czwartek, 27 kwietnia 2017

Skąd się wzięli Włosi w Szydłowcu?

Rynek w Szydłowcu 1795, by Zygmunt Vogel - www.szydlowiec.pl, Domena publiczna

Skąd się wzięli Włosi w Szydłowcu?

Prawda że to intrygujące pytanie?
Czy przybyli do Polski razem z Królową Boną, a może podczas potopu?

Okazuje się, że Włosi cieszyli się w tym mieście dużym uznaniem skoro Burmistrzem Szydłowca w latach 1836 – 1843 był Teodor Bacciarelli.
W latach wcześniejszych było podobnie, wielu Włochów zajmowało wysokie stanowiska w miejscowym patrycjacie.

Więcej o tej ciekawej historii można przeczytać na portalu Nasz Szydłowiec.
  

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Żuławska Kafejka Historyczna zaprasza na wykład "Obraz gdańskiej medycyny nowożytnej w świetle badań interdyscyplinarnych" (23 kwietnia 2017)



Wykład wygłosi Radosław Kubus, doktorant z Uniwersytetu Gdańskiego.
Zainteresowanych zapraszamy jak zwykle do Żuławskiego Parku Historycznego w Nowym Dworze gdańskim, 23 kwietnia 2017 r. o godz. 16:00.




"Nawrócenie i chrzest Mieszka I" - wykład dr Philipa Steele w Malborku (21 kwietnia 2017)


Bardzo ciekawy wykład szykuje się 21 kwietnia w Malborku.
W tym dniu Malbork będzie gościć dr Philipa Steele, amerykańskiego historyka mieszkający od kilkunastu lat w Polsce.
Tematem wykładu będzie "Nawrócenie i chrzest Mieszka".

Więcej szczegółów na stronie Stowarzyszenia Malborska Mila.



Skąd się wzięła fontanna w Prabutach?

Prabuty to niewielkie miasto we wschodniej części województwa pomorskiego. Miłośnicy historii i łowcy zabytków mogą w nim znaleźć coś ciekawego, ale ...

Przeglądając strony poświęcone Prabutom natrafiliśmy na ciekawe określenie istniejących w tym mieście zabytków. Ktoś stwierdził, że są to "perełki ukryte w betonie".

Rzeczywiście coś w tym jest, bo wspinając się do góry na kwadratowy rynek widać, że jest on otoczony brzydkimi (choć obecnie odmalowanymi) budynkami z czasów PRL.

A na rynku tym stoi piękna fontanna, charakterystyczny element architektoniczny miasta.
Fontanna została pierwotnie zbudowana w Berlinie w 1900 roku. Kiedy w stolicy Niemiec rozbudowywano i poszerzano ulice, fontannę postanowiono usunąć. Skorzystały z tego władze  Prabut i odkupiły ją za kwotę 80 tys. marek. W 1929 roku fontanna stanęła na prabuckim rynku.




Fontannę podtrzymuje pięć pięknie rzeźbionych figur lwów, ale jak przyjrzycie się zdjęciu to możecie dostrzec i inne rzeźbione zwierzęta (słonie, wielbłąd, wilk itd.).
W 2011 zwieńczono fontannę postacią rycerza Rolanda, która z niej zniknęła, gdy w 1945 wkroczyli do miasta żołnierze radzieccy.
Autorem projektu fontanny jest Franz Schwechten, niemiecki architekt, który zaprojektował choćby most nad Renem w Moguncji.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Wojna domowa w Hiszpanii oczyma Ksawerego Pruszyńskiego

Gdy poruszamy temat reportaży i wspomnień z wojny domowej w Hiszpanii w latach 1936-1939, niemal natychmiast nasuwa się na myśl słynna książka George’a Orwella z 1938 roku „W hołdzie Katalonii”. Tymczasem mało kto wie, że w naszej literaturze istnieje dzieło o tej samej tematyce, co najmniej dorównujące, a być może nawet przewyższające książkę Orwella...


Ksawery Pruszyński (domena publiczna).Franciszek Ksawery Pruszyński urodził się 4 grudnia 1907 roku w Wolicy Kierekieszynej, rodzinnym majątku swoich rodziców. W 1927 roku uzyskał maturę, następnie studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, które ukończył w 1931 roku. W roku następnym opublikował książkę: „Sarajewo 1914, Szanghaj 1932, Gdańsk 193?”, w której to postawił śmiałą tezę, że kolejna europejska wojna wybuchnie z powodu Gdańska. Związał się następnie z pismem „lewicy sanacyjnej” – „Wiadomości Literackie”. Jako korespondent tego właśnie pisma we wrześniu 1936 roku udał się do ogarniętej wojną domową Hiszpanii – do części kraju, która była w tym czasie pod kontrolą republikanów. Owocem tej podróży była jego książka „W czerwonej Hiszpanii”, wydana po raz pierwszy w 1937 roku, drugie wydanie pojawiło się dopiero w 1997 roku. W hiszpańskim przekładzie ukazała się w 2007 roku w Barcelonie. W czasie II wojny światowej Pruszyński walczył jako żołnierz w bitwie o Narwik (1940) oraz w bitwie pod Falaise (1944). W latach 1941-1942 pełnił funkcję attaché prasowego ambasady RP w Kujbyszewie (ZSRR). Po wojnie uznał władzę komunistyczną w Polsce. W latach 1948-1950 był ministrem pełnomocnym i posłem nadzwyczajnym RP w Hadze w Holandii. Zginął 13 czerwca 1950 roku w wypadku drogowym, w czasie podróży służbowej z Hagi do Warszawy, w mieście Hamm na terenie ówczesnej Republiki Federalnej Niemiec.

Przedsmak propagandy

Ksawery Pruszyński przyjechał do Hiszpanii we wrześniu 1936 roku, kilka miesięcy po wybuchu wojny domowej. Już podczas przekraczania granicy hiszpańsko-francuskiej zauważył na ścianie komory celnej dosyć sugestywny i wiele mówiący o ówczesnym hiszpańskim rządzie lewicowym plakat propagandowy:
Drugi plakat nie jest, jak ten, na wesoło, ale na groźno, czy raczej na potworno. Brzuchata, koszmarna bestia z wyłupiastymi oczami żaby przykłada małpią łapę do olbrzymiego ucha. Bestia ma brunatną skórę barwy habitu, ma krzyż zwisający na różańcu na szyi, ma wreszcie koronę królewską – małą jak u żaby z naszych reklam pasty „Erdal” na głowie (K. Pruszyński, „W czerwonej Hiszpanii”, s.1-2).

