutaj w końcu mieszczą się kina, teatry oraz instytucje naukowe. Zegar na szczycie Pałacu Kultury i Nauki jest drugim pod względem wielkości w Europie, jest także najwyżej umieszczonym zegarem wieżowym na świecie. „PeKiN” to niezaprzeczalny zabytek i symbol Warszawy, oraz obowiązkowe miejsce dla wycieczek, które odwiedzają stolicę.
Pałac Kultury i Nauki w WarszawiePałac Kultury i Nauki w Warszawie (fot. Adrian Grycuk, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska)
Wpisanie Pałacu Kultury do rejestru zabytków w 2007 roku odnowiło stare spory wśród Polaków, czy PKiN winien być zburzony lub nie i stąd właśnie powracający niczym bumerang temat. Martwi mnie jednak, że pomysł rzucił minister kultury, który o miejsca pamięci powinien dbać i minister rozwoju, który nie powinien narażać kraju na finansowe perturbacje. Nie będę jednak wnikał w motywacje polityczne, które z reguły szukają tematów zastępczych, by przykryć to, co naprawdę mogło wzburzyć wyborców.
Ja osobiście uważam, że Pałac Kultury i Nauki jest nierozerwalnie związany z miejską tkanką Warszawy. To jej serce. Dla mnie Pałac Kultury i Nauki to oczywiście przede wszystkim miejsce spotkań, znak rozpoznawczy Warszawy, bez którego nie wyobrażam sobie mojego miasta. Rozumiem jednak tych, którzy widzą w nim tylko symbol stalinowskiego buta nad Polską. Ale po co od razu burzyć – wystarczy, że ten budynek pozostanie tym, czym jest, czyli symbolem pamięci o komunizmie.
Artykuł jest przedrukiem z portalu historycznego Histmag.org. Został opublikowany na podstawie licencji CC BY-SA 3.0.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Tajemnice Liceum Ogólnokształcącego w Górznie


Ten pięknie odrestaurowany budynek na zdjęciu powyżej to obecnie siedziba Liceum Katolickiego w Górznie.
Podczas remontu pracownicy firmy budowlanej odkryli na strychu budynku skrytkę, w której znajdowały się dwie duże księgi. Były to spisy członków dawnego banku w Górznie. Jedna księga z 1887 roku a druga z 1911.

Jest to piękne świadectwo historii, ponieważ budynek w którym obecnie mieści się szkoła został wybudowany w 1930 roku na siedzibę Banku Spółdzielczego.

Mimo że Polska w czasie kiedy były sporządzane księgi znajdowała się pod zaborami, to zapiski są w języku polskim.


Kaczynos, gdzie się podział kościół błogosławionej Doroty?

Kościół bł. Doroty z Mątowów , by Merlin - Praca własna, CC BY-SA 3.0
Kaczynos, niewielka miejscowość w gminie Stare Pole, położona obok trasy z Malborka do Elbląga.
Jeszcze do 1984 roku można tu było podziwiać kościół ewangelicki, zbudowany w pierwszej połowie XVIII wieku.
Posiadał barokowe wyposażenie a strop był pokryty piękną  polichromią przedstawiającą „Sąd Ostateczny”. 
Budynek przeszedł renowację w 1907 roku, w jej ramach dobudowano wieżę.

Niestety, obiekt po roku 1945 był wykorzystywany jako obora dla owiec. Niszczał tak aż do początku lat osiemdziesiątych, kiedy w 1984 został przeniesiony do Elbląga i odtworzony.

Świątynia widoczna na zdjęciu przedstawia stan obecny, już na ulicy Rawskiej w Elblągu.




niedziela, 5 listopada 2017

17 listopada warto zajrzeć do Krzanowickiego Ośrodka Kultury posłuchać o lokalnej historii

Krzanowice, to niewielkie (2200 mieszkańców) miasteczko na południowych krańcach Polski w powiecie raciborskim.

Jeśli 17 listopada będziecie w pobliżu, to warto wpaść do krzanowickiego Ośrodka Kultury na dwie ciekawe prelekcje.

Pierwszą “Z historią na rowerze szlakiem rodu Lichnowskych" wygłosi Rudolf Sněhota, natomiast drugą "Z historii kolei na Ziemi Raciborskiej” zaprezentuje Grzegorz Wawoczny.

Szczegóły na plakacie:



sobota, 28 października 2017

Kościół który został zbudowany w jeden dzień!

Kościół ewangelicki w Węgrowie, CC BY-SA 3.0,

Kiedy będziecie podróżować z Mazowsza na Podlasie warto na chwilę zajrzeć do Węgrowa, niespełna 13-tysięcznego miasta nad Liwcem.
Obok wielu zabytków które warto zobaczyć w mieście znajduje się niezwykły, modrzewiowy kościół ewangelicki zbudowany w 1679 roku.

Jego historia jest bardzo ciekawa. 
Wierni luterańscy korzystając z przywileju biskupa łuckiego Stanisława Witwickiego zbudowali go  w ciągu jednej doby!

Oczywiście cudów nie ma. Najpierw parafianie przez rok przygotowywali budulec, ociosywali belki, numerowali je i kiedy wszystko już było gotowe, rzeczywiście w jeden dzień świątynia powstała. 




sobota, 21 października 2017

Petra, dawna stolica Nabatejczyków

Petra to obecnie mocno zrujnowana, dawna stolica Nabatejczyków. Miasto miało swój rozkwit w czasach antycznych od III w. p.n.e.


Najbardziej liczna była Petra w okresie przypada panowania króla Aretasa IV (9 p.n.e. – 40 r. n.e.). Liczba mieszkańców miasta osiągnęła wtedy blisko 40 tysięcy!


Obecnie ruiny miasta znajdują się na terytorium Jordanii. Jest położona jest w skalnej dolinie, do której prowadzi tylko jedna, wąska droga wśród skał – wąwóz As-Sik.


Petra jest bardzo licznie odwiedzana przez turystów, ze względu na liczne budowle wykute w skałach.




Dawna stolica Nabatejczyków, już pod panowaniem Rzymskim została zniszczona i opuszczona w wyniku trzęsień ziemi. Najpierw w IV wieku prawie całe miasto legło w gruzach, a reszty dopełniły kilkukrotne kataklizmy w wieku VII i VIII.

Dzisiaj Petra tętni rytmem życia odwiedzających ją turystów i handlarzy pamiątkami.




poniedziałek, 9 października 2017

Luciana Frassati-Gawrońska, włoska bohaterka czasów wojny.

Rzeczpospolita przypomniała niedawno historię Luciany Frassati-Gawrońskiej, Włoszki która podczas II wojny światowej uratowała życie wielu Polaków.
Wsławiła się między innymi tym, że wywiozła z Polski żonę premiera Władysława Sikorskiego. Interweniowała również u samego Mussoliniego w sprawie krakowskich profesorów uwięzionych w ramach akcji Sonderaktion Krakau.
1993 prezydent Lech Wałęsa odznaczył ją Krzyżem Komandorskim Orderu Zasługi RP z Gwiazdą.

Cały artykuł tutaj - klik.


8 października 1943 zatonął ORP Orkan

ORP Orkan, domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=1267377
Wczoraj minęła rocznica zatopienia ORP Orkan, jednego z najnowocześniejszych niszczycieli Polskiej Marynarki Wojennej z okresu II wojny światowej.

Okręt uczestniczył głównie w akcjach osłaniania konwojów na trasie do Związku Radzieckiego.
ORP Orkan w lipcu 1943 roku przewiózł z Gibraltaru do Anglii trumnę z ciałem generała Władysława Sikorskiego, który zginął w katastrofie lotniczej.
Okręt został zatopiony po trafieniu torpedą w dniu 8 października 1943 podczas eskortowania konwoju SC 143.
Zginęło 178 Polaków i 19 Brytyjczyków.


niedziela, 1 października 2017

Wieża ciśnień w Gołdapi - to już 112 lat w panoramie miasta

Kolejną budowlą którą prezentujemy w naszym cyklu "obiekty inżynieryjne z początków XX wieku" jest wieża ciśnień w Gołdapi.