Obraz Barcelony

Pierwszym ważnym miastem Hiszpanii, które odwiedził, była Barcelona. Opisał dosyć szczegółowo sytuację, jaka tam wtedy panowała: na kościołach wisiały napisy: patriomonio del Pueblo (własność, dziedzictwo ludu). Pałace armatorów handlowego portu były ,,inkautowane’’ (wywłaszczone i przejęte przez rewolucjonistów), samochody dekorowano sierpami i młotami, z głośników nad ulicą nadawano pieśń „Międzynarodówki”. Uzbrojony tłum przemierzał ulice i defilował przed czarno-czerwonymi sztandarami FAI (Iberyjskiej Federacji Anarchistycznej). Codziennie wysyłano na rozstrzelanie przeciwników rządzącej lewicy mocą wyroków, tzw. „trybunałów ludowych”. Opisuje swoją wizytę w muzeum, w którym widział dzieła sztuki sakralnej, przyniesione tam z kościołów. Informuje także, że w Barcelonie około 19 lipca 1936 roku zostało spalonych 35 klasztorów i kościołów. Wymordowano w tym czasie, bez sądu wielu księży i zakonnic, nie tylko w samym mieście, ale także w okolicznych wsiach.
Terytoria kontrolowane przez nacjonalistów (różowy) i Republikę (niebieski) we wrześniu 1936 roku (aut. NordNordWest/Sting, opublik0wano na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported).
Za pomocą racjonalnej argumentacji Pruszyński obalił propagandową tezę rewolucjonistów, jakoby powodem spalenia kościołów i klasztorów był fakt, że stanowiły one miejsce, z którego przeciwnicy rewolucji strzelali do popierającego ją tłumu.
Podczas pobytu w Barcelonie Pruszyński poprosił także o zarekwirowanie dla swoich potrzeb samochodu pewnego człowieka o nazwisku Vergnolles. Uczynił tak na jego własną prośbę – Vergnolles uznał, że może zatrzymać swój pojazd tylko wtedy, gdy zostanie on skonfiskowany przez kogoś w ramach umowy.
Vergnolles poinformował także Pruszyńskiego, że dotąd na drogach pod Barceloną znaleziono około 20-30 ciał znanych mu osób.

Kolejne przystanki na drodze rewolucji – Walencja i Madryt

Następnie obaj udali się do Walencji. Przed każdą wsią, miasteczkiem i miastem byli zatrzymywani przez wartę miejscowych chłopów, którym musieli się legitymować. Przy opuszczaniu osad sytuacja się powtarzała. Podczas przejazdu przez Tarragonę Pruszyński zauważył, że wszystkie tamtejsze kościoły zostały spalone. W Walencji zastali sytuację identyczną, jak w Barcelonie: ulice zapełnione uzbrojonym tłumem.
W wyniku nieporozumienia Pruszyńskiego aresztowano jako szpiega. Został oczyszczony z zarzutów przez pewnego dygnitarza i udało mu się dotrzeć do Madrytu.
W Madrycie udał się do znajdującego się tam polskiego poselstwa. Poznał w nim dziennikarkę o nazwisku Jeziorańska, która była w tym czasie korespondentką Polskiej Agencji Telegraficznej. Od tej pory przez pewien czas miała mu towarzyszyć w jego podróży po Hiszpanii. Poinformowała go, że w królewskim ogrodzie Casa de Moro rewolucjoniści codziennie dokonują masowych rozstrzeliwań osób uznanych za przeciwników politycznych. Mimo wprowadzenia „trybunałów ludowych”, nadal wiele osób było poddawanych samosądowi. Między zwalczającymi się frakcjami robotników także dochodziło do podobnych, okrutnych scen.
Oddziały republikańskie (domena publiczna).

Podróż śladami rewolucyjnej rzezi

Obydwoje udali się w podróż po strefie lewicowej. Na początku dotarli do osady, której mieszkańcy poinformowali ich o wymordowaniu około czterdziestu „panów”. Po zasięgnięciu bliższych informacji okazało się, że ich śmierć nie była spowodowana zamożnością, ale sprzeciwem wobec Frontu Ludowego, który to objawił się w głosowaniu. Taką samą sytuację Pruszyński zastał w miejscowości Linares, gdzie dwaj dentyści zostali zamordowani tylko dlatego, że byli zwolennikami Gil-Roblesa. Następnie dotarli do miejscowości Montoro, gdzie ich oczom ukazał się widok zdewastowanego kościoła. Dowiedzieli się, że trzech księży, którzy pełnili w nim swą posługę zostało zamordowanych, zaś jeden uciekł do wsi trędowatych.

Następnie doszło do znamiennego incydentu: w czasie rozmowy z pewnym oficerem, Jeziorańska zapytała się go, czy nie mogłaby gdzieś zdobyć sławnych tamtejszych łyżników (były to okolice Kordoby). Na co on przyznał się, że kradnie je z mieszkań przeciwników Frontu Ludowego. Poradził im udać się po to do miejscowości El Carpio. Gdy tam przybyli, spotkali pewnego młodego robotnika, który zaprowadził ich po łyżniki do domu – jak to określił „faszystów”. Gdy dotarli do tego domu, ów robotnik brutalnie zażądał, żeby właścicielka dała im takie rzeczy, jakie tylko miała. Oni zdegustowani odmówili przyjęcia cudzej własności. Po opuszczeniu tego domu, robotnik poinformował ich, że dwóch synów tej kobiety zostało rozstrzelanych. Z jego informacji wynikało, że nie byli oni „faszystami” (członkami faszyzującej partii Falanga Hiszpańska), tylko mieli prawicowe poglądy polityczne.