Została ona zbudowana w 1905 roku przez firmę z Gdańska: A. W. Müller. Była eksploatowana aż do roku 1986, kiedy to pękł zbiornik mieszczący 250 m3 wody.



Wieża jest wzniesiona z czerwonej cegły w kształcie koła, jedynie na parterze, zewnętrzne ściany ukształtowano w formie sześciokąta. 
Wysokość budowli to 46,5 metra.



Wieża została wyremontowana w 2009 roku i od tej pory pełni ona funkcję punktu widokowego. Właściciel wybudował dwa nowoczesne tarasy a na szczycie uruchomił kawiarenkę.

Chcąc wejść na wieżę trzeba kupić bilet, ceny są bardzo zróżnicowane zależnie od ilości zwiedzających, wieku itd.

poniedziałek, 25 września 2017

Dworzec wyspowy w Bydgoszczy - jeden z piękniejszych w Polsce

Dworzec wyspowy (wewnętrzny) w Bydgoszczy został zbudowany w latach 1851–1861.
W 2015 budynek przeszedł rewitalizację i obecnie wygląda jak na zdjęciu poniżej.


Pierwszy pociąg pasażerski odjechał z Bydgoszczy w dniu 27 lipca 1851.


niedziela, 24 września 2017

Wieża ciśnień w Tczewie - 112 lat w panoramie miasta

Często przechodzimy obok nich obojętnie traktując jako odwieczny element naszego krajobrazu. 
A przecież wieże ciśnień, obiekty inżynieryjne z początków wieków są bardzo ciekawymi zabytkami techniki. Istnieją w każdym mieście, są do siebie podobne - a takie inne...

Ponad 40 metrowa wieża w Tczewie powstała w 1905 roku na potrzeby Miejskiego Zakładu Zaopatrywania w Wodę. Siłą naturalnego ciśnienia, dzięki odpowiedniej wysokości i pojemności zbiornika (400 m3) rozprowadzała do mieszkań wodę w całym mieście. Funkcjonowała w ten sposób do 1983 roku.

Jest też ciekawa historia związana z tczewską wieżą ciśnień. Podczas II Wojny Światowej utkwił w niej pocisk wystrzelony przez Rosjan. Został usunięty przez saperów dopiero w sierpniu 2003 roku!

wtorek, 5 września 2017

Krwawa Niedziela w Bydgoszczy: dwie prawdy wrześniowych wydarzeń

3 i 4 września 1939 roku w Bydgoszczy doszło do rozstrzelania niemieckich cywilów przez Polaków. 
Czy byli to dywersanci czy niewinne ofiary? 
Tak zwana „Krwawa Niedziela” i związane z nią represje niemieckie wciąż budzą kontrowersje.

Mimo wielu prób i coraz lepszej dokumentacji Krwawa Niedziela pozostaje historyczną zagadką sprzed lat. W polskiej historiografii przyjęło się opisywać ją jako zajście inspirowane przez Niemców, sprowokowane, a nawet spreparowane przez nazistowską propagandę. 
Niemieccy historycy przychylają się raczej do tezy o polskim pogromie volksdeutschów, wskazując na antyniemieckie nastroje i brak jednoznacznych dowodów na niemiecką prowokację. 
Czy można ustalić, po czyjej stronie jest prawda? Dzisiaj zapewne już nie. Można natomiast odtwarzać to, co działo się w Bydgoszczy 3 września 1939 roku i próbować wyciągnąć wnioski, które niekoniecznie muszą się wpisywać w jeden lub drugi historyczny trend.

Bydgoszcz 1910
Bydgoszcz przed I wojną światową (domena publiczna).
Kampania wrześniowa w „małym Berlinie”
Lata dwudzieste były dla Bydgoszczy prawdziwie gorącym okresem przebudowy. Objęła ona przede wszystkim stosunki społeczne i strukturę etniczną miasta, które po I wojnie światowej uchodziło za jeden z wyrazistych przykładów wielonarodowości. 
Po 123 latach zaborów miasto trafiło ponownie w polskie ręce, przy czym znaczną odsetek jego mieszkańców stanowili rodowici Niemcy. W okresie międzywojennym część z nich opuściła Bydgoszcz, mimo iż miejsce to miało silne niemieckie tradycje. Do tego stopnia, że nazywano je wówczas „małym Berlinem”. Na jakiś czas rozwiązało to problem nieporozumień między Niemcami i Polakami, którzy teraz stanowili zdecydowaną większość populacji miasta.
W przededniu wybuchu II wojny światowej w „małym Berlinie” zaczęło wrzeć. Społeczność niemiecka wzrastała w siłę, żywo wspierana przez służby III Rzeszy, dla których wszelkie tendencje rozsadzające od środka polską państwowość były zjawiskiem pożądanym. Jeszcze przed rozpoczęciem konfliktu na terenach polskich nazistowski wywiad prowadził szeroko zakrojone operacji umożliwiające zaktywizowanie czynnika proniemieckiego do zbliżającej się wojny z Polakami. Volksdeutsche ochoczo wspierali Berlin. Jednocześnie, wraz z coraz silniejszym przekonaniem o nieuchronności konfliktu, rósł poziom wzajemnej nieufności między Polakami a Niemcami. Ci pierwsi zdawali sobie sprawę, że ze względu na niekorzystną lokalizację w przypadku niemieckiej agresji Bydgoszcz szybko stanie się miastem frontowym. Ci drudzy czekali na szansę odzyskania miasta, które niedawno znajdowało się pod pruskim zarządem.
Bortnowski
Bortnowski Gen. dyw. Władysław Bortnowski, dowódca Armii Pomorze (domena publiczna). 
Wybuch wojny 1 września 1939 roku zastał Polaków nieprzygotowanych do odparcia zmasowanego uderzenia armii Adolfa Hitlera. Broniące odcinka północno-zachodniego oddziały Armii „Pomorze” gen. Władysława Bortnowskiego szybko wycofywały się w kierunku południowym i wschodnim. Wojna szybko zawitała do Bydgoszczy. W pierwszych dwóch dniach trwały przygotowania do ewakuacji miasta, która ostatecznie ruszyła 3 września. Przez Bydgoszcz wiódł szlak bojowy wycofującej się części 9. i 15. Dywizji Piechoty z Armii „Pomorze”, ale także licznych uciekinierów – ludności cywilnej, która w popłochu uciekała przed niemieckimi wojskami.
Około godz. 10.15 3 września z prywatnych posesji padły strzały do wycofujących się oddziałów Wojska Polskiego oraz cywilnych uchodźców. Po krótkim dochodzeniu ustalono, iż ogień otwarli niemieccy dywersanci chowający się teraz w swoich domach głównie w rejonie ulicy Jagiellońskiej i Gdańskiej. W zamachu zginęło co najmniej kilka osób, przy czym strzelaniny wybuchały w różnych miejscach, a łączne straty polskie oszacowano ostatecznie no ok. 40 zabitych. Warto podkreślić, że część ofiar mogła być efektem bezładnej strzelaniny, w której uczestniczyli także polscy obrońcy miasta. Popłoch i chaos przyczyniły się do spontanicznych wymian ognia, w których nie do końca było wiadomo, kto i do kogo strzela. Nie ułatwia to trudnego już zadania odtworzenia wydarzeń z 3 września 1939 roku.

Reakcja Polaków
Na polecenie komendanta garnizonu miasta mjr. Wojciecha Albrychta sformowane zostały oddziały, które miały ustalić winnych ostrzelania sił polskich. Nadzór nad operacją przejął gen. Zdzisław Przyjałkowski, który w tym czasie dowodził 15. Dywizją Piechoty. Miasto przeczesywano w poszukiwaniu członków niemieckiej V Kolumny, jak nazywano dywersantów sprzyjających III Rzeszy. Materiał dowodowy operacji był wielokrotnie analizowany przez polskich i niemieckich historyków, którzy starali się ustalić, co tak naprawdę wydarzyło się w niedzielę 3 września w Bydgoszczy. Polscy żołnierze penetrowali kolejne domostwa, wywlekając podejrzanych mieszkańców, z których przynajmniej część zidentyfikowano jako volksdeutschów wyposażonych w niemiecką broń charakterystyczną dla sił Wehrmachtu. 
Już to mogło sugerować, że V Kolumna była dozbrajana przez wojsko III Rzeszy, dysponując wyposażeniem umożliwiającym prowadzenie dywersji na tyłach Wojska Polskiego.