Rewolucjoniści strzelają do figury Chrystusa (domena publiczna).
Dowiedzieli się również, że w El Carpio trzech księży zostało zmuszonych do ucieczki, a trzech zabito. Następnie udali się do pewnej wsi, której mieszkańcy opowiedzieli im o zamordowaniu pięciuset „faszystów”. Z rozmów z tymi ludźmi Pruszyński wysnuł dość jednoznaczny wniosek:
Myślę, że bardzo często ludzie zabici za swój faszyzm i ludzie zabijający innych za ich faszyzm nie potrafiliby pod grozą śmierci i wszelkich możliwych kar wytłumaczyć czym jest ów faszyzm naprawdę (s. 111-112).
Jadąc dalej, w miejscowości Iznalloz, Pruszyński był świadkiem bulwersującej dla każdego, kto ceni wartości cywilizacji europejskiej, sceny:
Podeszliśmy najpierw do kościoła. W głównej nawie, wysokiej i wielkiej, paliło się pod filarami kilka dużych ognisk. Rozsiedli się tu żołnierze, grając w karty, potłuszczone i wymięte, przyglądając się jak inni z aluminiowego wojskowego kubka wyrzucali, także grając, duże sześciany kości. W bocznej nawie zupełnie ciemnej – bo światła z ognisk pełzały nisko po ziemi ginąc w olbrzymim gmachu – tuliły się jakieś postaci. Stanęliśmy w miejscu. Od środka kościoła dolatywał gwar rozmów, przerywanych jakimś okrzykiem, trzask dopalających się polan, suchy stukot wyrzucanych na posadzkę kości. Ciemna nawa dyszała tymczasem ściszonymi szeptami ust mówiących coś wprost w inne usta i głębokim, prawie rytmicznym sapaniem zmęczonych ciężkich oddechów. Z tulących się kilkunastu par nie ruszyła się na nasz widok żadna (s. 118-119).

Almeriá

Kolejną osadą odwiedzoną przez Pruszyńskiego była Almeriá. W czasie podróży Jeziorańska zachorowała, więc jej towarzysz udał się do apteki po lekarstwo. Otrzymał je, ale sprzedawca nie chciał przyjąć od niego zapłaty. Podczas przechadzki po mieście zauważył dwa sklepy: obuwniczy i fotograficzny, w których nie było towaru, ponieważ został zarekwirowany przez rewolucjonistów. Noc spędził w domu kanoników kapitulnych. Pewni ludzie powiedzieli mu, że znaleziono tam treści pornograficzne. Po bliższym zbadaniu sprawy okazało się, że to oskarżenie nie jest poparte dowodami, a cała historia była po prostu wymysłem propagandowym rewolucjonistów. Pruszyński spotkał także w Almerii pewnego lekarza, który pokazał mu pewien artykuł w tamtejszej gazecie. Lekarz ów powiedział dziennikarzowi, że na pokładzie białego statku, który znajduje się w porcie, przetrzymywane są osoby, które przez rewolucjonistów uważane są za swoich wrogów. Osoby te codziennie rozstrzeliwano. Treść wspomnianej wcześniej gazety tak dobrze charakteryzuje mentalność rewolucyjnych władz, że najlepiej przytoczyć ją słowami naocznego świadka:
Nieprawdą jest mianowicie – ta formuła sprostowania jest widocznie ubezpieczona od wstrząsów społecznych – jakoby trupy po egzekucjach rzucano do źródła wody spływającej ku Almerii i że w rezultacie woda w mieście jest zepsuta i że szerzy się zaraza. Czytaliśmy dalej, żeby zobaczyć, co nastąpi po sakramentalnych słowach sprostowania: natomiast prawdą jest. Troskliwe władze rewolucyjne Almerii pośpieszały uspokoić ludność wiadomością, że egzekucji nocnych dokonywa się nad dużym dołem wapiennym, skąd żadne źródło wody żywej nie płynie (s. 133).

Podchody frankistów

Margareta Nelken (aut. Julio Romero de Torres, domena publiczna).Z Almerii Pruszyński udał się z powrotem do Madrytu. Podczas wjazdu do miasta minął cmentarz, na którym rewolucjoniści palili ciała rozstrzelanych przez siebie ludzi. Obserwując sytuację w mieście dziennikarz wysnuł kolejny już zatrważający wniosek: „Można śmiało powiedzieć, że rozstrzeliwano wtedy każdego, kogo posądzano o jakiekolwiek prawicowe znajomości” (s. 143). W hotelu na Gran Viá spotkał z kolei wielu zagranicznych dziennikarzy, którzy przybyli do Hiszpanii, w tym Ilię Erenburga. Do owego hotelu, frankiści działający w konspiracji podrzucili kilkadziesiąt egzemplarzy pewnej gazety socjalistycznej, w której znajdował się artykuł autorstwa jednej z deputowanych lewicowych do Kortezów – Margarety Nelken:
Artykuł zawierał rozważania na temat, czy należy oszczędzać kobiety burżuazyjne, żony bankierów, kupców, polityków prawicowych, ich córki i siostry, bezpośrednio niewinne zbrodni mężów. Z wielkim nakładem argumentacji czerwona posłanka dowodziła, że należy się tu wyzbyć wszelkich skrupułów. „Nie są to właściwie kobiety – pisała dosłownie Nelken – są to zwierzątka luksusowe, samiczki do igraszki, rozbudzające systematycznie w swych mężach najgorsze instynkta użycia, a więc zysków, a więc z kolei ucisku masy robotniczej. Ich sny o autach, drogich futrach i Paryżu odbijają się suchotami waszych żon, rachityzmem waszych zgłodniałych dzieci”. Nie można było odmówić pani Nelken zdolności dialektycznych ani talentów argumentowania: w jej pojmowaniu jednak zbiry policyjne, które zamordowały Calva Sotelo, popełniły wielką pomyłkę pozostawiając przy życiu jego żonę. Na wytłumaczenie winy zbirów należy powiedzieć, że artykuł Nelken ukazał się po zamordowaniu Calva Sotelo: ponieważ przyszedł on w okresie późniejszych, najbardziej rozpasanych samosądów, przeto należy mieć nadzieję, że wywarł pożądany przez autorkę efekt (s. 180-181).