Krwawa niedziela Bydgoszcz
Zdjęcie wykonane przez propagandowych fotografów niemieckich przedstawiające zabitych w Bydgoszczy Niemców (fot. ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 183-E10593, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Niemcy)
Warto podkreślić, że w mieście panował wówczas chaos. Wszechogarniająca atmosfera podejrzliwości nie sprzyjała prowadzeniu sprawiedliwych działań przeciwko dywersantom. Tych, którzy zostali złapani z bronią w ręku, zabijano na miejscu. W wielu wypadkach mogło dojść do rozstrzelania osób niewinnych, posądzonych jedynie o sprzyjanie Niemcom ze względu na pochodzenie narodowościowe. Egzekucje wykonywano doraźnie, bez jakiegokolwiek wyroku. Polakom udało się zidentyfikować osoby, które z pewnością nie pochodziły z Bydgoszczy, ubrane w charakterystyczny strój sportowo-militarny. Określono je jako przysłanych do miasta niemieckich funkcjonariuszy, którzy mieli za zadanie podstępne atakowanie polskich żołnierzy.
3 września wieczorem gen. Bortnowski meldował: „Samosądy natomiast w stosunku do ludności niemieckiej dokonywane przez żołnierzy wspólnie z ludnością cywilną są nie do opanowania, gdyż policji na większości obszaru już nie ma”. Już choćby te słowa wskazywać mogą na charakter rozstrzeliwań na terenie Bydgoszczy. Wobec braku nadzoru ludność polska mogła przystąpić do rozprawy z volksdeutschami. Relacja ta nie jest jednak poparta konkretnymi danymi. Bortnowski zanotował jedynie, że na ulicach ciągle słychać strzały, co sugerowałoby trwającą walkę lub spontaniczne wymiany ognia.
Krwawa niedziela Bydgoszcz
Żołnierze Wehrmachtu pokazują zagranicznym dziennikarzom zwłoki rozstrzelanych w Bydgoszczy Niemców (fot. Heinz Fremke, ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 183-2008-0415-505, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Niemcy)
W nocy z 3 na 4 września ponownie doszło do ostrzelania wycofujących się sił polskich. I tym razem siły polskie przystąpiły do pospiesznego wymierzania sprawiedliwości. Były za to odpowiedzialne siły Straży Obywatelskiej i policji. Zniszczono jeden z niemieckich kościołów protestanckich. W świetle relacji i ogólnego charakteru zajścia możemy domniemywać, że wielu volksdeutschów zostało zabitych niesłusznie. 
Tymczasem siły Armii „Pomorze” opuszczały Bydgoszcz. W naprędce sformowanym obozie przy koszarach 62. Pułku Piechoty przetrzymywano około 600 Niemców, których 4 września zwolnionych do domów bez wyciągania dalszych konsekwencji.
5 września do miasta wkroczyły oddziały Wehrmachtu. Z miejsca przystąpiono do ustalania winnych krwawej rozprawy z Niemcami oraz szacowania strat. Z perspektywy kilkudziesięciu lat badań historycznych nie udało się ustalić jednoznacznej liczby zamordowanych. Instytut Pamięci Narodowej szacuje ją na ponad 360 osób, z czego 263 miało być zameldowanych w Bydgoszczy. Liczba ta obejmuje wszystkich zabitych w mieście, niezależnie od nacji. Według szacunków Pawła Kosińskiego około 250 osób miało mieć narodowość niemiecką. Dane te mogą być oczywiście zaniżone ze względu na przyjętą metodologię obliczeń. Według różnych szacunków straty niemieckie mogły wynieść do 300 ludzi zabitych, przy czym warto podkreślić, że w liczbie tej powinny być zawarte również osoby zabite w trakcie walki i wymiany ognia z siłami polskimi.

Krwawa niedziela Bydgoszcz aresztowania Polaków
Pierwsze aresztowania Polaków (domena publiczna).
Mimo iż sytuacja nie była pewna, we wrześniu 1939 roku sformowana doraźnie niemiecka Policyjno-Kryminalna Komisja Specjalna ds. Wyjaśniania Polskich Zbrodni orzekła całkowitą winę Polaków. Działalność organu była zaprzeczeniem idei sprawiedliwości. Okupant postanowił pociągnąć ludność polską do odpowiedzialności zbiorowej i jeszcze we wrześniu zaczął eksterminację mieszkańców Bydgoszczy. 
W ciągu kilku kolejnych miesięcy ofiarami nazistowskich zbrodni padło ok. 13-15 tys. Polaków rozstrzelanych i pochowanych w masowych mogiłach. Zbrodnia w Bydgoszczy stała się pretekstem do krwawych prześladowań Polaków, wśród których największą daninę krwi złożyli przedstawiciele przedwojennej inteligencji, w tym nauczyciele, księża, urzędnicy czy lekarze. Był to także efekt wdrażania hitlerowskiej koncepcji wyniszczenia okupowanych ziem z najbardziej prężnego i aktywnego elementu społecznego, w którym Niemcy upatrywali największego zagrożenia podziemnymi działaniami o charakterze niepodległościowym. Krwawa Niedziela stanowiła zatem pożywkę dla niemieckiej machiny eksterminacji i w gruncie rzeczy była traktowana jako wygodny wybieg dla zaplanowanych wcześniej operacji.

Propaganda idzie w ruch
Goebbelsowska propaganda szybko sformułowała chwytliwe hasło „Bromberger Blutsonntag”, co oznacza wprost „bydgoską krwawą niedzielę”. Pojawiło się na łamach dziennika „Deutsche Rundschau” w kilka dni po zajściu. Slogan ten wszedł do oficjalnej nomenklatury stosowanej przez historyków, co samo w sobie jest źródłem negatywnych skojarzeń. Hasło niesie bowiem określony ładunek emocjonalny. Jego popularne używanie nawet po ponad siedemdziesięciu latach od zakończenia II wojny światowej jasno wskazuje na skuteczność niemieckiej propagandy i utrwalenie pewnych stereotypów historiograficznych. Nie oznacza to oczywiście, że należy wprowadzić jakiś zamiennik dla Blutsonntag, lecz konieczne jest uświadamianie odbiorców, iż operowanie tym pojęciem może być mylące ze względu na niejednoznaczność wydarzeń w Bydgoszczy.

Krwawa niedziela Bydgoszcz sąd niemiecki
Rozprawa przed niemieckim sądem specjalnym w Bydgoszczy (domena publiczna).
Joseph Goebbels świetnie wykorzystał propagandowy potencjał zajść w polskim mieście. O sprawie poinformowano zagraniczne media, a korespondenci byli przez Niemców oprowadzani po miejscu rzekomej polskiej zbrodni. Co więcej, w oficjalnych komunikatach prasowych posługiwano się licznymi przekłamaniami, wskazując na wyłączną winę Polaków oraz znacząco zawyżając liczbę zamordowanych obywateli niemieckich. 
W 1940 roku „Völkischer Beobachter” wskazywał już na absurdalną liczbę 58 tys. ofiar. Niemcy starali się w ten sposób zbudować obraz prześladowanych przez Polaków volksdeutschów, znajdując tym samym wygodne uzasadnienie nie tylko dla samej agresji przeciwko sąsiadowi, ale i późniejszych represji przeciw ludności polskiej. Podjęte środki i skala reperkusji były oczywiście nieadekwatne w stosunku do rzekomych win mieszkańców Bydgoszczy, jednakże liczył się sam przekaz i fakt użycia siły wyłącznie w odpowiedzi na agresję Polaków.
Nie wiadomo, jak duży wpływ na zachodnią opinię publiczną miały doniesienia niemieckiej propagandy. Jej zasięg był bowiem ograniczony, choć Francuzi i Brytyjczycy nie mogli sobie jeszcze zdawać sprawy z rozmachu i skali przekłamań, jakimi posługiwał się pion kierowany przez Goebbelsa. Niemcy orzekli winę żołnierzy Wojska Polskiego i ludności cywilnej, koncentrując się przede wszystkim na uwypukleniu zaangażowania Armii „Pomorze” oraz osobistych decyzji gen. Władysława Bortnowskiego, który dowodził wówczas tym związkiem..
Krwawa niedziela Bydgoszcz
Propagandowa fotografia przedstawiająca ofiary Krwawej Niedzieli (fot. ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 183-E10612, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Niemcy)