Wspomnienia z linii frontu

W tym właśnie czasie (ostatnie miesiące 1936 roku) miała miejsce ofensywa wojsk generała Franco, której celem było zdobycie Madrytu. Pruszyński postanowił udać się na linię frontu, w celu poznania sytuacji, jaka tam panowała. Spotkał tam pewnego młodego żołnierza, który zanim udał się na front był w tzw. „lotnych oddziałach”, czyli bojówkach przeprowadzających masowe egzekucje. Młodzieniec nie miał z tego powodu żadnych wyrzutów sumienia, przeciwnie, uważał że to coś koniecznego żeby zmienić świat na lepsze. Dziennikarz zauważył, że w wojskach lewicowych zupełnie brakuje dyscypliny. Pruszyński zaobserwował również, że ZSRR zaczęło udzielać pomocy stronie lewicowej – poprzez przysyłanie jej sprzętu wojskowego.
Ochotnicy z Brygad Międzynarodowych (fot. ze zbiorów Bundesarchiv, Bild 183-H28510, opublik0wano na licencji Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Germany).
W początkach listopada najważniejsi politycy rządu lewicowego wraz z prezydentem Manuelem Azañą opuścili miasto i uciekli do Barcelony oraz Walencji. Wtedy inicjatywę w mieście przejęli anarchiści: zbudowali tak solidne barykady, że frankiści zdecydowali się wstrzymać uderzenie na miasto.
W swojej książce Pruszyński wspomina także o żołnierzach należących do tak zwanych Brygad Międzynarodowych, walczących po stronie lewicy. Podaje, że w ich szeregach najwięcej było żołnierzy z państw zacofanych gospodarczo.
Koniec części pierwszej artykułu.

Redakcja: Natalia Stawarz
Autor: Konrad Ruzik
Artykuł pochodzi z portalu Histmag.org, licencja (CC BY-SA 3.0)


sobota, 15 kwietnia 2017

Kiedy przyszli Sowieci...

Kiedy przyszli Sowieci...

„Dawaj czasy! Czyli wyzwolenie po sowiecku ” to tytuł dosyć przewrotny dla książki. Nie odnosi się bowiem do ciężkich czasów końca II wojny światowej, a do okrzyku, po którym z reguły żołnierz radziecki kradł... zegarek. O książce i jej tematyce opowiada autor, Stanisław M. Jankowski.


Paweł Czechowski: Wkraczanie wojsk radzieckich na tereny Polski w latach 1944-45 wzbudza wiele kontrowersji, w książce sam umieszcza Pan termin „wyzwolenie ” w cudzysłowie. W dyskusjach na ten temat często mawia się, że wejście Armii Czerwonej było dużo lepsze niż okupacja niemiecka. Zgadza się Pan z tą tezą?
jankowskiStanisław M. Jankowski (ur.1945) - historyk, pisarz i publicysta, wieloletni redaktor „Biuletynu Katyńskiego”, współzałożyciel Niezależnego Komitetu Historycznego Badania Zbrodni Katyńskiej, odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia PolskiStanisław M. Jankowski: Z całą pewnością wkroczenie wojsk radzieckich było lepsze od niemieckiej okupacji, ponieważ Niemcy byli nastawieni na politykę eksterminacyjną. Ja jednak przedstawiam także ciemne karty wyzwalania Polski przez Sowietów. Szokuje np. fakt, że obóz Auschwitz po wyzwoleniu działał jeszcze w swojej części przez rok pod zarządem radzieckim, a przetrzymywano tam m.in. polskich górników.
P. Cz.: Jak sprawa wyglądała, jeśli chodzi o ludność niemiecką?
S.M.J.: Co do Niemców, cel Armii Czerwonej był prosty: dojść do Berlina, po drodze pokonując wroga. Wszelkie regulaminy i działalność politruków mówiły jasno, że należy dążyć do unicestwienia Niemców. W drukach i ulotkach pisano "jeśli nie zabiłeś dziś żadnego Niemca, to uważaj dzień za stracony". Zezwalano na mordowanie ludności, gwałty, egzekucje odwetowe. Dobrym przykładem są tu Gliwice, gdzie wybito ponad 1500 osób jednego dnia. To przejaw polityki ludobójczej.
P. Cz.: Czy żołnierze Armii Czerwonej, którzy popełnili przestępstwo, pozostawali całkowicie bezkarni wobec swych działań?
S.M.J.: I tak i nie. Historycy ogolnie nie mają pełnego dostępu do dokumentacji sądów wojennych, które przecież funkcjonowały w Armii Czerwonej. Dostępna jest np. dokumentacja takich sądów z 1939 roku, gdzie opisywane są różne przestępstwa. Za kradzież z włamaniem lub zastrzelenie polskiej rodziny trafiało się pod proces, a kary były różne, z karą śmierci włącznie.
Co do roku 1945, to wielokrotnie natrafiałem jednak na informacje, że za zabicie polskiego czy niemieckiego cywila żołnierze radzieccy sami mogli zostać zastrzeleni przez komendanta swojego oddziału, tak zdarzyło się np. w Boguszycach na Śląsku Opolskim. Podjudzano jednocześnie do zabijania Niemców, a wtedy zginąć mogli także Ślązacy i Polacy.
P. Cz.: Czy wobec tego istniała różnica między zachowaniem Sowietów na terenach RP, a na terenach Niemiec?
S.M.J.: Problem polegał na tym, że czerwonoarmiści często nie zdawali sobie sprawy, gdzie się w ogóle znajdują. W Przyszowicach, miejscowości przygranicznej wybili połowę ludności, bo myśleli, że to Niemcy, a byli to Polacy.
przyszowiceTablica na zbiorowej mogile pomordowanych przez żołnierzy sowieckich w Przyszowicach (fot. Tomasz Górny, opublikowano na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 4.0 Międzynarodowe
P. Cz.: Dlaczego Armia Krajowa uwierzyła w możliwie bezproblemowy sojusz z Rosjanami i współpracę wymierzoną w Niemców na zasadzie sojuszniczej? Historia pokazała, że takie zaufanie często obracało się przeciwko Polakom.
S.M.J.: Rząd polski w Londynie, musiał nastawić się na współpracę za wszelką cenę, na co naciskali sojusznicy. Na tej zasadzie właśnie chciano witać Sowietów w roli gospodarza i podejmować z nimi wspólną walkę.. Dyskusje o stosunku wobec wkraczających Rosjan trwały długo, ale nie pozostawało nic innego jak ich powitać i wierzyć, że uszanują porozumienia i polskiego żołnierza.
P. Cz.: Podjęcie ewentualnej walki nie wchodziło Pana zdaniem w grę?
S.M.J.: Reakcja agresywna mogła po prostu oznaczać oskarżenie o współpracę z Niemcami. Dyrektywy Rosjan były przy tym jasne, oficerów AK aresztować, jeśli protestują to rozstrzelać. Żołnierzy z kolei wcielać do swoich wojsk. Tak było w Wilnie i Lwowie, a ludzi z AK, NSZ, delegatury internowano i wysyłano na wschód, gdzie mogli siedzieć miesiącami, choć w 1946 roku, po weryfikacji, następowały już powoli zwolnienia.
P. Cz.: W książce cytuje Pan wspomnienia Konstantego Rokossowskiego, który pisał że żołnierze radzieccy zachowali się wielkodusznie i humanitarnie. To cynizm, czy kadra oficerska faktycznie miała prawo nie wiedzieć o niektórych zachowaniach zwykłych żołnierzy?
S.M.J.: Kadra oficerska zdawała sobie świetnie sprawę ze wszystkiego, była zresztą regularnie informowana przez NKWD i kontrwywiad, a szeregowi żołnierze byli jak najbardziej pod ich kontrolą. Z 1939 r. zachowały się np. rejestry skradzionych przedmiotów, w tym nawet stołów dentystycznych czy kul bilardowych. W 1945 roku takich spisów nie prowadzono, żołnierz wkraczający do Niemiec mógł nakraść wedle siły i uznania, po czym nadać zdobyczne dobra paczką do Moskwy albo w rodzinne strony. Istnieje wręcz dokument, który w książce cytuję, mówiący o tym co poleca się zrabować dowódcom batalionów. Tolerowano wiele, choć oczywiście zdarzało się, że sądzono i karano sołdata za przestępstwa.