Historyczne spory
Wydarzenia w Bydgoszczy mocno poróżniły polskich i niemieckich historyków, którzy przez lata bronili mniej lub bardziej wygodnych wersji historii. „Wygodnych” oznacza w tym wypadku zaprzeczenie „wiarygodnych”, bowiem obie strony starały się udowodnić swoje racje i odmiennie postrzegały Krwawą Niedzielę. Dla niemieckich historyków wydarzenia z 3 września 1939 roku były dowodem na antyniemieckie nastroje, które przyczyniły się do pacyfikacji niewinnych volksdeutschów. Dla Polaków dywersja przeprowadzona przez V Kolumnę stanowiła wystarczające uzasadnienie dla środków podjętych następnie przez żołnierzy gen. Przyjałkowskiego.
W toku postępowań prowadzonych przez Główną Komisję Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce oraz Instytut Pamięci Narodowej ustalono ponad wszelką wątpliwość, że na terenie Bydgoszczy działali niemieccy dywersanci i to oni sprowokowali zajścia. Należy jednak podkreślić, że w wielu wypadkach strzelaniny mogły być efektem błędów polskich obrońców, którzy omyłkowo skierowali ogień na polskie jednostki. Niemieccy historycy podkreślali tymczasem charakter zbrodni wojennej i wymierzenie sprawiedliwości przez Polaków w warunkach uniemożliwiających przeprowadzenie uczciwego dochodzenia. Rozstrzelanie niemieckiej ludności uznawano jednoznacznie za samosąd niepoparty realnymi przesłankami. Podpierając się tezami goebbelsowskiej propagandy, ignorowali fakt ostrzelania polskich oddziałów przez V Kolumnę.
Co ciekawe, przebywająca we wrześniu 1939 roku na terenie miasta angielska nauczycielka Lucy Baker-Beall zeznawała jeszcze w trakcie wojny, że Polacy zabijali Niemców pojmanych z bronią w ręku. Według strony polskiej miało to oddalać zarzuty o rozstrzeliwanie niewinnych. Nie wiadomo, skąd Lucy Baker-Beall miała tak dokładne informacje. Jej relacja jest oczywiście cennym historycznym świadectwem, ale może nosić znamiona pewnej manipulacji i niedoinformowania.


Rozstrzelanie Polaków Bydgoszcz 1939
Rozstrzelanie Polaków w Bydgoszczy, 9 września 1939 roku (domena publiczna).
W 2003 roku niemałą sensację wzbudziła publikacja Güntera Schuberta zatytułowana „Bydgoska krwawa niedziela. Śmierć legendy”. Niemiecki historyk odrzucił dotychczasowe tezy rodaków o jednoznacznej winie Polaków, którzy mordowali niewinnych volksdeutschów. Podpierając się licznymi dokumentami, w tym dziennikami Armii „Pomorze”, dokonał bogatej analizy zdarzeń, wskazując na dywersję strony niemieckiej i ostrzeliwanie sił Wojska Polskiego na terenie Bydgoszczy. Zamordowanie Niemców było odwetem za wcześniejsze ataki na ludność cywilną i oddziały 15. Dywizję Piechoty, przy czym skala represji przekraczała rzeczywistą winę dywersantów, a wśród zamordowanych znalazły się także niewinne osoby. Aktualnie mit „Czarnej Niedzieli” wydaje się wzbudzać mniej kontrowersji niż jeszcze kilkanaście lat temu. Nie oznacza to jednak, że temat ten został już w całości opracowany, a wszystkie wątpliwości rozwiane. Wydaje się jednak, że ze względu na coraz mniejszą liczbę świadków zdarzeń oraz brak realnych możliwości dotarcia do innych relacji uniemożliwia rozwiązanie pozostałych kwestii spornych.