mundur Regulaminowe umundurowanie żołnierza Armii Czerwonej z okresu II wojny światowej (opublikowano na licencji Crative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 UnportedP. Cz.: Jak można było zamanifestować, że żołnierze łamią prawo?
S.M.J.: W Nowym Sączu zginął w 1945 r. Bolesław Koszałka, polski żołnierz który w trakcie patrolu próbował postawić się rabującym Rosjanom. Został zastrzelony, a jego pogrzeb zebrał w zasadzie wszystkich mieszkańców miasta. Rokossowski dostał też list od prezydenta Częstochowy w którym ten błaga o interwencję, bo żołnierze kradli na skalę masową.
P. Cz.: Opisuje Pan też podobny do sprawy Koszałki przypadek Szymona Piekarczyka, dorożkarza z Krakowa, który został zastrzelony przez Sowietów, a jego pogrzeb ponownie stał się swoistą manifestacją. A czy ludność cywilna mogła w ogóle bronić się przed bezprawiem?
S.M.J.: Oczywiście starano się temu opierać, ale co człowiek uzbrojony np. siekierę może zdziałać przeciwko żołnierzowi wyposażonemu w pepeszę? Ludność cywilna czy działacze terenowi byli w zasadzie bezradni, co więcej zdarzało się np. na Górnym Śląsku, że Sowieci dogadywali się z lokalnymi Niemcami by działać przeciwko Polakom.
P. Cz.: Skoro wspomniał Pan o Górnym Śląsku... Czy sytuacja tam była wyjątkowo skomplikowana?
S.M.J.: Tak, można tak powiedzieć, podobnie jak w Gdańsku i ogólnie na Pomorzu, gdzie bardzo łatwo można było zostać wziętym za Niemca. Ciężko jednak określić, czy skala przestępstw była tu większa, bo nikt takich statystyk przecież nie prowadził. Dlatego w mojej książce skupiam się nie tylko na tych, szczególnie skomplikowanych etnicznie terenach.
Ale warto zwrócić uwagę na ciekawy fakt: Sowieci swego czasu spalili na Opolszczyźnie całą miejscowość, która nazywa się Pokój.
P. Cz.: A czy tzw. Ludowe Wojsko Polskie miało jakiekolwiek pole manewru?
S.M.J.: Zdarzały się przypadki działania siłą, w których np. Sowieci wszczynali awanturę, a przeciwko nim występowało wspólnie polskie wojsko, milicja, UB czy nawet Straż Ochrony Kolei. Problem polegał na tym, że po takim starciu to Polacy odpowiadali za to karnie, wieść się roznosiła i inni dowódcy woleli już odpuścić Sowietom, aby tylko uniknąć aresztowań.
P. Cz.: W swojej publikacji opisuje Pan też sprawę katedry gnieźnieńskiej, ostrzelanej z czołgów przez Rosjan, mimo, że nie było ku temu wyraźnych przesłanek. Czy to było celowe działanie?
S.M.J.: Jak najbardziej, w Armii Czerwonej nastawienie do Kościoła było negatywne, co znalazło też swój wyraz właśnie m.in. w Gnieźnie. Żołnierze też dopuszczali się mordów na księżach, a na zakonnice polowali szczególnie i dopuszczali się gwałtów.
LwówOddziały radzieckie wkraczają do Lwowa w 1944 r. (domena publiczna)
P. Cz.: Będąc już bezpośrednio przy temacie książki: w swojej pracy wykorzystuje Pan różne źródła: wspomnienia, dokumenty, archiwa muzealne, materiały IPN. Jak wyglądał proces zbierania tych informacji, czy dostępność do opisywanej przez Pana tematyki jest trudna?
S.M.J.: Na pewno nieoceniona jest tu pomoc kolegów z IPN i Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, dzięki którym mogłem pracować na różnych źródłach. To jeśli chodzi o materiały krajowe, z kolei archiwa rosyjskie niestety w pierwszej połowie lat .90 zamknęły się i choć niektórzy historycy rosyjscy mają do nich dostęp, to ich pole działania np. dotyczące wydawania materiałów też jest ograniczone.
P. Cz.: Główną siłą walczącą z Niemcami na Zachodzie byli Amerykanie, u nas byli to Sowieci. A gdyby tak w alternatywnej wersji historii wyzwalali nas właśnie Amerykanie?
S.M.J.: Należy jasno powiedzieć, że w armii USA też oczywiście byli gwałciciele czy rabusie, ale dyscyplina była dużo większa niż w siłach ZSRR i przestępstwa zdarzały się rzadziej. W Armii Czerwonej przede wszystkim nie wykorzystywano możliwości nacisku na żołnierza, bo inaczej sprawy by się miały, gdyby za gwałty surowo karano. Jeśli jednak w gwałcie chciał wziąć udział sam komisarz ludowy, to nie ma o czym mówić...
P. Cz.: Czy przy tych wszystkich zbrodniach i przestępstwach mogła nastąpić jakaś refleksja?
S.M.J.: Tak. Warto nadmienić to, co opisał w swoich wspomnieniach Nikołaj Nikulin, powołany do wojska tuż po maturze. Gdy wkraczał razem z Armią Czerwoną na teren Rzeszy, agitatorzy żądali od nich „krwi za krew”. Nikulin napisał, że wtedy stali się tacy sami jak naziści, z tymże naziści działali planowo, a oni żywiołowo. Dał do zrozumienia coś bardzo ważnego: że oni poszli jak zawsze i jak zawsze ucierpieli niewinni.
P. Cz.: Dziękuję za rozmowę!