--------------
Bibliografia:
Bydgoska krwawa niedziela [w:] PolskieRadio.pl, 2 listopada 2011 roku [dostęp: 26 sierpnia 2017 roku] <http://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/475341,Bydgoska-krwawa-niedziela>.
Ciechanowski Konrad, Armia Pomorze 1939, Wydawnictwo MON, Warszawa 1982.
Chinciński Tomasz, Forpoczta Hitlera. Niemiecka dywersja w Polsce w 1939 roku, Wydawnictwo Naukowe Scholar/Muzeum II Wojny Światowej, Warszawa 2010.
Chinciński Tomasz, Kosiński Paweł, Koniec mitu bydgoskiej krwawej niedzieli, „Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej”, nr 12, 2003, s. 24-27.
Kałdowski Włodzimierz, Sobecki Włodzimierz, Fakty i mity o „krwawej niedzieli” w Bydgoszczy [w:] „Gazeta Pomorska”, 3 września 2008 roku [dostęp: 26 sierpnia 2017 roku] <http://www.pomorska.pl/serwisy/album-bydgoski/art/6992145,fakty-i-mity-o-krwawej-niedzieli-w-bydgoszczy,id,t.html>.
Osiński Seweryn, V kolumna na Pomorzu Gdańskim, Książka i Wiedza, 1965.
Schubert Günter, Bydgoska krwawa niedziela. Śmierć legendy, Miejski Komitet Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, Bydgoszcz 2003.

Autor: Mateusz Łabuz
Twórca portalu II wojna światowa, autor kilkuset recenzji książek historycznych oraz licznych artykułów poświęconych przede wszystkim Polsce i Polakom w latach 1939-45. Prywatnie siatkarz plażowy.

Wolna licencja – ten materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

Przedruk ze strony Histmag



niedziela, 27 sierpnia 2017

Ciekawostki historyczne w Steblewie (koło Pruszcza Gdańskiego)

Steblewo to niewielka (400 mieszkańców) miejscowość położona na Żuławach Gdańskich o 15 kilometrów od Pruszcza Gdańskiego. W okresie międzywojennym należała do Wolnego Miasta Gdańska.
W środku wsi czeka na nas niespodzianka: ruiny gotyckiego kościoła zbudowanego przez Krzyżaków w XIV wieku.



Ale jeszcze większa niespodzianka czeka na nas tuż przed wejściem na teren ruin.



Na żeliwnym, połamanym niestety krzyżu widnieje informacja, że został w pod nim pochowany Eduard Wessel, ojciec 21 dzieci!
Tu napis jest lepiej widoczny:



A obok, na zniszczonym nagrobku jest umieszczona tablica poświęcona szacownej matce, Aline Wessel (jest również informacja że była matką 21 dzieci).



Jest też kilka innych, starych nagrobków, niektóre z nich mocno zniszczone.



Jedynym odrestaurowanym obiektem jest kaplica grobowa rodziny Wessel, ufundowana przez Carla Wessela w 1854 roku.



Ale przejdźmy już do ruin kościoła. Świątynia została spalona w 1945 roku i nigdy nie odbudowana.



Wnętrze zostało wyczyszczone i od czasu do czasu odbywają się tam msze polowe.



W niektórych miejscach pozostał jeszcze fragmenty elewacji.




W Steblewie rokrocznie w sierpniu w okolicach kościoła odbywa się "Święto wikliny".



To nie wszystkie historyczne ciekawostki które można zobaczyć w niewielkim Steblewie. Nie chcę zabierać przyjemności okrywania ich turystom. Powiem tylko że jest tu i dom podcieniowy i zabudowa z XIX wieku.
Nie na darmo tereny na lewym brzegu Wisły nazywane były Żuławami Steblewskimi!