Autor: Paweł Czechowski
Przedruk z Portalu Histmag.org,  Licencja CC BY-SA 3.0

niedziela, 2 kwietnia 2017

Papież Joanna — kobieta na tronie.


Autor: Krzysztof Dmowski


Papieżyca Joanna, by nieznany - Bibliothèque nationale de France (BNF).
Cote : Français 599, Folio 88.Origine : Cognac, France., Domena publiczna

Ujęta piórem Emmanuela Ridisa powieść „Papież Joanna” przedstawiająca faktyczne losy bohaterki, której duma i próżność, a może ambicja, doprowadziły do zajęcia przez kobietę miejsca na tronie kościoła.

Można powiedzieć, że kobieta po raz kolejny udowodniła swoją wartość, gdy w roku 855 została papieżem pod imieniem Jan VIII. Ta historia jest często nazywana mitem, legendą... ale czymże jest wobec innych faktów, jakie chodziażby opisuje w swojej książce "Kobiety Watykanu" - Robert A. Haasler.
Zawarta w kronikach historia Joanny przedstawia niesamowitą historię prostej dziewczyny wywodzącej się z chłopstwa, która osiągnęła niesamowitą karierę nie posiadając niczego. Dzięki swojej własnej stanowczości, uporowi w dążeniu do celu — może być przykładem dla wielu dzisiejszych niedowiarków, że każdy człowiek może osiągnąć wszystko, w co tylko uwierzy, bo my, ludzie stawiamy sami sobie granice, których przebycie jest niemożliwe.
Trudno jest powiedzieć, żeby Joanna pragnęła zostać papieżem już na początku wędrówki swojego życia, ale z całą pewnością pragnęła swoje życie odmienić i stać się kimś. Być może powodowała nią zwyczajna zazdrość i pragnienie posiadania, a podążając z miejsca na miejsce, dotarła w końcu do Rzymu, gdzie poznała dostatniego życia i może właśnie wtedy zapragnęła wejść na szczyt.
Matka Joanny: Juta, pracowała u barona saskiego jako gęsiarka, ale szybko trafiła do jego łóżka, jednak mu się znudziła i zaopiekował się nią podczaszy, który oddał potem dziewczynę kucharzowi, a ten po jakimś czasie wymienił się z mnichem, oddając dziewczynę za ząb świętego Gudlaga. Juta żyła sobie z mnichem w największej radości, aż biskup nakazał swoim mnichom wyruszyć w drogę i nauczać wszystkie narody. I tak ojciec Joanny, wraz ze swą małżonką chadzał nauczając przez osiem lat, wielokrotnie biczowany, siedmiokrotnie topiony, czterokrotnie palony i trzykrotnie wieszany, a — jak podaje kronika — ze wszystkich tych okropności udało mu się wyjść dzięki pomocy Matki Bożej, która jak donoszą kroniki święte, rękoma podtrzymywała nogi wiszących, a wachlarzem piór gasiła płomienie i za pomocą szarfy ratowała tonących.
Odpoczywających wędrowców odwiedzili strzelcy księcia erfurckiego i zgwałcili Jutę, a potem odeszli. Mnich złorzeczył napastników, co Emmanuel Roidis ujął w taki sposób: „ […] ruszył w drogę z umęczoną żoną, złorzecząc i wyklinając Saksonów, którzy do korony męczeńskiej dorzucili mu inne jeszcze przybranie głowy”. W dziewięć miesięcy później, a był to rok 818 na świat przyszła dziewczynka, której dano na imię: Joanna.
Joanna uczyła się w niesamowity sposób, pojmując tak wszelkie nauki jak i języki, a nawet nauczała swoje rówieśniczki. Kiedy Joanna miała osiem lat zmarła jej matka, a dziewczynka wygłosiła mowę pogrzebową. Następnie Joanna dorastała w mądrość i urodę przez kolejnych dwadzieścia lat wędrując u boku ojca, aż duch jego opuścił ciało. Wtedy Joanna przeżyła objawienie i usłuchawszy porady dotyczącej drogi, którą powinna dalej podążać, biedna i bezdomna dziewczyna postanowiła udać się do klasztoru. Joanna błyszczała swą wiedzą oraz inteligencją pośród mnichów wykładając im doktryny w sposób, jaki oni usłyszeć chcieli —  w poście kiedy nie wolno było jeść gęsi, sugerowała ochrzcić gęś jako: "ryba" i tak robiono, a dzięki temu zakazane stawało się dostępne.
W czasie wspólnej pracy z jednym z mnichów, rozumiejąc wyraźnie przekaz z „Pieśni nad Pieśniami” — najbardziej erotycznym fragmencie Biblii, została jego kochanką, którego porzuciła, gdy jej się znudził. Wielokrotnie w czasie wspólnej wędrówki Joanna była przedstawiana jako mężczyzna, chadzając w mnisim habicie, który często dawał jej ochronę przed męskimi zapędami.
Po wielu latach wspólnej wędrówki porzuciwszy swojego kochanka, chwytając nadającą się możliwość udała się wprost do Rzymu. Niesamowita inteligencja Joanny sprawiała, że słuchano ją wszędzie, bo wiedziała, co ma powiedzieć swoim słuchaczom. Tak osiągała dziewczyna w szybkim tempie kolejne szczeble kariery, aż w końcu pod imieniem brata Jana, została sekretarzem papieża Leona. „Brat Jan” znany był z tego, że potrafił załatwiać we właściwy sposób wszelkie sprawy, czym zyskał sobie wielu przyjaciół. I Joanna, która pamiętała treść przekazu podczas objawienia, dostrzegła, że przyszłość zaczynała się wypełniać. Nie mogąc doczekać się śmierci papieża, zrobiła jego kukłę w postaci małej laleczki i z nienawiścią nakłuwała ją igłami każdego wieczora. Aż w końcu papież Leon dokonał swego żywota.
W tamtym okresie papieża wybierano na rynku w biały dzień, nie szczędząc wina, krwi oraz walki na kije i kamienie — intryg nie zanotowano. Najbardziej oddane sługi papieża Leona, stawiały na mądrość i szlachetność młodego benedyktyna brata Jana, a walka o wybór papieża trwała cztery godziny. W końcu radośnie obwieszczono panowanie Jana VIII.
Jednocześnie Joanna rozwijała działanie kościoła, budowała kaplice, tworzyła dogmaty, pisała księgi. Walcząc z samotnością Joanna znalazła sobie nowego kochanka, którego mianowała swym szatnym. Jednak, aby sprawiedliwości stało się zadość, któregoś dnia bożek płodności nawiedził łoże kochanków. Joanna zaczęła ukrywać się przed wiernymi, którzy winili papieża, że im nie błogosławi, żebracy, że nie otrzymują soczewicy, fanatycy obwiniali, iż przez ostatnich sześć miesięcy żaden kacerz nie spłonął na stosie, zaś kaleki i opętani pytali, czemu papież cudów nie sprawia?
W końcu papież postanowił ukazać się swojemu tłumowi, pomimo dolegliwości, która go dotknęła i w pełni papieskiej chwały Joanna przeprowadzała ceremonię publiczną. Wówczas nastąpił chyba najbardziej niesamowity i niesłychany cud, o jakim wcześniej, ani później świat nie słyszał — z łona papieża wyłoniło się niemowlę. W tym też momencie dusza Joanny pożegnała doczesny żywot. Tam, gdzie zmarła została pochowana, a na miejscu jej grobu powstał pomnik przedstawiający kobietę w połogu.
Według wielu podań, dzień, w którym papieżyca urodziła dziecko, nazwano „Bożym Ciałem” i obchodzi się je do dziś. Podobno też, aby uniknąć kolejnej hańby dla kościoła, który kobietę ukazuje, jako nierówną mężczyźnie, zamontowano w Watykanie urządzenie zbliżone do sedesu, na którym siadywał kandydat na papieża, a duchowni oglądali go przechadzając korytarzem poniżej.
Przez długie stulecia Watykan zaprzeczał istnieniu Joanny pod imieniem Jana VIII, mimo wielu niemych świadków historii w postaci kronik. Biskupi atakowali kolejne wydania książek swymi uwagami i apelami o ich niszczenie, aż w końcu jeden z nich nie widząc ratunku w nieustannych zaprzeczeniach, przyznał, że ta historia jest prawdopodobna.
W 2009 roku zrealizowano także dramat biograficzny pod tytułem: „Papieżyca Joanna”.

Przygotowano na podstawie:
Andrzej Donimirski, „Niezwykłe kobiety w legendzie i historii”, Wydawnictwo „Barbara”, Kraków 1995; Emmanuel Roidis „Papież Joanna” Wydawnictwo „Książka i Wiedza” 1961 - 1995.

Krzysztof Dmowski
Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.

sobota, 1 kwietnia 2017

Tajemniczy rejs ORP Orzeł 1939.

Autor: Krzysztof Dmowski

Zapewne każdy słyszał o działaniach najnowocześniej w tym okresie podwodnej jednostki pływającej. ORP Orzeł zamiast trwać w miejscu wyznaczonym do działań i ostrzeliwać wrogie jednostki, opuścił rejon działań. Czy na pewno tak było?


Podniesienie bandery na ORP Orzeł, by Zakład fotograficzny: N.V. Vereenigde Fotobureaux, Amsterdam
Ilustrowany Kuryer Codzienny. 1939, nr 39 (8 II) s. 1 Narodowe Archiwum Cyfrowe (Sygnatura: 1-W-2028-3)

Z dzisiejszego punktu widzenia, gdy żyjemy w czasach coraz to większego zakłamania, wymazywania wkładu Polaków w dziedzinie rozwoju światowej techniki, rozumiejąc współczesną mentalność, próbujemy odpowiedzieć sobie na wiele pytań. Czy jednak pod uwagę bierzemy wszystkie fakty?
Kiedy wydarza się katastrofa lotnicza, zespół ekspertów badających przyczyny, w dużej mierze skupia się na profilu psychologicznym pilotów, bo w ten sposób możemy wyjaśnić pewne niejasności w działaniu.
Dlaczego więc, kiedy mówimy o wydarzeniach owianych tajemnicą, pomijamy najważniejsze szczegóły? 
Marynarze pływający na ORP „Piorun”, niczym biblijny Dawid, stoczyli potyczkę z pancernikiem „Bismarck”, który w tym przypadku przypomina Goliata. Nie uciekli, ale zaatakowali, choć nie mieli najmniejszych szans na wygraną bitwę. „Piorun” wycofał się z powodu braku paliwa.
Zanim zaczniemy rozważanie o rejsie ORP „Orzeł” należy zadać podstawowe pytanie: „W jakim celu Polska wybudowała tak wielki okręt podwodny, który nie miał szans na wykazanie swojej siły bojowej w Zatoce Gdańskiej?” Jak sama nazwa wskazuje, okręt podwodny musi mieć odpowiednie warunki, aby się zanurzyć. Zatoka Gdańska jest zbyt płytka, aby okręt tej wielkości nie został wypatrzony przez pilota z samolotu. 
Istnieją dwie narzucone odpowiedzi: 1 — ORP „Orzeł” miał zostać wykorzystany do rejsów, gdy Polska przejmie dawne niemieckie kolonie — co jest absurdem, gdyż, gdyby Polska miała dostać nadzór nad tymi koloniami, decyzja zapadłaby wiele lat wcześniej.
2 — ORP „Orzeł” miał docelowo pilnować floty w rosyjskich portach, co jest kolejnym absurdem.
Tu zgadzam się w pełni ze słowami pana Bogusława Wołoszańskiego, który uważa, że w obronie Zatoki Gdańskiej sprawdziłyby się bardziej mniejsze jednostki w większej liczbie.
Komandor podporucznik Marynarki Wojennej II RP, Henryk Kłoczkowski, był oficerem podawanym za wzór, nazywano go człowiekiem honoru. 
Czy więc takiemu człowiekowi nie należało powierzyć odpowiedzialnego zadania? A jeżeli tak się stało? Jeżeli dowódca ORP „Orzeł” dostał tajną misję, której wykonanie i zachowanie w tajemnicy poręczył słowem? W takim momencie cała sprawa nabiera barw realizmu. I może wreszcie uda się z mroków przeszłości wydobyć fakty na światło dzienne.
Komandor Kłoczkowski zjawiwszy się w dowództwie bazy marynarki wojennej dnia 1 września 1939, ranem odebrał ostatni rozkaz. Następnie udał się na pokład ORP „Orzeł” i nakazał wyjść w morze. Tu wszyscy się zgadzają. Ale następne wydarzenia nie zostały nigdzie zanotowane. Jeszcze kilkanaście lat temu istniało przekonanie o wypowiedziach naocznych świadków, którzy to mieli twierdzić, iż ORP „Orzeł” miał nocą 2 września 1939 roku podejść do Westerplatte i zabrać na swój pokład cztery skrzynie z tajemniczą zawartością. Cóż za wyczyn, podejść na około trzysta metrów pod nos niemieckiego pancernika SMS „Schleswig-Holstein”, zaryzykować zniszczenie nowoczesnej łodzi podwodnej, dla zabrania tajemnicy…
Nieprawdopodobne.
Za możliwością dokonania tego czynu przemawia postawa Polaka z tego okresu — duma z bycia Polakiem, honor Polaka i spłatanie figla Niemcom.
Kolejna opowieść naocznych świadków dotyczy zabrania na pokład ORP „Orzeł” dwóch skrzyń z tajemniczą zawartością z bazy wojennej na Helu.
Dziś brakuje nam dowodów na potwierdzenie obu twierdzeń. Czy są one faktem, czy mitem, nie potrafimy odpowiedzieć, bo wierzymy w słowo pisane, choćby najmniej prawdopodobne.
Ulegamy współczesnej ideologii, że obrona polskich granic z roku 1939 nie miała żadnego sensu — zginęło wielu ludzi, a Niemcy i tak zrobili swoje. Jednak każdy poszukiwacz prawdy i osoba rozwiązująca zagadki wie, że największym źródłem informacji są rozmowy z ludźmi. Skoro jakaś informacja wypływa, można przyjąć ją za prawdopodobną. Można by przyjąć, że choroba komandora Kłoczkowskiego wynikła z powodu kontaktu z zawartością skrzyń, których na pokładzie łodzi nie było już 14 września 1939 roku. Tym bardziej, że w tym przypadku dalsze losy jednostki są również zagadką.
W roku 1964 miesięcznik „Morze” w numerze 6, opublikował artykuł Feliksa Prządaka, zatytułowany: „Prawda piękniejsza od fantazji”:
„Orzeł” należał wówczas do II flotylli okrętów podwodnych w Rosyth. „Orzeł” wyszedł na swój tragiczny patrol dnia 23 maja 1940 r. około godziny 18.00. Znajdowałem się wówczas w izbie chorych na bazie flotylli - HMS „Forth”. Dnia 26 maja około godziny 7.00 do izby chorych przyszedł angielski marynarz. Przeprosił sanitariusza, podszedł do mnie i powiedział: "listen my dear friend, I have news for you". Zapytałem jakie to wiadomości. A on odpowiada, że mój okręt został zatopiony. […] Prosił mnie raz jeszcze o dyskrecję, bo za przedwczesne ujawnienie tej wiadomości mógł zostać ukarany. Dodał jeszcze, że zatopienie "Orła" przez okręt sojuszniczy wywołało konsternację i zamieszanie. […] Wraz z okrętem zginęło 61 Polaków i 3 Anglików.
Wiele wskazuje, że fakty mają się inaczej niż przyjęta ogólnie historia. Ładnie brzmi, że nieodpowiedzialny dowódca zdezerterował w obawie przed walką. Jednak psychologiczny profil polskiego żołnierza z tego okresu nie pasuje do rzeczywistości. Kto nie zna stosunków panujących na pokładzie, nie ma pojęcia o tym, jakie procedury obowiązują. Dowódca odpowiedzialny za tak wielki okręt i załogę, może zostać odsunięty od pełnienia obowiązków. A mówimy tu o załodze, która składała się z ludzi o gorącej krwi, którzy pragnęli podejmować bitwy w obronie swojego kraju.
Niewątpliwie mamy tu poważną zagadkę. Ogólnie jest wiadomo, że polski wywiad znał dokładnie dzień i godzinę napadu Niemiec na Polskę, ale z jakiegoś powodu do ostatniej chwili nie podejmowano wielu działań, które mogły zmienić przebieg Kampanii Wrześniowej. Być może przyjdzie czas, kiedy poznamy właściwą odpowiedź i jeżeli domniemanie okaże się prawdziwe, dowiemy się, co zawierały tajemnicze skrzynie, a może wydarzenie zostanie zupełnie zapomniane, jak wiele innych w przeszłości.

Krzysztof Dmowski
Licencjonowane artykuły dostarcza Artelis.pl.